„Zawsze” się rozwiało w dym…

Oto ja. Sentymentalistka, choć mnie to złości, bo sentymentalizm boli. Egocentryczka, bo za bardzo ja się stałam ważna. Zadośćuczynienie za dawny czas, gdy nie potrafiłam o siebie zadbać? Nie wiem. Może? Wiele lat czułam się nieważna dla nikogo. Bardzo wiele lat. Od dzieciństwa. Najpierw w domu rodzinnym, potem w małżeństwie. Wtedy nie wiedziałam, jak się bronić. Czułam się winna i chciałam uszczęśliwić cały świat kosztem siebie. Rozumiałam wszystkich i moje potrzeby spychałam w kąt, choć to nie znaczy, że nie cierpiałam. Wspomnienie z dzieciństwa, młodości, małżeństwa – samotność, choć nie byłam sama. Samotność emocjonalna. Zawsze ktoś był bardziej potrzebujący niż ja. Zawsze „czyjeś” było ważniejsze. Zawsze coś musiałam znosić, wytrzymywać, rozumieć. I myślałam, że tak być musi. Znosiłam, wytrzymywałam, rozumiałam i… marzyłam, że kiedyś będzie inaczej, że to się zmieni, że stanę się wreszcie ważna. Długo tak wytrzymywałam. Albo krótko, bo co to jest 30 lat? Pamiętam, że w tym wieku przestałam marzyć i chciałam być już starą, żeby wszystko było już za mną, to co się wtedy działo i to co jeszcze musiałam przeżyć. Bałam się, że nie wytrzymam i nie chciałam takiego życia, a nie potrafiłam tego zmienić. Byłam sama. Gdyby nie dzieci, nie wiem czy bym się nie poddała. Raz byłam o krok. O jeden raz za dużo i do dziś mam o to do siebie pretensje. Ale wtedy byłam taka krucha, bezsilna i osamotniona w walce. Wytrzymałam jeszcze 13 lat. Nie warto było. Dla nikogo. Bo nie służyło to nikomu, nawet jemu, bo przecież i tak został sam. Szkoda życia, ale wtedy jeszcze tego nie byłam pewna. Szukałam powodów, aby w tym trwać. Bo dzieci, bo rodzina, bo znajomi, którzy o niczym nie wiedzą, bo nie dam rady, bo muszę uciec do tego domu, który nie był dobry, bo co tam ja. Jednej nocy zdeterminowana podejmowałam decyzję że koniec wreszcie, a rano wstawałam i oszukiwałam siebie, że może jeszcze spróbuję wytrzymać. W sumie 19 lat! Głupia, ktoś powie. Pewnie i głupia, bo sama żałuję. Byłam tchórzem więc zapłaciłam za to wieloma straconymi latami. Przeszłości nie zmienię. I tak dobrze, że w końcu odeszłam. Ogromną rolę odegrał w tej decyzji A. Nie namawiał, ale po prostu zjawił się w moim życiu niespodziewanie i dał wszystko to czego potrzebowałam, żeby dokonać wreszcie zmian. Uwierzyłam, że jeszcze może się w moim życiu wiele zmienić jeśli tylko sama o to zawalczę. Zjawił się ktoś, kto utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jestem sama, że jestem dobra, wrażliwa, ciepła, zasługuję na przyjaźń, miłość i szacunek, że jestem wspaniałą matką i kobietą. Sama podjęłam decyzję, ale dzięki niemu uwierzyłam w siebie. Siłę dała mi jego miłość i przyjaźń. Miłość, w którą już przestałam wierzyć, na którą nie czekałam, która zdarzyła mi się…

I tak, i nie.

