Echo przeszłości.

Małe dzieci mały kłopot, duże dzieci duży. Wszyscy o tym wiemy i niestety to prawda. Aktualnie jestem zaangażowana w podejmowanie ważnych decyzji moich dzieci i niestety, jedno z nich oczekuje ode mnie pomysłu na rozwiązanie. Rozwiązanie to z kolei dotyczy też drugiego dziecka, a interesy obojga w tym momencie są troszkę inne. Decyzja trudna do podjęcia, bo jak zwykle każdy medal ma dwie strony. Do tego wszystkiego jeszcze moja osoba ma tutaj znaczenie, bo finanse mamusi są ograniczone, a mogłyby mieć duży wpływ na podjęcie pewnych decyzji. No i znowu żal, że nikogo nic nie obchodzi i zawsze muszę liczyć tylko na siebie, a moje dzieci mają utrudniony start, tylko dlatego, że mi w życiu nie wyszło, a ojca i dziadków w ogóle ten problem nie dotyczy. Starsza i Młodszy mają zupełnie inne natury. Ona odważniejsza, bardziej zdecydowana, zorganizowana, mniej sentymentalna, realistka i materialistka. On nieopierzony, synek mamusi, bez pomysłu na dalsze życie, trochę wycofany, uczuciowy, wrażliwy, niepewny siebie, niezdecydowany, ale fajny chłopak, tylko potrzebuje jeszcze czasu i wsparcia żeby dojrzeć. W końcu to jeszcze nastolatek, a Starsza oczekuje od niego szybkich i konkretnych życiowych zobowiązań. I muszę mu pomóc podjąć decyzję, co dalej. Sprawa jest bardziej skomplikowana, niż z mojego opisu tutaj wynika i nie będę tłumaczyć jej zawiłości, bo sporo by zeszło. W każdym razie dużo mnie to kosztuje i serce trochę boli. Wczoraj w pewnym momencie pożaliłam się trochę mamie, że Młody taki niezdecydowany i wszystkie swoje wahania i najprostsze sprawy kieruje do mnie i oczekuje, że ja za niego rozwiążę każdy problem, a przecież to już młody dorosły człowiek i boję się trochę o niego. Wspomniałam, że ona (mama) ze mną tak nie miała i w ogóle nie wiedziała o moich problemach i dylematach, bo sama starałam się je rozwiązywać. Nie była zaangażowana ani w edukację, w moje wybory, w moje rozterki, bo się z nimi przed nią nie odkrywałam. Nie dodałam oczywiście, że to z tego powodu, że zawsze traktowałam ją jak kogoś szczególnie dotkniętego przez życie i chciałam ją po prostu chronić i oszczędzać. W związku z tym najczęściej byłam sama ze swoimi kłopotami. Tego nie powiedziałam jej, ale ona jak zwykle natychmiast się poruszyła i obroniła, że owszem ze mną to ona za kłopotu nie miała, ale za to z moim bratem to to i tamto przeszła i tyle ją to kosztowało, i tak przeżywała i to i tamto. Potok słów. I mnie znowu zatkało. Była górą. Dopiero po chwili pomyślałam sobie, ale co mnie to obchodzi? To nie zmienia faktu, że ja wsparcia nie miałam, i że ja byłam sama z sobą i nigdy nie mogłam zrzucić na jej kruche barki choćby części moich młodzieńczych cierpień czy lęków. To nie moja wina, że z bratem miała problemy. Ja też wtedy z tego powodu przeżywałam swoje, ale kogo to obchodziło. tylko ona się liczyła. Zachowania brata nie były bez przyczyny i jej udziału. Był dzieciakiem, który w okresie dojrzewania nie radził sobie z tym co się działo w domu. Ona widzi skutki, ale nie chce widzieć przyczyn, a ja nie potrafię jej tego powiedzieć w oczy. Pamiętam jak ja się wtedy czułam, jak mnie było źle, jak miałam dość tego domu, jak go nienawidziłam, jak czasem nie chciało mi się żyć. Ale ja byłam inna od brata, starsza, stworzyłam sobie swój własny świat, uciekałam w książki, marzenia, naukę i wierzyłam, że kiedyś ucieknę i nigdy nie wrócę. Brat uciekał dosłownie. I niech mi ktoś wytłumaczy, jakie dziecko w wieku 13-14 lat ucieka z własnego domu? Takie, któremu w tym domu musi być bardzo źle i czuje się bardzo samotne. W naszym domu byliśmy bardzo samotni. I tego moja mama chyba do dziś nie pojmuje. I dzisiaj ona mi opowiada o swoich trudach rodzicielskich z moim bratem, a ode mnie oczekuje (nie pierwszy raz), że będę się nad nią użalać. Ja też byłam dzieckiem, a zawsze musiałam ją rozumieć i wspierać. Bardziej niż ona kiedykolwiek mnie. Nieraz się zastanawiam, kto o kogo bardziej się martwił i dbał o jego psychikę. Ona o mnie, czy ja o nią? Dzisiaj chwilami żałuję, że nie przechodziłam buntu, tak jak mój brat. Nie uszła ze mnie nigdy ta zła energia, te emocje. To we mnie siedzi i mnie truje. Kilka zdań, a tyle we mnie wspomnień obudziło. I te nieprzyjemne oceniająco-krytykujące myśli o matce, z którymi wcale nie czuję się dobrze. I to, że nie mogę, a może nie chcę jej tego wszystkiego powiedzieć. I to, że ona tak się zachowuje, jakby w ogóle była niewinna, jakby wszystko robiła najlepiej, jakby tylko ona była pokrzywdzona i doświadczona, jakby tylko jej należała się wyrozumiałość.

