Wiosna czy co innego?

Nastrój nieco lepszy, ale jak długo potrwa tego nie wiem, bo na łasce i niełasce hormonów jestem. Własnych hormonów póki co, tyle że niezbadanych jeszcze medycznie, bo jakoś mi nie po drodze do lekarza. Może jednak z nimi nie jest jeszcze najgorzej skoro wiosna na mnie działa i zerkam sobie na osobników płci przeciwnej z rozmarzeniem, że niby jakoś osobisty by się przydał. Jak się jednak dokładniej zapędzę w tych marzeniach to dochodzę do wniosku, że sama nie wiem czy chcę. Chyba mnie koleżanki pozarażały tym damsko-męskim myśleniem, bo jedna szczęśliwie zakochana od kilku miesięcy i aż mnie czasem mdli od tych jej ochów i achów i opowieści jak to powiedział to, zrobił tamto, lubi to, słucha tego, a tego nie lubi, i tak nie, lubi a tak lubi…. i ona też teraz robi to co on robi i lubi to co on lubi i myśli tak jak on myśli. Łojej…. I strasznie czasu nie ma, bo albo on był, albo jest, albo będzie, albo powiedział że będzie. Ukradł mi koleżankę :( Chyba zazdrosna jestem, ale muszę zagryźć zęby i życzyć jej dobrze. Młoda jest i niech jej się wreszcie uda. Druga koleżanka sporo starsza ode mnie też aktualnie zajęta uczuciowo i to w nie mniejszym stopniu niż poprzednia. Aż trudno uwierzyć w tym wieku. Więc znowu wysłuchuję jaki to on zakochany i jak ją adoruje. Kolejna, dziś się tak ładnie prowadziła pod rączkę w pięknym słoneczku aż coś mnie w dołku ścisnęło. No i jak tu się dobrze czuć samotną. Dzień od wczoraj dłuższy o godzinę, słońce rozweseliło świat, ptaki śpiewają jak wariaty, zaraz się pojawi zieleń, a ja tylko praca i dom. Z powodu zajętych uczuciowo koleżanek jakoś się cicho u mnie zrobiło. Lubię być sama z sobą, ale obawiam się, że teraz za dużo będę miała swojego towarzystwa.

Właściwie to nic nowego.