Smętno mi trochę. Nie chcę nikomu marudzić, to sobie tu posmęcę. W końcu od tego mam to miejsce w cyberprzestrzeni żeby inni nie wiedzieli. Inni, czyli znajomi. Zarobiona jestem po pachy więc już nie muszę narzekać, jak poprzednio, że nudno i leniwie. Zarobiona zawodowo. Aż nie myślałam, że będzie tak dużo – siedem dni w tygodniu, bo dochodzą zjazdy na uczelni, a wymyślili sobie zjazdy co tydzień. W innym mieście więc w weekendy podróżuję i się uczę. No, może tak strasznie się nie uczę, częściej ciałem jestem, ale to nie zmienia faktu, że wracam późno i nie nadaję się do niczego innego jak odpoczywanie. A odpoczywać spokojnie nie mogę, bo głowę zaprzątają różne obowiązki zawodowe i nie pozwalają się zrelaksować. A tych obowiązków się zrobiło wyjątkowo dużo i czekam kiedy to się wreszcie trochę uspokoi, bo chciałabym film jakiś obejrzeć i na piwo wyjść z koleżankami. Jedynie książki jakoś udaje mi się czytać, ale to chyba na przekór tej robocie. Dziś akurat mam wyjątkowo wolną sobotę. Sama sobie zrobiłam, bo powinnam się uczyć, ale ileż można? :) I co? Przypomniałam sobie, że wolne dni mi nie służą za bardzo. Popracowałam rano nad papierami, posprzątałam, ugotowałam… a potem jakoś tak smutno trochę się zrobiło. Pojechałam w końcu z synem na zakupy do galerii, ale też mi nie pomogło, bo za dużo ludzi i… za dużo par, rodzin. Wciąż mnie to rusza. Nie jestem jednak pogodzona ze swoim losem. A myślałam, że jestem. Nie do końca. Czegoś mi brak. Może już nie tak jak kiedyś, ale jednak. Czegoś pięknego, prawdziwego i poukładanego. Z drugiej strony już chyba w nic nie wierzę i nie czekam, a jednak czasem coś tam w środku zatęskni, zamarzy. Mój czas mija, moje odbicie coraz bardziej mi się nie podoba.

Wcale nie o tym miało być.