Do czego jesteśmy zdolni po rozstaniu?

Przeczytałam na Onecie artykuł o zachowaniach ludzi po zerwaniu i przekonałam się kolejny raz, że nie jestem oryginalna, a wręcz przewidywalna.

Cytuję za Onetem:  ”Amerykańscy psychologowie szacują, że po każdym związku przechodzimy okres „żałoby”. Jej długość jest wprost proporcjonalny do długości związku – jeden miesiąc „rekonwalescencji” na każdy rok bycia razem. W tym czasie dajemy sobie prawo do wszelkich nieracjonalnych zachowań. Od oglądania po raz setny „Przeminęło z wiatrem” i jedzenia lodów z popcornem, przez zakupoholizm, obsesyjne analizowanie każdego zachowania byłego już partnera, aż do bardzo przerysowanego radowania się nowo odzyskaną wolnością. A do czego jesteśmy zdolni po rozstaniu? Zadaliśmy sobie ostatnio to pytanie w redakcji i natychmiast doszliśmy do wniosku, że do absolutnie wszystkiego. I nie ma w tym ani cienia przesady”

„W sytuacji zagrożenia instynkt wielu osób podpowiada ucieczkę. A koniec długotrwałego związku to niewątpliwe sytuacja zagrożenia. Nasze życie destabilizuje się, tracimy wsparcie osoby, którą do tej pory darzyliśmy zaufaniem. Ludzie po rozstaniu przeżywają ból i stratę. Zainwestowali w związek i nie otrzymali nic w zamian. Strach i niewiedza, jak żyć po rozstaniu, sprawia, że zamiast iść do przodu, skupiają się na analizowaniu popełnianych błędów – mówi psycholog Beata Wasilewska”

„Zemsta jest próbą zadośćuczynienia, wyrównania krzywd. Ona daje nam poczucie bliskości z partnerem. Łączy nas wtedy nie miłość, ale nienawiść. Te uczucia często się ze sobą splatają i pozwalają nie myśleć o pustce, którą odczuwamy po odejściu bliskiej nam osoby. Knujemy, wymyślamy, dzięki czemu zapełniamy sobie głowę i nie myślimy o naszej porażce – mówi psycholog”

„Beata Wasilewska uważa, że nie ma reguły na to, kto decyduje się na zemstę po rozstaniu. Mogą to robić zarówno osoby, które w takich sytuacjach odczuwają wyższość nad partnerem, jak i te, które czują się przez niego skrzywdzone”