Sama nie wiem czy pisać, czy nie pisać? Ale jak napiszę to mi trochę lżej, tyle że jak potem to czytam, to widzę, że ze mną nie za dobrze. I tak wiem. Muszę z siebie powyrzucać. Nie mogę ciągle udawać, że wszystko ok. Źle się czuję psychicznie, fizycznie, samotnie i boję się. Po prostu mi źle. Boli mnie często głowa i ciągle mi szumi w uszach. Już mnie to zaczyna doprowadzać do szału. Dzwoni, szumi… wciąż. Bolą mnie w nocy plecy i źle śpię, rzucam się, wiercę, budzę. Tyję i za dużo jem, a właściwie odwrotnie. Od wczoraj postanowiłam to zmienić póki jeszcze nie jest za późno. Starzeję się, niestety, i trudno mi to zaakceptować. Kupiłam dziś nawet jakieś leki ziołowe na menopauzę. Co się tu oszukiwać, przyszedł czas i na mnie i ma w nosie czy jestem na to gotowa czy nie. A do tego za kilka miesięcy ważna uroczystość mojego dziecka, a ja jestem nią przerażona. Boję się jak to wszystko ogarnę, jak przeżyję, jak się spotkam z eks i jego rodziną. Mam tyle lęków związanych z tym wydarzeniem, bo wiele rzeczy jest nie tak i nie ma obok mnie kogoś kto by mnie wsparł, dodał otuchy, nie mówiąc o pomocy. Więc się boję, ale nie mogę mówić, że się boję bo nie mogę pokazać mojemu dziecku, że to co dla niej takie ważne, dla mnie jest źródłem ogromnego stresu. Mieszkanie wymaga remontu, a w związku z tym wydarzeniem wręcz natychmiast, ale nie mam pieniędzy, żeby włożyć w remont, bo potrzebuję na uroczystość. Nie mam męskich rąk w rodzinie do pomocy żeby wiele rzeczy zrobić samodzielnie. Potrzeba faceta, choćby jednego. Mój syn jest niestety lewy do takich prac. Może by coś przesunął albo pomalował, ale i tego nie jestem pewna. Gdyby na miejscu był chłopak córki sprawa wyglądałaby inaczej ale oni nie mieszkają w moim mieście więc odpada. Swoją drogą myślę sobie jak wiele zależy od chęci. Chłopak córki jest wprawdzie dziesięć lat starszy od syna, ale też był wychowywany właściwie bez ojca, a mimo wszystko jest samodzielny i zna się na różnych męskich robotach i chętnie się nimi zajmuje. Mój syn nie ma o niczym zielonego pojęcia i wcale mu to nie przeszkadza. Martwi mnie to. Patrzę na otoczenie, w jakim żyję i jest mi źle, bo nie tak powinno to wszystko wyglądać. Mam wszystkim tłumaczyć, że dałam się wykorzystać rodzinie mojego eks i zostawiłam mu wszystko? Mam wszystkim opowiadać dlaczego tak się stało? Mam się użalać, że moja mama nie wspiera mnie w dokonywaniu zmian w domu, który wygląda tak jak wtedy, gdy ja byłam nastolatką, a już wtedy wiele było do życzenia. Jej nic nie przeszkadza, a do tego nie ma za grosz poczucia estetyki więc tak zagraciła mieszkanie, że nie ma czym oddychać i nie ma jednego ładnego miejsca. Poza tym wszystko gromadzi, nawet stare zepsute graty, ciuchy, tandetne bibeloty, wszędzie pudełka, opakowania, gazety, miliony obrazków świętych, firanki sprzed 30 lat, narzuty, meble. Byle było czysto, reszta jej nie przeszkadza. Zrobić remont choćby mały to najpierw trzeba by czarodzieja, który spowodowałby że wszystko niepotrzebne by znikło. Ale co zrobić z tymi jej rzeczami, przynajmniej w tych pokojach, które my zajmujemy? Ona do wszystkiego jest przywiązana, każdy przedmiot kogoś pamięta, każda rzecz to jej pieniądze wydane 100 lat temu, ale wydane. Moja mama jest przesadnie oszczędna, żeby nie powiedzieć skąpa.Nie bardzo mogę liczyć na to, że uszczknie coś ze swojej kupki i pomoże mi w remoncie. Pieniądze to jej drugie bóstwo. Są wartością samą w sobie. Całe życie słyszałam, że ona na nic nie ma i musi mieć oszczędności więc nigdy nie prosiłam jej o żadne wsparcie finansowe. Nawet nie pożyczam, a jeśli już to zawsze oddaję, nieważne czy chodzi o 2 zł, 20 czy 200. Zresztą dwieście nie pożyczam. Więc rozglądam się od pewnego czasu po mieszkaniu i nie mam pojęcia od czego zacząć żeby choć trochę zyskało na wyglądzie. Po prostu nie wiem co zrobić, czy mam tyle pieniędzy i czy zdążę. I tak mi brakuje męskiej pomocy. Kombinuję co zostawić, co odnowić, co dokupić i kończy się bólem głowy, bo mama od lat nic nie zmieniała. Wszystko jest stare. I nawet nie mam się kogo poradzić, bo wstyd mi przyznać, że tak jest. Zresztą nawet nie ma z kim pogadać na ten temat. Może z M1, ale on ciągle zajęty pracą i w tym temacie pewnie nie pomoże. JS odzywa się tylko wtedy, gdy sam mnie potrzebuje, a potem znika. Przykre ale prawdziwe. IR pisze i pisze codziennie ale nie za dużo i diabli wiedzą czemu ma służyć taka lakoniczna znajomość skoro nie ma czasu, a może i chęci żeby się spotkać. Wiecznie praca, zmęczony, albo zajęty, albo chory. Do czego mu właściwie jestem potrzebna nie wiem. On mnie w sumie chyba też do niczego. Wkurza mnie to pomału. Z takim dziwakiem jeszcze nie miałam do czynienia. Chyba mu wystarcza sama świadomość, że jest ktoś do kogo można napisać dzień dobry i dobranoc. I tak już od trzech miesięcy, a mieszka na sąsiednim osiedlu. Facet od auta mnie też wkurza i to kolejna przyczyna mojej frustracji. Od kilku miesięcy właściwie jestem bez samochodu i to mi bardzo utrudnia życie. Jedna poważna i kosztowna rzecz zrobiona więc myślałam, że już będę jeździć, ale okazało się że jeszcze coś nie tak. Tym razem miała być jakaś drobna ale upierdliwa usterka, a samochodu nie mam już drugi tydzień i żadnych informacji co się dzieje. Nie raczą mnie informować i nie wydaje im się, żebym potrzebowała samochodu i diabli wiedzą ile to będzie kosztować, niezależnie od tego co zrobią. Czasem mam wrażenie, że płacę za dobę hotelową w warsztacie. Na moje zapytania dostaję sms-a na odczep się, albo… cisza. Może ukradli to auto? I znowu brak mi mężczyzny, który zająłby się tą sprawą. Martwię się, że może nie da się naprawić i może trzeba sprzedać, a tymczasem się okazało, że samochód do pracy muszę mieć od przyszłego tygodnia koniecznie. Ryczeć mi się chce na to wszystko. I ryczę po kątach. I Ewa zajęta swoim szczęściem też już mnie nie potrzebuje. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że szczęście rodzi egoizm. Coś w tym jest. Może by się wina napić na wieczór? Guzik pomoże ale może chociaż spać będę lepiej? Przesadzam?