Lenię się aż wstyd. I wcale mi z tym nie jest dobrze, bo mam wyrzuty sumienia. I czas mi się jakoś tak przelewa przez palce. Cenny czas, piękny, letni. A tyle miałam zrobić i nic mi się nie chce. To „nicmisięniechce” mnie przeraża, bo przecież tak nie można przeżyć reszty życia. Pocieszam się, że wkrótce mój czas zostanie wypełniony z góry narzuconymi obowiązkami, z których część będzie mi sprawiać niewątpliwą przyjemność i wtedy moje wyrzuty może się zmniejszą. Ja muszę mieć nad sobą bat. Zorganizowany odgórnie dzień. Na zegarek, na budzik, na wczoraj najlepiej. O, jak coś jest na wczoraj, to ja dostaję turbodopalanie i aż sama sobie się potem dziwię, że tyle i tak szybko zdziałałam. I jaka zadowolona potem jestem z siebie. Gorzej jak coś zależy tylko ode mnie. Wtedy to ja mam zawsze czas, aż w końcu planu nie realizuję. Nie to, co moja mama. Ona dla odmiany jest tak zorganizowana, że… aż nudna. Wszystko ma swój czas i miejsce i żeby się paliło, waliło, musi się odbyć. Rano o szóstej pobudka z budzikiem i modlitwa z radiem. Potem poranne podlewanie kwiatków na balkonie, bo tak trzeba. Łazienka, mycie i ubieranie zawsze przed śniadaniem, bo „jak Ty możesz tak chodzić w tej piżamie, ja bym nie mogła”. Porządki w kuchni, cokolwiek by to nie znaczyło i dopiero śniadanie, bo najpierw trzeba na nie zapracować. Kawa i sprzątanie, nawet jak nie ma czego sprzątać. „Jak to nie ma? Codziennie jesz i codziennie trzeba sprzątać”. Kolejne motto mojej mamy. Podłogę może myć sto razy dziennie. Są jeszcze inne rytuały wypełniające dzień, w tym regularne modlitwy z radiem lub tv. Swoją drogą nie rozumiem tego fenomenu modlenia się przed telewizorem osoby zdrowej, całkiem sprawnej fizycznie, ale to mój problem. Klęczeć przed ekranem tv? Na szczęście nie komentuję. Każdy ma inne potrzeby, inną wiarę. I tak już spokojniej reaguję na rozbrzmiewanie z pokoju mamy rozmaitych nabożeństw, modlitw i jej śpiewów. Przymykam drzwi, a ona się już nie obraża. Jakiś kompromis. Co środę porządkuje szafki w kuchni. Co czwartek przeciera okna i ma straszny problem, gdy pada deszcz i nie może tego zrobić. Na szczęście już się na to uodporniłam i nie mam wyrzutów, że nie myję za nią tych okien. Kto normalny myje okna co tydzień? ! Zazwyczaj jestem w pracy i nie widzę tego więc jestem spokojna. Gorzej w urlop. I nie da się jej tego z głowy wybić. W piątek nakłania do sprzątania żeby na sobotę już było czysto. Mnie niekoniecznie zawsze to pasuje, bo przecież piątek, piąteczek, piątunio to najlepszy czas na weekendowe lenistwo. Jednak w sobotę jest czas na zakupy i mycie głowy około piętnastej. To znaczy mama myje wtedy włosy i już nigdzie nie wychodzi. I spróbujcie ją namówić na jakieś sobotnie wyjście. Nie da rady, bo ona musi umyć włosy o tej porze. Gdybym chciała w sobotę gdzieś wyjechać to w piątek obowiązkowo muszę odrobić sprzątanie, bo zatrułaby mi radość narzekaniem. Powiem szczerze, że zabrać moją mamę gdzieś na weekend to ogromny problem, bo jak tu pojechać gdziekolwiek w piątek czy sobotę? A co ze sprzątaniem? Nadmieniam, że mama sprząta każdego dnia. W domu są trzy dorosłe osoby zajmujące oddzielne lokum i sprzątające za siebie. Ehhh, szkoda gadać. Z drugiej strony cieszę się, że takie sobie ponarzucała obowiązki. Skoro głównie siedzi w domu to ma zajęcie i wypełniony czas. I czuje się potrzebna i spełniona. Problem pojawia się, gdy próbuje te swoje dziwactwa przerzucić na mnie i oczekuje, że mogłabym robić tak samo jak ona. Zapomniała, że kiedyś była młodsza, pracowała i miała inne potrzeby, a ja choć mam już za sobą trochę doświadczeń życiowych, jeszcze nie przeszłam na jej etap. Jeszcze? Powiem szczerze, że szanując moją mamę, wcale nie chcę robić tego co ona i żyć tak jak ona. Nie chcę się tak ograniczać.

Zemsta kobiety w średnim wieku.

To nie o mnie. Wiek może i pasuje, ale mścić się nie mam zamiaru. Zresztą w przypadku książki, która nosi taki tytuł, zemstą jest po prostu poradzenie sobie w sytuacji w jakiej znalazła się bohaterka. Wyciągnięcie nauczki i rozwinięcie skrzydeł I satysfakcja, że ten który był przyczyną nieszczęścia żałuje, choć za późno. I ta trzecia też żałuje, bo nie tak miało być i przegrywa z tą pierwszą, A bohaterka odzyskuje spokój, siłę, powodzenie, pracę, miłość. Słowem happy end. Książkę nawet nieźle się czyta, natomiast film nakręcony na jej podstawie to moim zdaniem porażka. Banał i komedia. Żałuję, że się pokusiłam o obejrzenie, bo film zamazał te dobre wrażenia po przeczytaniu książki. Z jednym się jednak zgadzam, nie wolno się poddawać. Każde doświadczenie czegoś nas uczy. Słowem, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Stara prawda.

To tyle.