„Czy to źle? – Jasne, że rozstaniu zazwyczaj towarzyszą negatywne emocje. Chcemy w oczach innych wyjść na tych, którzy przepracowali pozwiązkową traumę. Oczywiście można pozwolić sobie na drobne złośliwości względem drugiej strony, ale zemsta jest oznaką braku klasy. Pamiętajmy, że wina zawsze leży po dwóch stronach. Łatwiej jest winić drugą stronę za niepowodzenie w związku, niż zastanowić się, co z nami jest nie w porządku i spróbować nad sobą popracować – mówi Beata Wasilewska.

Wszystko to przeszłam. Żałobę? Jak najbardziej. Umartwianie? I owszem. Ocenianie JEGO? Pewnie. Obwinianie siebie? A jakże. Chęć zemsty za pomocą innego faceta (czytaj PM)? Pracoholizm, zakupoholizm. Chęć zemsty jakiejkolwiek? To też mi przelatywało po głowie, a mogłabym nieźle namieszać, bo kiedyś mi bardzo zaufał i mam pewną możliwość do dziś. Ale ja GO nie nienawidzę. Choć nabieram dystansu i coraz bardziej krytycznie patrzę na JEGO osobę, to jednak nie ma w tym nienawiści. Nie chcę MU robić żadnej krzywdy. Niech sobie żyje tak jak chce, tam gdzie chce i z kim chce. Mnie w końcu przejdzie. Zresztą czy ja się potrafię mścić? Co najwyżej na samej sobie. Nawet Eksowi nie zrobiłam nigdy nic złego za to co on mi zgotował. Największą krzywdą jaką mu uczyniłam było to, że śmiałam się zbuntować i odejść, zostawiając biedactwo samego z wszystkim co było nasze wspólne.

A PM już nie jest żadną zemstą, a raczej małym sposobem na moją samotność.

Czas podróży, czas próby, czas dla mnie.

Przed nami tzw. długi weekend. Jadę do dzieci. Dziś całe popołudnie spędziłam na zakupach, pieczeniu, gotowaniu, a jutro w drogę. Wracam za kilka dni. Przyda mi się odmiana. PM też wyjeżdża na dłużej i dalej więc jeśli nic się nie zmieni zobaczymy się dopiero w drugiej połowie lipca. W sumie nie będziemy się widzieli z miesiąc. On twierdzi, że jak wróci, musi spotykać się ze mną częściej, bo za bardzo mu weszłam w głowę i tęskni. Taaaa. Słowa przeciwko czynom. Nie zauważyłam żeby stawał na głowie w celu spotkania się ze mną. Cały PM. Pożyjemy, zobaczymy, co się zdarzy z nami przez ten czas. Byle się nie angażować za bardzo. Nie tak jak z NIM. Zresztą PM to inna bajka, a ja mam nadzieję, wyciągnęłam jakąś nauczkę z poprzedniego związku. PM nie będę próbować udomowić. PM nie pozna mnie do końca. Przy PM próbuję się uczyć być zołzą. Trudne to, ale nie chcę być już miłą dziewczyną.

I co dalej miła dziewczyno?

„Każdy zna jakąś „miłą dziewczynę”. To kobieta, która usilnie nadrabia brak pewności siebie, dając wszystko mężczyźnie, którego ledwie zna, niewiele od niego wymagając. To kobieta, która daje ślepo, bo gorąco pragnie, żeby jej zainteresowanie zostało odwzajemnione. To kobieta, która pójdzie na wszystko, co jej zdaniem zadowoli mężczyznę, po to, żeby za wszelką cenę utrzymać związek. Każda z nas kiedyś to przerabiała” – Sherry Argov ” Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?”.

