Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu?

No cóż, myślałam, że można zastąpić kogoś ważnego kimś mniej ważnym i tak będzie łatwiej. To nie takie proste. Po pierwsze nic na siłę. Po drugie determinacja nie jest dobrym doradcą. Owszem PM jest małym pocieszeniem, ale tak małym, że zastanawiam się czy już nie mam ochoty na zmykanie. To nigdy nie będzie to. Z różnych powodów. Nawet jeśli ma tę przewagę, że możemy się widywać kilka razy w tygodniu, choćby na krótko, to i tak już mnie to nie bawi tak jak na początku. Nie ta osoba, nie te relacje, nie te fale. Co z tego, że nawet go lubię. To za mało dla mnie. Nie chcę wprawdzie sama aby ta znajomość nabrała innego charakteru, bo nie ma to najmniejszego sensu w tym przypadku, ale brakuje mi rozmów, wieczorów przy winie, spacerów, wspólnych marzeń, prostych czułości i tego wrażenia, że jestem dla kogoś ważna tylko dlatego, że jestem. Brak tego wszystkiego powoduje, że zwykłe towarzystwo na chwilę mi nie wystarcza i czasem mam chęć się wycofać. Nie lubię półśrodków. Z jednej strony tłumaczę sobie, że co mi szkodzi, dzięki niemu coś się dzieje. Przecież nie oczekuję od niego wiele. Z drugiej zaś czuję, że moja osoba ewidentnie budzi jego zainteresowanie głównie w określonym temacie, a to zaczyna mnie irytować. W takim związku nigdy nie byłam i chyba nie mam ochoty być. Moja próżność już została zaspokojona i teraz potrzebuję jednak czegoś więcej. Myślę, że wkrótce sobie to poukładam, bo już dziś nastawiona jestem bojowo do całej tej sytuacji. Jeśli nic się nie zmieni, a utrwalać się będzie to co jest – zmykam bez żalu. Za mało się stara. Nie musi. Ja też nic nie muszę.

Kości zostały rzucone.

List napisany i wysłany. Najkrótszy z wszystkich jakie wcześniej stworzyłam, a nie wysłałam. Krótko, zwięźle i na temat nazwałam rzecz po imieniu dając do zrozumienia, że skoro komuś zabrakło odwagi, to ja zamykam ten rozdział i nie czekam już nawet na odpowiedź. Zrobiłam the end za niego. A dziś bez skrupułów umówiłam się z PM. Prawie pół roku oczekiwania chyba wystarczy. Pora zakończyć okres żałoby i PM mi w tym pomaga. Trochę go wykorzystuję do tego celu z premedytacją, ale i on, w moim odczuciu, próbuję ze mną pewnej zabawy więc myślę, że krzywdy mu nie zrobię. A co będzie dalej, czas pokaże. Lubię PM i coraz bardziej się do niego przyzwyczajam, ale i tak jest na dzień dzisiejszy na otarcie łez. Za bardzo porównuję go do Niego. Dziś było całkiem przyjemnie więc ciekawa jestem, co PM na to dalej. Siłujemy się troszkę na swoje sposoby i zastanawiam się dokąd nas ta gra doprowadzi. Trochę mnie niepokoi to przyzwyczajanie, bo nie chciałabym się już dać nikomu oswoić (patrz tutaj), a naturę mam bardzo emocjonalną więc ryzyko istnieje. Nie chciałabym skrzywdzić tym razem przede wszystkim siebie samej.

Pora zakończyć ten epizod.