Wpływ tv na mój sentymentalizm.

Obejrzałam sobie jeden z programów w stylu „Dlaczego ja?” i mnie trafiło. Obejrzałam sobie z nudów, bo po kilku dniach intensywnych poszukiwań lokalu na pewną ważną imprezę, odbyciu wielu podobnych rozmów, zadaniu dziesiątek podobnych pytań i zastanawianiu się co, gdzie, jak i kiedy, dziś gdy moje dzieciaki pojechały do siebie, dopadło mnie totalne znużenie więc aby się odmóżdżyć ległam na kanapie z pilotem w ręce. Zazwyczaj rzadko oglądam tv, ale dziś miałam potrzebę pogapienia się na cokolwiek, co pozwoli mi nie myśleć o ostatnich sprawach. Wystarczy, że pół nocy nie spałam, choć kręgosłup akurat nie przeszkadzał mi tym razem. I trafiłam sobie na odcinek, który przypomniał mi pewną moją dawną relację z kimś bardzo ważnym. Konkretnie z A. Wcześniej z kolei przeczytałam pewien artykuł o zakazanej i trudnej, aczkolwiek pięknej i odwzajemnionej miłości pewnej kobiety do księdza. Artykuł dostałam do przeczytania od koleżanki z rok temu. Leżał sobie przekładany z kąta w kąt, bo jakoś nie miałam ochoty na poznawanie tej historii. Dopiero dziś sięgnęłam po niego i znowu pomyślałam o A. Cała historia oczywiście mnie mnie dotyczy, ale uczucie, o którym opowiadała kobieta, charakter i wrażliwość mężczyzny, bardzo przypominało mi mój związek z A. Jeśli istnieją na ziemi nasze połówki to ja na pewno swoją przez „chwilę” miałam. Ta chwila trwała kilka lat i chcę wierzyć, że to wszystko było prawdziwe. Nic nie może obejść się bez trudności i bólu więc i nas to dotknęło. Byliśmy parą z odzysku, z ciężkim bagażem przeszłości. Spotkaliśmy się w nie najlepszym momencie swego życia i to na pewno rzutowało na nasze decyzje. Nie byłam łatwą partnerką, zwłaszcza wtedy. Nie było doskonale. Zabrakło odwago i siły. Miałam duży wpływ na to, że nie wyszło. Na pewno był bardzo dobrym i kochanym człowiekiem. Ofiarował mi tak wiele uczucia, zrozumienia i cierpliwości, ale było coś, co powodowało, że stchórzyłam. Nie mogliśmy być razem. Odsuwałam się od niego. Może szczerze, ale okrutnie mówiłam o swoich rozterkach. On słuchał a w oczach miał smutek. I nie mówił nic. Któregoś dnia zniknął z mojego życia. Nagle. Bez słowa. O to mam największy żal, że nie pożegnał się ze mną. Mężczyźni, którzy pojawili się w dzisiejszych historiach, byli w jakimś sensie podobni do A lecz potrafili szczerze powiedzieć swoim kobietom, że wycofują się z ich życia, bo nie chcą żeby cierpiały. Mieli odwagę przeprowadzić rozmowę i potwierdzić jednocześnie, że robią to właśnie z miłości do kobiety. Wycofują się bo wiedzą, że one nie będą szczęśliwe w takiej relacji. On uciekł. Znając mnie tak dobrze, po prostu uciekł. Czy ucieka się w ten sposób od kogoś kogo się kocha? Coraz częściej myślę, że może nie był szczery? Może to wszystko było nie tak? Może to wszystko to był mój sen? Czasem mam chęć pojechać do niego, stanąć przed nim i zmusić go do powiedzenia dlaczego w taki sposób? I nie wiem, co chciałabym usłyszeć. Chyba każdą prawdę, byle móc wreszcie zamknąć ten rozdział.