Nosi mnie dzisiaj. W środku aż drżę. Nie lubię tego stanu. Zastanawiam się czy to normalne, czy może depresja? Mało spraw mnie cieszy, gdy zostaję sama. Dopada mnie strach, smutek, niechęć. Nie mogę być sama. Nie mogę nie spotykać się z ludźmi. Nie cieszy mnie dom, od kiedy nie jest mój. Nie lubię tego mieszkania, zawsze chciałam stąd uciec. To nie był dobry dom, gdy byłam dzieckiem, nastolatką. Nie powinnam tu wracać, bo nie działa na mnie dobrze. Przestałam przejmować się jego sprawami i robię tylko to co muszę. I wcale nie sprawia mi to przyjemności. To konieczność. Nie mam apetytu. Nie chce mi się gotować. To kolejny obowiązek, który mnie denerwuje. Nie chce mi się tu wracać. Tu najbardziej doskwiera mi samotność, bo tu jestem naprawdę sama. Nikt mnie tu nie odwiedza, nikogo tu nie przyjmuję, od 5 lat. To długo. A zawsze chciałam mieć dom, w którym będą dzieci i ich koledzy, w którym będą moi znajomi, przyjaciele, sąsiedzi. Nie na okrągło, bo takiego przesiadywania nie lubię, ale jednak. Kiedyś tak miałam. Szłam dziś ulicą i marzyłam, nie pierwszy raz, o własnym kącie, choćby najmniejszym. Kącie, w którym byłabym wolna. Tu nie jestem. Tu nie mam własnego życia. Tu jestem pod ciągłym nadzorem, wręcz śledzona, kontrolowana. Tu się duszę i czuję, że ucieka mi życie. Tak ma być już zawsze? Nie mogę swobodnie spotkać się ze znajomymi, bo nie będzie szczerej rozmowy. Nie mogę przyjąć kolegi, przyjaciela, bo będę poddana krytyce, ocenie i w ogóle zero prywatności. I niewiele mogę zrobić, w tym temacie.

Drażni mnie JEGO telefon. Właściwie już nie JEGO, bo ten mi się zepsuł, ale tak czy owak to jest drugi telefon z kartą specjalnie ze względu na NIEGO. Wkurza mnie, bo nie wiem po co go trzymam. Przecież już się nie odezwie. Dostaję tylko głupie sms-y od operatora, a na ich dźwięk serce mi mocniej bije i przez chwilę się łudzę. Głupia, naiwna miła dziewczyna. Wyrzucę tę kartę. Nie jest mi już do niczego potrzebna. Tylko mi wciąż przypomina i zmusza do sprawdzania. Pilnuję tego telefonu jak skarbu, a przez tyle miesięcy nawet sygnału nie miałam, żeby próbował nawiązać ze mną jakikolwiek kontakt. Zresztą, ON swoją kartę już dawno wyjął, a ja nie mam odwagi. Poza tym ON zna mój drugi numer. PM dzwonił na JEGO telefon i tylko mnie drażnił, bo traktowałam to jak profanację. A przecież sama mu dałam ten numer. Dzisiaj podałam mu drugi więc mogę spokojnie pozbyć się JEGO karty, a komórkę wrzucić na dno szuflady. Przecież to nie ma sensu.