Moja naiwność przechodzi chyba wszelkie granice. Niejedna kobieta na moim miejscu rzuciłaby soczystym mięsem, zrobiła aferę, wywołała skandal i z hukiem wywaliła ze swojego życia. A ja głupia romantyczka, naiwnie wierząca w szczerość uczuć wciąż się dziwię i na coś czekam. No bo się dziwię. Już sześć miesięcy tak się dziwię. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że zostałam porzucona, a ja wciąż nie mogę w to uwierzyć głównie dlatego, że porzucający nie wysilił się żeby zakończyć ze mną w uczciwy sposób tylko zniknął. Po prostu i dosłownie. A dla mnie to jest niepojęte, że można tak postąpić z kimś kogo się tak kochało. Podobno, bo dziś coraz bardziej w to wątpię. Nawet jeśli coś się zmieniło, wygasło, odwidziało to ze względu na zwykły szacunek dla osoby, należałaby się rozmowa i powiedzenie prawdy, a nie tchórzliwe zniknięcie. Prawie pięć lat zostało przekreślone jak nic niewarte. Jego zachowanie było dla mnie takim zaskoczeniem, że na początku byłam pewna, że się odezwie, że mu przejdzie, że coś się stało. To niemożliwe żeby już się do mnie nie odezwał. Nie w taki sposób. Było mi przykro i smutno, ale czekałam cierpliwie. Nie podejrzewałam go o taką konsekwencję w zachowaniu. Taką zimną postawę. Taką obojętność. Zero zainteresowania. Jakby mnie nigdy nie było, jakby nie wiedział nic o mnie, jakby mnie nie znał, jakbym go nic nie obchodziła. Powoli dociera do mnie, że chyba tak jest. Zastanawiam się od kiedy? Jak długo udawał? Czemu to robił? Każdego dnia próbuję odgadywać powody, próbuję usprawiedliwiać, zrozumieć i mam wrażenie, że gdyby się odezwał i wymyślił sensowne wyjaśnienie uwierzyłabym i wybaczyła. A może tak mi się tylko wydaje, bo nie mogę się pogodzić z tym, że tak ze mną postąpił. Może to tylko moja urażona duma. Przecież w ostatnim okresie byłam trochę zawiedziona tym naszym związkiem i sama zastanawiałam się czy jest sens w nim trwać. Owszem uczucie było prawdziwe, ale oboje chyba nie stanęliśmy na wysokości zadania. Z różnych powodów. Związki z odzysku nie są łatwe. Ehhhh. Chyba pora przestać się zadręczać i idealizować coś, co może wcale nie było takie jak myślałam. Wiem co ja czułam i myślałam, że znam jego. Dziś wydaje mi się, że byłam naiwna. Może jutro wyślę ten ostatni list z niewysłanych. Tym razem krótki i bez wylewania żalu, dociekania, tłumaczenia. Raczej zamykający sprawę i oceniający sytuację. Pora zapomnieć i uwolnić siebie samą od kogoś kto swoim zachowaniem dał mi na to przyzwolenie. Koniec lojalności. Teraz bez skrupułów spróbuję zainteresować się kimś innym. Jest ktoś kto o to zabiega. Nie chcę już żadnych uczuć. Nie chcę już nikomu pokazywać mojej prawdziwej natury i przed nikim się otwierać, ale chcę się spotykać, rozmawiać, spacerować, mieć kogoś choćby do towarzystwa. Skoro nie może być ON, niech będzie ktokolwiek, ale już na innej zasadzie. Oczywiście z tym ktokolwiek to nie tak dosłownie, bo wbrew sobie niczego nie mam zamiaru robić. Teraz ja mam być ważna. Pora zacząć wymagać i nie brać wszystkiego tak serio. Taki mam zamiar, ale czy mi się uda z moją naturą wytrwać w postanowieniu?

Co we mnie siedzi?

Zastanawiam się jakim człowiekiem jestem? Skąd we mnie ta obojętność w stosunku do Niej. No, może nie do końca obojętność, ale jakiś taki brak serca. Sama nie wiem jak to określić, lecz nie czuję się z tym najlepiej. Czemu ją najbardziej obwiniam za wszystko? Czemu tak mnie drażni? Czemu nie potrafię okazać jej czułości, miłości? Mojej matce. Przecież ona się już nie zmieni. Co było to było i już się nie odstanie. Dlaczego nie mogę tego wszystkiego zostawić, przestać drążyć.

Od kilku dni coś jej dolega. Wygląda to dość poważnie, bo skoro rezygnuje ze swojej zwykłej codziennej i obowiązkowej aktywności, to pewnie musi boleć. Wydaje mi się, że to od kręgosłupa. Dziś po przyjściu z pracy zastałam ją leżącą w łóżku. Nienormalne. Nie może się poruszać. Cały dzień przeleżała. Jestem poważnie zaniepokojona, ale nie da się jej wysłać do lekarza. Twierdzi, że w końcu przejdzie, jednak nie wygląda jakby miało przejść. W sumie to już z tydzień tak się męczy i nie jest lepiej. Złości mnie to, bo ile można zwlekać i po co? Nie chce sobie pomóc, a to już jest egoizm, bo przecież tu nie chodzi tylko o nią. Jednocześnie cały czas słyszę jak lamentuje, jęczy, wzdycha. Czasem wydaje mi się, że najbardziej wtedy, gdy jestem w pobliżu. Zastanawiam się czy naprawdę przynosi jej to jakąś ulgę, czy to tradycyjnie jej histeria i potrzeba zwrócenia na siebie uwagi. Jesteśmy same w domu i czuję się odpowiedzialna za nią, ale nie umiem tak jej traktować jakby pewnie tego chciała. Wszystkim potrafię okazać uczucia tylko nie mojej matce. Mogę być jedynie poprawna. Przeraża mnie myśl, że mogłaby stać się niesamodzielna. Zawsze się tego bałam.