Hej, szalałam, szalałam…

W lipcu tak szalałam. Jak cisza to cisza, a jak się coś zacznie dziać to hurtem. No i miałam co tydzień imprezy i to duże, bo weselne. Jakby się wszyscy zmówili. Powiem szczerze, że z daleka byłam tym trochę przerażona bo chyba nie przepadam za weselami, ale z drugiej strony hurtowo nawet wygodnie bo można raz się przygotować i obskoczyć kilka imprez. Tylko kasa upłynniła się w mig. Do tego jeszcze pobyt u córki w roli sponsora. To znaczy ja byłam sponsorem. No i wyjazd w moje kochane góry. Nie jestem do końca zadowolona bo pogoda pomieszała szyki i nie mam spektakularnych osiągnięć w zdobywaniu szczytów. Rok temu było lepiej, ale i tak przeszłam wiele kilometrów i wylałam wiele litrów potu, co zaowocowało nieznacznym spadkiem wagi, tudzież brzucha. Doszłam jednak do wniosku, że w przyszłym roku powinnam zmienić towarzyszkę wędrówek, bo niestety zaczynamy mieć różne potrzeby i możliwości. Ja lubię dużo, wysoko, szybciej i ciągle coś nowego. Uwielbiam się męczyć, zachwycać widokami, robić zdjęcia. Koleżanka musi wolniej, lubi co roku te same trasy i zaczyna mieć obawy przed wyższymi szczytami. Gdyby M2 nie wycofał się definitywnie, mogłabym z nim nadrobić to czego nie mogę z koleżanką. Niestety, to raczej już nie wchodzi w rachubę. Za to wątek z JS mógł przybrać realne wymiary, gdybym tylko chciała. W innym niż górski temacie. Nie chciałam i nie chcę. Po pierwsze nic nas nie łączy, po drugie nie lubię smażyć się na plaży w słońcu, po trzecie nie mam kostiumu pasującego do mojej aktualnej figury, po czwarte widzieliśmy się ostatnio dwa lata temu, po piąte nie nadaję się do roli, której być może by ode mnie oczekiwał. To wszystko bez sensu. Jak on to sobie wyobraża? Pewnie normalnie, bo to mężczyzna. Co mu szkodzi?

Jestem, jestem…

Tak, jestem choć jakoś rzadziej mam chęć na dokonywanie wpisów, ale tak to już u mnie wcześniej bywało więc pewnie wena wróci. Sinusoida. Jak i w życiu. Aktualnie wypoczywam i leniuchuję aż niedobrze się robi. I dużo myślę, bo mam o czym. Szykują się poważne zmiany w życiu mojej latorośli żeńskiej i sporo mam do przemyślenia w tym temacie, zarówno w zakresie działania jak i finansów. Na razie jestem przerażona, ale mam nadzieję, że w końcu nabiorę dystansu i…. damy radę. Tylko czemu jak zwykle zostaję z tym sama? I muszę być dzielna i nie pokazywać dziecku, że zaczyna mnie ogarniać strach. Remont w domu aż błaga o zrobienie, ale tyle tego jest, że gdy zacznę myśleć od czego by tu zacząć, po chwili mam już dość.I znowu kłaniają się marne finanse i brak męskiej części do działania. Do każdej pierdoły trzeba kogoś szukać. I choć na co dzień stopuję koleżankę w marudzeniu, że bez chłopa nie ma życia, na myśl o remoncie, po cichu przyznaję jej rację. I jeszcze przed chwilą kran w kuchni wysiadł na amen. A moje autko też potrzebuje męskiego mądrego opiekuna. Kolejny mechanik gada co innego, a ja już nie wiem, którego słuchać i czy oni mi czasem nie wciskają kitu, za który ja mam zresztą zapłacić. W pracy szykują się zmiany, które mnie niepokoją, bo tracę poczucie bezpieczeństwa. Kręgosłup boli. Słowem, trochę do dupy. Tylko trochę, bo jeszcze się nie poddałam, choć na razie nie mam żadnego konkretnego planu działania.