Weszłam na mapę JEGO miejscowości. Teraz można sobie ludzikiem pochodzić po ulicach. No i pochodziłam sobie. Sama. Widziałam nasze ławki i alejki, którymi spacerowaliśmy. Nasz przystanek, nasz sklep, gdzie robiliśmy zakupy. Naszą drogę do Auchan. JEGO dom. Nawet w JEGO okna zajrzałam. Ta sama firanka. Moja firanka. Moje okna, bo nakłoniłam GO do ich wymiany. Wszystko znałam, bo zdjęcia do mapy robione były rok temu w sierpniu. W dodatku w piękną pogodę. Wszystko doskonale mi znane, bliskie, prawie na wyciągnięcie dłoni. I tak odległe. Przypomniało mi się wszystko, odżyło i zabolało. Już nigdy tam nie pojadę? To wszystko nic nie znaczyło? Można tak przekreślić tyle pięknych chwil? Cudnych chwil. Jednym ruchem? W co mam wierzyć? Co było prawdą, a co kłamstwem? Czy kiedykolwiek byłam ważna, czy tylko udawał? Od kiedy, od jakiego momentu przestałam się liczyć? Cholera, tak MU zaufałam. Był takim oddanym mi mężczyzną, takim czułym, ciepłym, przyjacielskim, deklarującym do ostatniej chwili miłość. Miłość na zawsze. Serce na dłoni. Nigdy nikogo tak nie pokochałam. Nigdy nikt nie był mi tak bliski. Nikt mnie tak nie traktował jak ON. Rozpuścił mnie tą miłością. Byłam szczęśliwa, że jest, nawet jeśli nie wszystko układało się nam tak jak chcielibyśmy. Mieliśmy siebie. Wiedzieliśmy, że jest druga osoba, która myśli, martwi się, kocha. Sama myśl, że jest dawała mi siłę. Nie byłam sama, choć nie byliśmy razem na co dzień. Nawet jeśli popełniłam błędy, odsuwałam się, powiedziałam coś nie tak, może zraniłam, to nigdy nie zrobiłam tego z premedytacją. Kochałam GO. A ON nie dał mi szansy, bo nie był ze mną szczery. Nie bronił się, gdy ja się zapędzałam. Nie dawał mi sygnału, że brnę za daleko. Nie zapaliło mi się żadne światełko, że coś jest nie tak na tyle, że może zrobić to co zrobił. Dlatego myślę, że jednak mnie okłamywał. Jeśli nie od początku, to od jakiegoś czasu. Może od przełomowego sierpnia dwa lata temu. Czułam, że się trochę zmienił. A może w ostatnim czasie coś się wydarzyło? Może tak jak ja, męczył się odległością i samotnością na co dzień i poznał kogoś innego. Może jednak pokochał inną, choć podobno byłam jego połówką? A ja straciłam czujność, byłam zbyt pewna JEGO uczuć. Uwierzyłam, że ON jest wyjątkowy i nigdy mnie nie skrzywdzi, bo przecież nikt nie był tak dobry jak ON i nikt nie wiedział o mnie tyle co ON, nikt mnie tak nie rozumiał, i nikt inny mnie wcześniej nie zapewniał, że jestem taka kochana, czuła, wrażliwa i zasługuję na najlepsze i takie tam…. chyba kłamstwa. Uwierzyłam w nie. Zranił mnie ktoś po kim nigdy bym się tego nie spodziewała. Tak bardzo mnie zaskoczył, że czasem myślę, że to wszystko był sen.

Nie umiem jeszcze pogodzić się z tym wszystkim. Nie potrafię żyć na razie bez JEGO miłości. Nie mogę uwierzyć, że nie ma już kogoś, kto jest ważny, dla kogo ja jestem ważna. Nie mogę nie myśleć, nie wspominać, bo te chwile, które przeżyłam były najpiękniejsze w moim życiu. Mogły się nigdy nie zdarzyć i mogłabym wtedy dzisiaj powiedzieć, że nigdy nie przeżyłam prawdziwej miłości. Byłabym uboższa o to piękne uczucie. Choć boli, niczego nie żałuję. Życie bez miłości jest smutne, ale już MU nie dam żadnego sygnału, że czekam na cokolwiek. Chciałam walczyć, bo uważałam, że jest o co. ON był ważniejszy niż moja duma. Jednak odtrącił mnie. Dałam MU dowody, że mi zależy, ale nie zareagował. Nie dał mi szansy nawet na rozmowę. Niczego nie wyjaśnił. Nawet jednego słowa. To najbardziej boli. Już MU nie będę zawracać głowy. Tylko tutaj będę szczera, bo muszę gdzieś dać upust emocjom i nazwać rzeczy po imieniu. Wystarczy, że na zewnątrz udaję, że wszystko jest ok. Wcale nie jest ok.

Sny z niepokojem w tle.