Muszę się ogarnąć.

Muszę dla siebie i bliskich. To do niczego dobrego nie prowadzi. Muszę się zbudzić i znowu zacząć żyć. Nie tylko pracować, ale żyć. I dać sobie spokój z przeszłością i z tym co było. I wybaczyć sobie swoje błędy. Innym też. Zacząć się angażować w codzienność, którą odrzuciłam. Powinnam do niej wrócić. Przestać się skupiać na sobie i użalać się jak mi źle albo manifestować, że wszystko mam gdzieś. Nie mam i nie jest mi tak źle, a przynajmniej mogę coś zrobić żeby tak się nie czuć tylko muszę ruszyć tyłek i zwyczajnie chcieć. Może powinnam sobie zrobić badania na hormony, bo wyraźnie czuję huśtawkę i widzę zmiany fizyczne. I więcej się ruszać. Dam radę, nie mogę się nakręcać, że jestem sama i sobie nie poradzę. Wszystko mi się uda. Przecież tak naprawdę nie jestem sama. Może wystarczy głośno powiedzieć, a znajda się osoby, które mnie wesprą. Dlaczego nie potrafię prosić o pomoc? A przecież tak jest łatwiej. Dziś wyrzuciłam z siebie przed Ewą, to co mnie od kilku dni dręczyło i ona zrozumiała, wysłuchała, przetłumaczyła na tyle, że gdy się już wygadałam i wyryczałam, poczułam ulgę. Myślę, że jeszcze muszę o tym porozmawiać z jedną osobą, ale i tak mi lepiej. W kwestii samochodowej też nie powinnam panikować. Przecież nie ja jedna się nie znam i nie mnie pierwszej to się zdarza. Mężczyźni też się muszą zdać na mechaników, a mnie pomaga i M i M3 i syn. I pieniądze aktualnie mam na naprawę więc świat się nie wali. A ludzi mogłoby być więcej wokół mnie, ale to ja przed nimi uciekam, to ja się wycofałam. Jutro idę na piwo z PA i to z mojej inicjatywy. Ucieszyła się, tak dawno nie byłyśmy w kawiarni. M dzwoni co dwa dni więc chyba nie ma mnie „gdzieś”. To wciąż kumpel i inaczej nie będzie, bo nawet ja go już tylko tak postrzegam, ale dobrze mieć kumpla. Koleżanka z dawnych lat upomina się o odwiedziny. Mam teraz trochę czasu, ale nie mam auta i leń nie pozwala jechać autobusem na drugi koniec miasta. Nowo poznany I pisze ze mną od miesiąca codziennie i może mogłabym się z nim spotkać na kawę, gdybym tylko chciała. Inna sprawa, że zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi, bo na początku zagadywał o spotkanie, ale gdy dałam mu odczuć, że nie lubię presji przyjął to do wiadomości i przestał nalegać. I tak mu zostało. Rozmawiamy za pomocą sms-ów, rzadziej przez telefon, ale kontakt jest codzienny i relacje na bieżąco Przyzwyczaiłam się do niego, jak do jakiegoś znajomego zza oceanu, a mieszka całkiem blisko. Sama już nie wiem czy mam chęć się z nim widzieć, bo chyba nie jest dla mnie materiałem na kogoś ważniejszego. Łatwo się jednak przyzwyczaić, że ktoś jest trochę bliżej niż zwykły znajomy i czasem można porozmawiać tak bardziej od serca.