Dobrze spędzony długi weekend.

Tak, tym razem było szybko, aktywnie i bardzo przyjemnie. Miałam w domu wszystkie najbliższe memu sercu osoby, była nas pełna chata, było wesoło, były wypady na wycieczki, piękna pogoda i spotkanie z koleżankami i kolegami z dawnych lat. Każdy dzień wypełniony i tym razem nie narzekałam, że mam za dużo wolnego czasu. W czasie wycieczek zachowywałam się jak szaleniec zachwycając się majem i biegając z aparatem po krzakach i innych zakamarkach natury w poszukiwaniu ciekawych obiektów przyrodniczych do sfotografowania. Uwielbiam robić zdjęcia naturze i wyłapywać rozmaite osobliwości, na pozór normalne i pospolite, ale w rozmiarze makro ujawniające swe piękne i niepowtarzalne oblicze. Poczułam się jak w wakacje podczas górskich wędrówek. To był wstęp do tego co przede mną, w lipcu. Naprawdę odpoczęłam i podładowałam akumulatorek. W tym roku, korzystając z faktu, że jestem zmotoryzowana, mam zamiar częściej wypadać w różne ciekawe miejsca w mojej okolicy. Dość nudnych niedziel. Jest tyle piękna wokół nas.

Piątek, piąteczek itd…

Weekend, znaczy się w rzeczy samej :) I do tego nareszcie ciepło. Na dworze, bo w domu siedzę pozawijana w koc. No cóż, nie mam możliwości włączenia centralnego, które już zakończyło sezon zimowy. Jakby tak dłużej słonko pogrzało, to może i mieszkanko się nagrzeje. Jakby…

Ten weekend mam wolny. Nie mam zjazdu, ani jakiejś specjalnej pracy domowej absorbującej czas i umysł. Zatem z jednej strony fajnie, a z drugiej trochę nie wiadomo co robić, bo jak już wiele razy powtarzałam, w domu na relaks potrzebuję jednego dnia a potem mnie ciągnie do ludzi. U mnie zawsze musi być jakaś „ta druga strona”. Na szczęście nie zawsze marudna. Jak jest coś nie halo, też szukam tej drugiej, lepszej strony. Trochę żal, że nie ma tego kogoś w moim życiu, ale na pewno mniej żal niż choćby rok  temu. Przyzwyczajam się? Jeśli dziś mi kogoś brak to tylko po to żeby porozmawiać, iść na spacer, rower, wycieczkę czy do kawiarni. Nawet „te sprawy” mnie nie ruszają. Nie wiem czy to dobrze? Nie wiem. Osiadłam. Dziś na fb widziałam zdjęcia z wycieczki do Rzymu, mojej dawnej troszkę starszej koleżanki. Z mężczyzną, z którym jest z 6-7 lat. Regularnie widuję ich razem zwiedzających Europę. Trochę mi się smutno zrobiło, bo też mogłabym mieć taki staż, gdyby wszystko potoczyło się inaczej i gdybym trafiła inaczej. Jej się najwyraźniej udało. Wyglądają na szczęśliwych. Jednak czy ja na jej miejscu byłabym szczęśliwa podejmując takie a nie inne decyzje i postępując w taki a nie inny sposób? Chyba nie. Moje szczęście za wszelką cenę? Może więc jednak wolę moje spokojne sumienie. Jednak zazdroszczę jej trochę przede wszystkim tych wycieczek. Pięknie wyglądają, to fakt. Fajna para na zdjęciach. Koleżanka bardzo często publikuje swoje fotki z życia prywatnego. Wiem gdzie aktualnie wylatuje i kiedy już wraca, gdzie je kolacje i pije wino, a gdzie lody, gdzie spaceruje i co podziwia, kiedy odwiedza rodzinę. Wszystko takie słodkie, kolorowe, och i ach, a ja trochę wiem jak jest naprawdę więc nieraz zastanawiam się ile z tego jest na pokaz. No cóż, w sumie nie moja sprawa, tyle że jak tak patrzę na te jej fotki to czasem się zapominam i wydaje mi się, że u niej wszystko takie różowe, a u mnie nie i wtedy muszę sobie poprzypominać całą resztę, żeby trzeźwo spojrzeć na sprawę i nie zazdrościć jej tego co na zdjęciach widzę.