W tym wszystkim nawet noce nie przynoszą spokoju. Ostatnio często mi się śni Eks i za każdym razem czuję lęk, a potem ulgę, że to sen. To mnie utwierdza w przekonaniu, że nie pomyliłam się podejmując decyzję o rozstaniu. Tak się nie wspomina dobrego człowieka. Tak się nie zapamiętuje męża, który nie zasłużył na odrzucenie. I tak za długo tkwiłam w toksycznym układzie. Tak długo, że się przyzwyczaiłam, i jeszcze dziś czasem się zastanawiam czy miałam prawo pomyśleć o sobie.Nie tylko o sobie, również o dzieciach. W tamtym okresie gdy odeszłam, nawet bardziej o dzieciach niż o sobie, bo widziałam co się z nimi dzieje. Nie ma do czego wracać. Pozostały mi tylko wciąż marzenia o moim mieszkaniu. Tamtym mieszkaniu, w którym przeżyłam 15 lat. Coraz rzadziej o nim myślę. Czasem mi się śni i wtedy cieszę się, że tam wróciłam, do swoich mebli, swoich ścian, okien, kątów, ale po chwili w tym mieszkaniu pojawia się eks i wiem, że nie mogę tam zostać, że muszę wybierać. I budzę się. Ostatnio śnił mi się z nożem w ręku. Bałam się. Czemu z nożem?

Chcę być kobietą z moich snów.

Jak to jest? Lat przybywa, człowiek się zmienia, a w duszy ciągle gra i głowa pełna marzeń. Jak nastolatka, tylko z wiedzą i mądrością dojrzałej kobiety. Coś chyba jest prawdziwego w powiedzeniu o ryczących czterdziestkach. Gdyby moje dzieci wiedziały co naprawdę siedzi w mojej głowie? Sama się sobie nieraz dziwię. Ale nie chcę tego zmieniać. Szkoda tylko, że czasu nie można cofnąć.

Takie tam drobne sprawy.

Pogoda do kitu. Po wspaniałych dniach powrót do bylejakości. Nie cierpię takich smutnych, pochmurnych i chłodnych dni. Na pociechę wychodzę dziś na tzw. spotkanie klasowe. Nie po latach, bo ostatnio widzieliśmy się rok temu, chociaż kto wie, może zjawi się ktoś nowy. Nowy w sensie, że jeszcze nigdy nie przyszedł na spotkanie, bo my się zbieramy od pięciu lat w składzie około 7-8 osobowym. Mam nadzieję, że będzie przyjemnie i bez popisów kto ma lepiej. W razie czego mam alternatywę, bo koleżanka od wczoraj próbuje mnie wyciągnąć na pogaduchy i piwo. Wczoraj nie mogłam, bo cały dzień aż do wieczora miałam pracowity i w finale padłam spać ok. 22.00. Spałam kamiennym snem i nie słyszałam nawet nocnej akcji osiedlowych żuli, która zwykle wybudza mnie totalnie i doprowadza do wściekłości. Właściwie to nie żule tak wojują, bo oni to sobie grzecznie na murkach lub trawce siedzą, obserwują świat mętnym wzrokiem i prowadzą leniwe konwersacje wypatrując kolegi lub koleżanki z dostawą płynu życia. W nocy to właściwie już ich nie ma. O tej porze dnia gangsterskie życie zaczynają wandale w wieku 15-25 lat. Pod wpływem alkoholu zaczynają nocne burdy i przejawiają agresywne zachowania wobec wszystkiego co im się napatoczy. Krzyczą, barykadują ulicę koszami na śmieci, wózkami sklepowymi, zaczepiają i wyzywają kierowców, tłuką szyby. Regularnie, co jakiś czas zdarzenie się powtarza. Właściwie wiadomo gdzie szukać winnych, ale policja jakoś sobie z tym problemem nie radzi a oni bawią się z nią w kotka i myszkę i mają niezłą radochę.