A Ewie życzę szczęścia. I muszę bardziej widzieć innych.

Gdzie jest moje miejsce?

Czasem, a może częściej niż czasem, dopada mnie to pytanie. Unikam go, nie chcę się zastanawiać, bo wtedy nie czuję się zbyt dobrze, ale ostatnio mam chyba obniżony nastrój i zaczynam sobie pozwalać na myślenie. Wiem, że nie powinnam. Dla siebie samej nie powinnam. Należy działać, aby coś zmienić, a jeśli nie chce się działać, nie ma się siły by działać, to lepiej unikać takich przemyśleń. Przecież dobrze o tym wiem. Nikomu nie robię tym przysługi ani na złość, tylko sobie szkodzę, ale tak mnie korci. Minęły święta, były dzieci, powinnam się czuć ok, a ja czuję niepokój. Mam wrażenie, że jestem takim niepotrzebnym ogniwem. Wiem, że tak nie jest, ale nie czuję się dobrze w tym momencie mojego życia. Coś mnie omija, coś jest już nie dla mnie, coś już nigdy nie wróci, coś mnie przeraża, coś niepokoi. Owszem, mogę uciekać w pracę i uciekam, ale nie można cały czas uciekać. W święta nie mogę. Kiedyś nie będę pracować i co wtedy? Ale czego właściwie chcę? Ziszczenia jakiegoś snu? To tylko sen, a życie przecież jest inne. Więc jak żyć skoro ani sen ani życie to nie to? Niby potrafię się cieszyć byle czym i często mówię, że jest mi dobrze tak jak jest, ale chyba oszukuję innych i siebie samą. I czego właściwie chcę? Chciałabym intensywniej żyć, ale jednocześnie nie chce mi się ruszyć. Chciałabym mieszkać sama, ale przecież wtedy nikogo by przy mnie nie było i byłoby mi trudniej. Chciałbym kogoś poznać, ale nie chcę się angażować, bo nie chcę już cierpieć i nie chcę żadnych rewolucji w moim życiu, nie chcę rezygnować z wygody, z wolności, nie chcę się dopasowywać. Nawet nie wiem czy potrafię pokochać? Coraz częściej myślę, że nie. Więc czego właściwie chcę?