JS się chyba na mnie obraził. Nie pierwszy raz w sumie, ale co mi tam. Chciał mnie wyciągnąć przy okazji mojego studiowania na spotkanie w dużym mieście. I chciał, żebym została na drugi dzień. Wystraszyłam się i odmówiłam pod byle pretekstem. Miałam się odezwać i nie zrobiłam tego. Boję się, że może znowu zaproponować spotkanie, a ja chyba nie mam ochoty. Dobrze jest jak jest. Na odległość i przez telefon.

M1 czasem dzwoni i chyba jestem jego kumplem, bo żaden facet nigdy ze mną nie rozmawiał w taki sposób jak on. Nawet się już do tego przyzwyczaiłam. Wciąż go lubię i tez już tylko wyłącznie jak kolegę. Dużo mu zawdzięczam i wiem, że mogę go prosić o pomoc w potrzebie. Na samą myśl o tym czuje się bezpieczniej. Dobrze wiedzieć, że gdzieś ktoś jest…

M2 zapomniał o moim istnieniu na amen. I A też. M2 się jednak  bardzo przydał, bo to on przyczynił się do mojej odmiany i to dzięki niemu doceniłam moje własne samotne życie. Odegrał ważną rolę. Nawet nie wie jak ważną. I w sumie jestem mu wdzięczna. Zrozumiałam czego na pewno nie chcę.

A poza tym pobiegałam (czyt. pojeździłam) dziś po mieście i wydałam trochę kasy na wiosenne fatałaszki. Po pierwsze kupiłam pantofle, a to nie jest łatwa sprawa w moim przypadku. Jestem właścicielką wrażliwych stóp i większość butów się nie nadaje dla mnie do chodzenia. To za luźne, to za sztywne, to za cienkie podeszwy. Nota bene, teraz wszystkie buty mają cienkie podeszwy. To wysokość niewłaściwa, to kolor nie taki, to rozmiar mój, ale nie pasuje. Powinny być jednak połówki numerów. W końcu kupiłam, całe ze skóry i miękkie, a czy wygodne w chodzeniu to się okaże. I lepiej żeby tak, bo kasy sporo kosztowały więc będę musiała się z nimi zaprzyjaźnić. Kiedyś buty kupowałam często i namiętnie i w większości chodziłam. Dziś to niestety niemożliwe. Za to nadrabiam innym szaleństwem. Uwielbiam spódniczki i apaszki. Spódniczki wyłącznie ołówkowe i przed kolano. Szaliczki i apaszki to już chowam przed rodziną, bo się pukają w czoło. A i tak jak mam gdzieś wyjść to marudzę, że jeszcze mi brakuje takiej lub siakiej. Są dla mnie ważnym dopełnieniem stroju i ważnym elementem grzewczym. Mam wrażliwe nie tylko stopy ale i szyję. Lubię mieć ją zawsze otuloną, bo inaczej jest mi zimno. Jak mi zimno w szyję, to mi zimno wszędzie i się przeziębiam. Może to stąd, że mam też wrażliwe gardło. Nie wiem. Tak więc, szaliczki noszę wiosną, jesienią i zimą na okrągło oraz latem wieczorami i każdego dnia gdy pogoda jest niewyraźna.

Miałam jeszcze o czymś napisać, ale jak to zwykle u mnie bywa, moje myśli zdążyły rozbiec się w tylu kierunkach, że palce na klawiaturze nie zdążyły za nimi i już mi przeszła chęć żeby je gonić. Poczekam aż same wrócą. Tymczasem idę poczytać. Mogę dziś pomarkować, bo jutro wreszcie pobudka siłami natury. Budzik ma wolne przez najbliższe dwa dni :)

     

Jakoś leci i nawet całkiem szybko. Chyba za szybko.