Dwa dni temu wyraziłam wreszcie zgodę na spotkanie z PM. Wreszcie, bo wcześniej kilka razy się wymówiłam nie tłumacząc zbytnio czemu nie. On się zresztą nie dopytywał jakoś szczególnie. I to mnie wkurza, bo mam wrażenie, że mu wszystko jedno. Wprawdzie potem, gdzieś tam przy okazji, napomknął coś od niechcenia o tych moich niewiadomych powodach w taki sposób, że pomyślałam, że nie do końca go to jednak nie obchodzi i może gra tę obojętność. Pewności jednak nie mam. Ostatnie spotkanie było bardzo przyjemne. Tym razem trochę bardziej się starał. Jak chce to potrafi i takiego go lubię. Ciągle jednak brakuje mi z jego strony większego zainteresowania moją osobą. Innego zainteresowania. W sumie to niewiele o mnie wie. Na razie nie mam za bardzo ochoty spowiadać się z mojego życia i w związku z tym jestem dla niego większą zagadką, ale mógłby chociaż popróbować. Brakuje mi takiego ciepłego zainteresowania moimi sprawami. W czasie naszego spotkania dostałam telefon od kolegi w sprawie naszego klasowego spotkania. Chwilę rozmawiałam i zauważyłam, że ten telefon zrobił mi pewną przysługę, bo PM zainteresował się kto dzwonił i w jakim celu. Niby obojętnie i niby od niechcenia, ale jednak. Może jakaś malutka zazdrość?

 

Wszyscy zapomnieli?

No i jak się nie smucić, zwłaszcza w takim dniu? To moje święto, a nikt go ze mną nie świętuje. Tylko mama się sprawdziła, jak zwykle. Ona nigdy nie zapomina. W pracy spokojnie i przyjemnie, potem już mniej. Myślałam, że dzieci zapomniały, ale właśnie przed chwilą zadzwoniły więc już nieaktualne. Denerwuję się zawsze, że mnie przetrzymują zwykle cały dzień zanim się odezwą. Zdążę się już zacząć dołować w międzyczasie. Bliscy powinni już rano składać życzenia, a nie pod koniec dnia. Sama zawsze tak robię i tyle razy im to tłumaczyłam, ale bez skutku. Chyba też zacznę stosować ich metodę może wtedy odczują jak to jest. Przyjaciółka też nie dała znaku życia, a zwykle jest jedną z pierwszych. Brat też. Jakby się wszyscy zmówili. Kolejny raz odczuwam, jak bardzo moje życie się zmieniło. Moje telefony milczą jak zaklęte. Tylko operator o mnie pamięta i przysyła regularnie wkurzające sms-y. Ehhhh.

PM dziś łaskawie zadzwonił. Nie z życzeniami, bo nie ma o niczym pojęcia. Nie było okazji żeby mu powiedzieć, taka to między nami panuje relacja. Nie rozumiem tego faceta. Nie do końca wiem co on myśli. Czasem mam wrażenie, że jest trochę zazdrosny o mój czas, bo gdzieś tam między wierszami przekazuje takie komunikaty, ale za chwilę dowali coś takiego, że nie mam pojęcia czy mu zależy, czy ma w nosie. Jest niby miły, ale czasem taki niedelikatny, choć nie wprost, że nie wiem czy to traktować serio, czy po prostu jest to objaw jego prostactwa. Jedno i drugie właściwie mi nie odpowiada. I w sumie zastanawiam się co ja mam wspólnego z tym człowiekiem. PM a ON to niebo i ziemia w sposobie wyrażania, w delikatności, w zachowaniu i podejściu do kobiet. Nigdy MU nie dorówna. Nie ta klasa i nie ta inteligencja. Zresztą pewnie nawet nie miałby zamiaru mu dorównywać, bo jego stosunek do mnie jest zupełnie odmienny. Pewnie mam być miłym urozmaiceniem w jego życiu. Podobnie jak on w moim, tyle, że na dłuższą metę oczekuję jednak nawet od kolegi trochę innej postawy. Ten facet tak się zachowuje, jakby liczył z mojej strony tylko na jedno. Nie wprost, ale odbieram mnóstwo komunikatów tego rodzaju. Najpierw mnie to trochę bawiło, ale ostatnio to już głównie wkurza. Chciałby wiele wykazując niewiele starań. I w tym momencie powinnam albo mu to wygarnąć, albo z nim skończyć, albo najpierw wygarnąć a potem skończyć. Brnę w jakąś głupią relację, po części z ciekawości, bo nigdy wcześniej w czymś takim nie byłam. Po części ze złości na NIEGO. Po części z samotności i determinacji. Mam świadomość, że to głupie, a jednak próbuję, co dalej. Sama gram nie do końca siebie, a potem się denerwuję, że PM pozwala sobie na zbyt wiele i traktuje mnie nie tak jak bym tego chciała. Aktualnie przyjęłam postawę olewająco-wyczekującą. Po co? Nie mam pojęcia. Z nudów i tyle. Po prostu niech się coś dzieje. Cokolwiek.