Chciałam więc wiem…

Teraz muszę sobie jakoś z tym poradzić. Żeby doszczętnie nie stracić wiary w to, że byłam naprawdę kochana i ważna, że byłam najważniejsza na świecie, że piękne i dobre słowa były prawdziwe, że spojrzenia i łzy były szczere, że ramiona chciały mnie ochronić przed całym światem, że to było coś wyjątkowego. Dlaczego życie musi się składać z chwil? Może to zresztą dobrze, bo skoro piękne sprawy przemijają to i te niedobre też nie mogą trwać wiecznie. Jak pogodzić się z tym, że coś co dla mnie, dla nas, było tak strasznie ważne, dziś jest niebytem. Że są dwa światy, a może jeszcze więcej światów równoległych. Na pewno więcej. Zostałam wykasowana? Co się kołacze w jego głowie? Czy nie ma w niej już po mnie śladu? Czy jest jakieś wspomnienie o mnie? Czy myśl o mnie odbija się echem obojętności? Czy wtedy gdy znikał już nie istniałam? Czy już wtedy był ktoś ważniejszy? Czy w ogóle był ktoś ważniejszy czy to może tchórzostwo, wygoda, zwykłe draństwo? A może strach, determinacja i zagubienie? Dlaczego „zawsze” nie może trwać zawsze? I co to w ogóle znaczy „zawsze”? Czy ja rzeczywiście byłam choć przez chwilę naprawdę w tym „zawsze”? Kim byłam wtedy i kim jestem teraz? Czy jest zadowolony? Czy tak jest mu dobrze? I co to znaczy, że to nie ta osoba, która powinna przy nim być? Kiedy ona się pojawiła? Czy była ważniejsza ode mnie? Co czuł gdy ja cierpiałam, gdy moja dusza rozpadała się na kawałki, gdy brakowało mi powietrza, a słońce okazało się zbyt słabe żeby rozjaśnić świat wokół mnie? Nie widział tego, bo po prostu zniknął, ale co on czuł wtedy, tam, gdzieś. Tak bardzo stałam się przezroczysta? Wiem, ja też zawiodłam. Dlaczego ze mną nie rozmawiał? Dlaczego tylko patrzył i słuchał? O czym wtedy myślał? Dlaczego się poddał? I dlaczego tak szybko ktoś mnie zastąpił? Jak mam to wszystko zrozumieć?

Kto wymyślił święta?

Chyba nie lubię świąt. Nie od zawsze, ale od dawna. Zastanawiałam się dziś kiedy to się stało i doszłam do wniosku, że nawet bardzo dawno temu. I nie dlatego, że coś mam do świąt, ale dlatego, że święta kojarzą nam się z radością, ciepłem, szczęściem, spokojem, rodziną, a jeśli coś jest nie tak to po prostu bolą i wprowadząją zamieszanie w codzienną rzeczywistość, a ja chyba tego nie lubię. Wolę chyba te dni podobne do siebie. Może przesadzam, może to moja przewrażliwiona natura robi z tego problem? Cieszyły mnie święta, gdy byłam dzieckiem. Może do 10 roku życia, może trochę dłużej, a może krócej. To zależało od ojca. Od tego jaki był w tym czasie, a od tego zależało jaka była mama, a od tego co czułam ja. Potem święta na wiele lat zepsuł mi B. Zdominował dom, mamę i wszystko co się w domu działo. Święta były fajne gdy nie było B, ale on był… przez osiem lat. Święta były fajne, gdy studiowałam. Wtedy nie było już B. Była mama, brat, ja i znajomi. Potem wyszłam za mąż i właściwie dobre święta może były przez dwa, trzy lata, a potem były znowu smutne, bo zwykle atmosferę przygotowań i radości z ich nadchodzenia, psuł małżonek pod wpływem alkoholu, nieobecny duchem, a jedynie ciałem zalegającym na kanapie lub nie wiadomo gdzie. Zwykle docierało do niego cokolwiek w Wigilię lub Sobotę Wielkanocną, gdy mieli zjawić się jego rodzice. A ja wtedy miałam już wszystkiego dość. I potem uśmiechanie się, że jest ok, święta takie fajne, posprzątane, ugotowane, choinka wystrojona, dzieci ładnie ubrane, wszystko u nas w porządku. A przez cały okres przygotowań byłam zdana na siebie, wykończona nerwowo, zdołowana, cierpiałam widząc zaprzyjaźnione lub obce małżeństwa wspólnie zaangażowane w przygotowania i ukrywająca, że u mnie jest aż tak źle. Przed wszystkimi. Emocjonalnie święta zawsze mnie wykańczały. To był zwykle czas pozornego spokoju i zgody. I co z tego, że w Wigilię przebaczałam, skoro po świętach wszystko wracało do chorej normy. A potem już przestałam przebaczać. A dzisiaj? Właściwie jest inaczej. Nie ma ojca, nie ma B., nie ma męża. Jest spokój i wesoły śmiech, są moje dzieci, jest mama, brat, mój chrześniak. Jest właściwie miło, ale….. i tak nie przepadam za świętami. Dziwna jestem?