Muszę wziąć sprawy w swoje ręce. Postanowiłam, że jeśli jutro nic się nie zmieni to pojutrze wezmę wolne i wezwę lekarza do domu. Trzeba przynajmniej wiedzieć co się dzieje.

Czy chcę zapomnieć?

Właśnie. Czy chcę? Piszę listy do Niego i nie wysyłam. Wysłałam jeden i nie wiem do dziś, czy go przeczytał. To było zanim się do mnie odezwał. Jednego dnia, a ja pomyślałam z radością „nareszcie, teraz już będzie dobrze”, a potem znowu zniknął. I nie ma go do dziś. Cisza. Kamień w wodę. A ja się wciąż dziwię i wciąż nie wierzę. Piszę listy i to mi chyba na tyle pomaga, że już mi się potem odechciewa je wysyłać. Bo po co? Przecież gdyby chciał, pozwoliłby mi zadzwonić, wysłać sms-a. Skoro się odciął, to pewnie tego chce. Wkurza mnie strasznie, że nie wiem o co chodzi. To znaczy nie wiem na pewno. W jednych listach się żalę, w innych piszę mu co o nim myślę, w innych jeszcze ciskam błyskawice albo w zależności od nastroju piszę cytując literaturę czy poezję. On by to na pewno zrozumiał, ale nie wysyłam tych listów. Każdy list jest tak naprawdę próbą prowokacji. Zmuszenia go by zareagował, odpowiedział, bo nie mogę się pogodzić z tym, że tak ze mną postąpił. Ktoś kogo uczuć byłam taka pewna. Dla kogo byłam taka ważna. Kto miał być moim przyjacielem na zawsze. Nie było kłótni. Była rozmowa. Było zwykłe ciepłe pożegnanie i nagle koniec, cisza, nie ma nic. Nie mogę się pogodzić z tym, że zostałam sama. Sama bez Niego. Bez jego wsparcia, bez jego ciepła, bez jego zainteresowania, bez rozmów, bez czułości, bez jego rąk. Mogłabym zniknąć i nawet by o tym nie wiedział. Chyba nie chce wiedzieć.

Na złość.

Nie chcę być sama. Nie potrafię. Nie umiem żyć tylko sama dla siebie. To takie smutne. Nie mam się o kogo troszczyć i nikogo nie obchodzę. Lubię swoje samotne godziny, ale nie lubię samotności w ogóle, na zawsze. Nikogo nie obchodzę, nikt na mnie nie patrzy, nikt mnie nie dotyka. Już minął rok odkąd nikt mnie nie dotyka. To dziwne. Kiedyś nienawidziłam czyjegoś dotyku, a potem pokochałam czyjś inny i dziś za nim tęsknię. Zresztą, co w tym dziwnego? Kiedyś ktoś zabił we mnie miłość na wiele lat, a potem ktoś inny pozwolił mi w nią uwierzyć. A dziś znowu jestem w punkcie wyjścia. Niczego nie żałuję, ale jeszcze naiwnie wierzę i chyba czekam. Choć z drugiej strony buntuję się. Mam w nosie miłość. Nie chcę się już nigdy angażować. Nieprawda. Chcę. Nie jestem oryginalna. Wiem. Sorry.

Zapomniałam.

Założyłam tego bloga wiele miesięcy temu i zapomniałam o tym. No może nie tak zupełnie i nie od razu. Na samym początku zwlekałam z wpisami, bo nie mogłam pozbierać myśli, a potem faktycznie zapomniałam.

Dzisiejsza nudna niedziela spowodowała, że przypomniałam sobie. A może nie nudna. Samotna.

Przeczytałam ponownie „Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupery i chyba dopiero dziś dotarły do mnie wszystkie słowa tej książki. Lepiej późno niż wcale. Chociaż, czy ja wiem? Po co komu wrażliwość? Po co komu miłość? Po co wszystko traktować tak serio?

Pozwoliłam się komuś oswoić i teraz cierpię. A czy ja też go oswoiłam? Dziś niczego nie jestem już pewna.

Jakiś zapach z młodości
Jakaś stara piosenka
I serce, głupie serce
Zaraz z żalu pęka.

Jan Izydor Sztaudynger