Czas najwyraźniej przyspieszył i nie chce przystopować ani trochę. Ledwo zacznę nowy tydzień, już jego koniec. Weekend wyczekiwany, wiadomo, ale czemuż tak szybko mija tydzień za tygodniem. Niedawno obchodziłam okrągłe urodziny i przeżywałam je jak mrówka nie powiem co, a tymczasem już sobie żyję z tą świadomością mego wieku prawie trzy miesiące i nawet przywykłam do tej liczby. Nawet mi się trochę zaczyna podobać.Nie mam wyjścia, ale jakby tak ten rok zatrzymał się na jakieś dziesięć lat, byłabym wdzięczna. Jak to mówią, lat mamy tyle na ile się czujemy więc, jestem młoda, a metryka niech się schowa do archiwum. Nie jestem za tym żeby za wszelką cenę oszukiwać naturę i zgrywać młódkę, bo to czasem bywa śmieszne i niesmaczne, ale nie mam zamiaru udawać dostojnej matrony tylko dlatego, że stuknęło mi tyle i tyle. Chyba nigdy nie będę matroną, bo to po prostu nie leży w mojej naturze. Zauważyłam jednak pewne plusy swojego wieku. Dziś bardziej siebie akceptuję i lubię. Pogodziłam się z pewnymi faktami i nie odejmuję sobie wartości z ich powodu. Jestem bardziej świadoma tego czego potrzebuję i bardziej krytyczna i wymagająca, ale jednocześnie otwarta i ciepła. Nie zamykam się, nie uciekam w siebie jak dawniej. Łatwiej mi mówić, co czuję. Lubię ludzi. Lepiej panuję nad moimi emocjami i unikam samonakręcania się w kierunku dołowania, co kiedyś stosowałam nagminnie. Dbam o swoją psychikę i samopoczucie Wzrosła moja pewność siebie i częściej otwarcie wyrażam swoje zdanie. Jestem bardziej świadoma tego co mogę, co potrafię. Staram się postępować uczciwie i zgodnie z własnymi zasadami. Przyjaźń, lojalność i sprawiedliwość to dla mnie bardzo ważna sprawa. Wychodzę z założenia, że dobro zawsze wraca, ale baczniej obserwuję ludzi i pobudki, jakimi kierują się oczekując ode mnie dobra. Staram się po prostu być mniej naiwną. Cieszy mnie fakt, że wokół mnie są ludzie, którzy mnie lubią, lgną do mnie, ufają mi, potrzebują i liczą się z moim zdaniem. Od czasu do czasu mówią mi słowa, od których się rumienię i krępuję, bo to dobre słowa, a ja wcale nie czuję, żebym była specjalnie dobra. O nie, często myślę, że nie jestem dobra, że powinnam więcej i lepiej, i ze szczerego serca. I wiem, co piszę. Bardzo kocham moją mamę i chciałabym zapomnieć o wszystkich pretensjach, jakie do niej mam i móc ją częściej przytulić i porozmawiać. Staram się nie myśleć o przeszłości, ale to nie jest łatwe, choć coraz lepiej sobie z tym radzę. Podsumowując, mam teraz lepszy czas, jestem spokojniejsza, pogodniejsza, bardziej zadowolona ze swojego życia, bardziej pogodzona z przeszłością, i z apetytem na życie większym niż kiedykolwiek. Świat jest piękny, moje dzieci są kochane, lubię moją pracę, ludzie są fajni, a niefajnych omijam szerokim łukiem. Wiem, że nie zawsze tak się da, ale mnie na szczęście się to udaje. To piszę ja, kobieta dojrzała :-) I niech tak zostanie.

Miało być o czymś innym, a zebrało mi się na podsumowanie.