„Zawsze” się rozwiało w dym…

Oto ja. Sentymentalistka, choć mnie to złości, bo sentymentalizm boli. Egocentryczka, bo za bardzo ja się stałam ważna. Zadośćuczynienie za dawny czas, gdy nie potrafiłam o siebie zadbać? Nie wiem. Może? Wiele lat czułam się nieważna dla nikogo. Bardzo wiele lat. Od dzieciństwa. Najpierw w domu rodzinnym, potem w małżeństwie. Wtedy nie wiedziałam, jak się bronić. Czułam się winna i chciałam uszczęśliwić cały świat kosztem siebie. Rozumiałam wszystkich i moje potrzeby spychałam w kąt, choć to nie znaczy, że nie cierpiałam. Wspomnienie z dzieciństwa, młodości, małżeństwa – samotność, choć nie byłam sama. Samotność emocjonalna. Zawsze ktoś był bardziej potrzebujący niż ja. Zawsze „czyjeś” było ważniejsze. Zawsze coś musiałam znosić, wytrzymywać, rozumieć. I myślałam, że tak być musi. Znosiłam, wytrzymywałam, rozumiałam i… marzyłam, że kiedyś będzie inaczej, że to się zmieni, że stanę się wreszcie ważna. Długo tak wytrzymywałam. Albo krótko, bo co to jest 30 lat? Pamiętam, że w tym wieku przestałam marzyć i chciałam być już starą, żeby wszystko było już za mną, to co się wtedy działo i to co jeszcze musiałam przeżyć. Bałam się, że nie wytrzymam i nie chciałam takiego życia, a nie potrafiłam tego zmienić. Byłam sama. Gdyby nie dzieci, nie wiem czy bym się nie poddała. Raz byłam o krok. O jeden raz za dużo i do dziś mam o to do siebie pretensje. Ale wtedy byłam taka krucha, bezsilna i osamotniona w walce. Wytrzymałam jeszcze 13 lat. Nie warto było. Dla nikogo. Bo nie służyło to nikomu, nawet jemu, bo przecież i tak został sam. Szkoda życia, ale wtedy jeszcze tego nie byłam pewna. Szukałam powodów, aby w tym trwać. Bo dzieci, bo rodzina, bo znajomi, którzy o niczym nie wiedzą, bo nie dam rady, bo muszę uciec do tego domu, który nie był dobry, bo co tam ja. Jednej nocy zdeterminowana podejmowałam decyzję że koniec wreszcie, a rano wstawałam i oszukiwałam siebie, że może jeszcze spróbuję wytrzymać. W sumie 19 lat! Głupia, ktoś powie. Pewnie i głupia, bo sama żałuję. Byłam tchórzem więc zapłaciłam za to wieloma straconymi latami. Przeszłości nie zmienię. I tak dobrze, że w końcu odeszłam. Ogromną rolę odegrał w tej decyzji A. Nie namawiał, ale po prostu zjawił się w moim życiu niespodziewanie i dał wszystko to czego potrzebowałam, żeby dokonać wreszcie zmian. Uwierzyłam, że jeszcze może się w moim życiu wiele zmienić jeśli tylko sama o to zawalczę. Zjawił się ktoś, kto utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jestem sama, że jestem dobra, wrażliwa, ciepła, zasługuję na przyjaźń, miłość i szacunek, że jestem wspaniałą matką i kobietą. Sama podjęłam decyzję, ale dzięki niemu uwierzyłam w siebie. Siłę dała mi jego miłość i przyjaźń. Miłość, w którą już przestałam wierzyć, na którą nie czekałam, która zdarzyła mi się…

I tak, i nie.