Miałam maleńką nadzieję, że ON dzisiaj może wyśle mi choć sms-a. Miałby powód. Ciekawe czy pamięta? Gdybym mogła choć na chwilkę zajrzeć do jego myśli. Gdybym mogła wiedzieć na pewno, że jestem mu już zupełnie obojętna, że w ogóle nie zaprząta sobie głowy moją osobą, że jest ktoś inny. Wiem tylko jak ja to przeżywam, ale jeszcze niedawno oboje czuliśmy i myśleliśmy tak samo więc tak mi trudno sobie wyobrazić, że dziś ON gdzieś tam nie czuje się tak jak ja. Był moją połówką. Moim odbiciem lustrzanym jeśli chodzi o wrażliwość. Chciałabym znać najgorszą prawdę, żeby przestać wreszcie się łudzić i mieć nadzieję. Czasem mam ochotę pojechać do NIEGO i obrzucić go najgorszymi słowami za to, co mi zgotował. Nigdy wcześniej nie pokłóciliśmy się ostro.

I znowu życie nabrało tempa.

Piękna pogodowo niedziela już za mną. Nie było tak źle, bo wyciągnęłam mamę na spacer do miasta i obie się tym trochę zmęczyłyśmy, ale byłyśmy zadowolone. Taka mała integracja, bo choć mieszkamy razem nie jesteśmy raczej przyjaciółkami. Dziś od rana czas przyspieszył. Oczywiście najpierw do pracy, potem szybkie zakupy, potem upiekłam ciasto, bo jutro mam małe prywatne święto, a potem biegiem na kurs i powrót o 20.00, a po powrocie jeszcze dwie sałatki zrobiłam, posprzątałam bajzel w kuchni i teraz siedzę przed komputerem aby codziennym formalnościom stało się zadość. Okazuje się, że jak mam dużo zadań do wykonania w krótkim czasie, to najpierw jestem przerażona i kombinuję jakby co niektóre ominąć, ale jak już zacznę realizację to dostaję motorka i leci biegusiem. Tak, że w sumie jestem z siebie dziś zadowolona. A jutro będą zadowolone (mam nadzieję) koleżanki  w pracy.

Pogoda dzisiaj była jak w środku lata, upał i słoneczko. Uwielbiam czerwiec, bo jest piękny, z wczesnymi świtami i późnymi zmierzchami, i dopiero rozpoczyna lato. Zieleń jeszcze świeża, ptaki jeszcze hałasują radośnie, pachnie jaśmin, kwitnie żarnowiec, dojrzewają truskawki. Wszystkie letnie przyjemności już tuż tuż, ale dopiero przed nami. Szkoda, że czerwiec na jest dwa razy dłuższy od innych miesięcy. Nawet samotność nie zmąciła dzisiaj mojej radości z pięknego dnia. PM milczy od piątku. Mam to gdzieś. Odzywa się wtedy, gdy on tego potrzebuje. To już zauważyłam wcześniej i drażni mnie to coraz bardziej. Kolejny dowód, że trzeba zmykać.

A ON ciągle w mojej głowie. Chyba zacznę odliczać dni aż do momentu, gdy zapomnę. Na razie nie wiem czy chcę zapomnieć. Na razie tęsknię i ciągle myślę, że to niemożliwe żebym już nigdy GO nie zobaczyła. Kiedyś nie mogliśmy jednego dnia wytrzymać bez siebie, bez rozmów, bez sms-ów. Jeszcze nie tak dawno. Co się stało? Czemu mi to robi?