Smętno mi trochę. Nie chcę nikomu marudzić, to sobie tu posmęcę. W końcu od tego mam to miejsce w cyberprzestrzeni żeby inni nie wiedzieli. Inni, czyli znajomi. Zarobiona jestem po pachy więc już nie muszę narzekać, jak poprzednio, że nudno i leniwie. Zarobiona zawodowo. Aż nie myślałam, że będzie tak dużo – siedem dni w tygodniu, bo dochodzą zjazdy na uczelni, a wymyślili sobie zjazdy co tydzień. W innym mieście więc w weekendy podróżuję i się uczę. No, może tak strasznie się nie uczę, częściej ciałem jestem, ale to nie zmienia faktu, że wracam późno i nie nadaję się do niczego innego jak odpoczywanie. A odpoczywać spokojnie nie mogę, bo głowę zaprzątają różne obowiązki zawodowe i nie pozwalają się zrelaksować. A tych obowiązków się zrobiło wyjątkowo dużo i czekam kiedy to się wreszcie trochę uspokoi, bo chciałabym film jakiś obejrzeć i na piwo wyjść z koleżankami. Jedynie książki jakoś udaje mi się czytać, ale to chyba na przekór tej robocie. Dziś akurat mam wyjątkowo wolną sobotę. Sama sobie zrobiłam, bo powinnam się uczyć, ale ileż można? :) I co? Przypomniałam sobie, że wolne dni mi nie służą za bardzo. Popracowałam rano nad papierami, posprzątałam, ugotowałam… a potem jakoś tak smutno trochę się zrobiło. Pojechałam w końcu z synem na zakupy do galerii, ale też mi nie pomogło, bo za dużo ludzi i… za dużo par, rodzin. Wciąż mnie to rusza. Nie jestem jednak pogodzona ze swoim losem. A myślałam, że jestem. Nie do końca. Czegoś mi brak. Może już nie tak jak kiedyś, ale jednak. Czegoś pięknego, prawdziwego i poukładanego. Z drugiej strony już chyba w nic nie wierzę i nie czekam, a jednak czasem coś tam w środku zatęskni, zamarzy. Mój czas mija, moje odbicie coraz bardziej mi się nie podoba.

Wcale nie o tym miało być.

Lenię się aż wstyd. I wcale mi z tym nie jest dobrze, bo mam wyrzuty sumienia. I czas mi się jakoś tak przelewa przez palce. Cenny czas, piękny, letni. A tyle miałam zrobić i nic mi się nie chce. To „nicmisięniechce” mnie przeraża, bo przecież tak nie można przeżyć reszty życia. Pocieszam się, że wkrótce mój czas zostanie wypełniony z góry narzuconymi obowiązkami, z których część będzie mi sprawiać niewątpliwą przyjemność i wtedy moje wyrzuty może się zmniejszą. Ja muszę mieć nad sobą bat. Zorganizowany odgórnie dzień. Na zegarek, na budzik, na wczoraj najlepiej. O, jak coś jest na wczoraj, to ja dostaję turbodopalanie i aż sama sobie się potem dziwię, że tyle i tak szybko zdziałałam. I jaka zadowolona potem jestem z siebie. Gorzej jak coś zależy tylko ode mnie. Wtedy to ja mam zawsze czas, aż w końcu planu nie realizuję. Nie to, co moja mama. Ona dla odmiany jest tak zorganizowana, że… aż nudna. Wszystko ma swój czas i miejsce i żeby się paliło, waliło, musi się odbyć. Rano o szóstej pobudka z budzikiem i modlitwa z radiem. Potem poranne podlewanie kwiatków na balkonie, bo tak trzeba. Łazienka, mycie i ubieranie zawsze przed śniadaniem, bo „jak Ty możesz tak chodzić w tej piżamie, ja bym nie mogła”. Porządki w kuchni, cokolwiek by to nie znaczyło i dopiero śniadanie, bo najpierw trzeba na nie zapracować. Kawa i sprzątanie, nawet jak nie ma czego sprzątać. „Jak to nie ma? Codziennie jesz i codziennie trzeba sprzątać”. Kolejne motto mojej mamy. Podłogę może myć sto razy dziennie. Są jeszcze inne rytuały wypełniające dzień, w tym regularne modlitwy z radiem lub tv. Swoją drogą nie rozumiem tego fenomenu modlenia się przed telewizorem osoby zdrowej, całkiem sprawnej fizycznie, ale to mój problem. Klęczeć przed ekranem tv? Na szczęście nie komentuję. Każdy ma inne potrzeby, inną wiarę. I tak już spokojniej reaguję na rozbrzmiewanie z pokoju mamy rozmaitych nabożeństw, modlitw i jej śpiewów. Przymykam drzwi, a ona się już nie obraża. Jakiś kompromis. Co środę porządkuje szafki w kuchni. Co czwartek przeciera okna i ma straszny problem, gdy pada deszcz i nie może tego zrobić. Na szczęście już się na to uodporniłam i nie mam wyrzutów, że nie myję za nią tych okien. Kto normalny myje okna co tydzień? ! Zazwyczaj jestem w pracy i nie widzę tego więc jestem spokojna. Gorzej w urlop. I nie da się jej tego z głowy wybić. W piątek nakłania do sprzątania żeby na sobotę już było czysto. Mnie niekoniecznie zawsze to pasuje, bo przecież piątek, piąteczek, piątunio to najlepszy czas na weekendowe lenistwo. Jednak w sobotę jest czas na zakupy i mycie głowy około piętnastej. To znaczy mama myje wtedy włosy i już nigdzie nie wychodzi. I spróbujcie ją namówić na jakieś sobotnie wyjście. Nie da rady, bo ona musi umyć włosy o tej porze. Gdybym chciała w sobotę gdzieś wyjechać to w piątek obowiązkowo muszę odrobić sprzątanie, bo zatrułaby mi radość narzekaniem. Powiem szczerze, że zabrać moją mamę gdzieś na weekend to ogromny problem, bo jak tu pojechać gdziekolwiek w piątek czy sobotę? A co ze sprzątaniem? Nadmieniam, że mama sprząta każdego dnia. W domu są trzy dorosłe osoby zajmujące oddzielne lokum i sprzątające za siebie. Ehhh, szkoda gadać. Z drugiej strony cieszę się, że takie sobie ponarzucała obowiązki. Skoro głównie siedzi w domu to ma zajęcie i wypełniony czas. I czuje się potrzebna i spełniona. Problem pojawia się, gdy próbuje te swoje dziwactwa przerzucić na mnie i oczekuje, że mogłabym robić tak samo jak ona. Zapomniała, że kiedyś była młodsza, pracowała i miała inne potrzeby, a ja choć mam już za sobą trochę doświadczeń życiowych, jeszcze nie przeszłam na jej etap. Jeszcze? Powiem szczerze, że szanując moją mamę, wcale nie chcę robić tego co ona i żyć tak jak ona. Nie chcę się tak ograniczać.

Zemsta kobiety w średnim wieku.

To nie o mnie. Wiek może i pasuje, ale mścić się nie mam zamiaru. Zresztą w przypadku książki, która nosi taki tytuł, zemstą jest po prostu poradzenie sobie w sytuacji w jakiej znalazła się bohaterka. Wyciągnięcie nauczki i rozwinięcie skrzydeł I satysfakcja, że ten który był przyczyną nieszczęścia żałuje, choć za późno. I ta trzecia też żałuje, bo nie tak miało być i przegrywa z tą pierwszą, A bohaterka odzyskuje spokój, siłę, powodzenie, pracę, miłość. Słowem happy end. Książkę nawet nieźle się czyta, natomiast film nakręcony na jej podstawie to moim zdaniem porażka. Banał i komedia. Żałuję, że się pokusiłam o obejrzenie, bo film zamazał te dobre wrażenia po przeczytaniu książki. Z jednym się jednak zgadzam, nie wolno się poddawać. Każde doświadczenie czegoś nas uczy. Słowem, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Stara prawda.

To tyle.