Coś o mnie? Chyba tak.

Studiując ulubione blogi, trafiłam na pojęcie osobowości neurotycznej. Poszperałam w necie, bo coś mi to do mnie pasowało i znalazłam ciekawy opis na stronie  
http://www.stylzdrowia.pl/emocje/393-na-emocjonalnej-huśtawce-z-neurotykiem
. Cytuję zatem poniżej autorkę artykułu Ewelinę Szymkowiak.

Osobowość neurotyczna

Każdy z nas jest w pewnym stopniu neurotyczny. Jedni mniej – inni więcej. Wg psychologa, H.J. Eysencka, wymiar neurotyczności rozciąga się między dwoma biegunami: gdzie jeden z biegunów jest neurotycznością, a drugi stabilnością emocjonalną. Każdy człowiek znajduje się „gdzieś” pomiędzy tymi wymiarami.

Zdaniem Eysencka, neurotyczność posiada uwarunkowania biologiczne i w przypadku ok. 35% jest dziedziczona. Z kolei psycholożka, Karen Horney, przyczynę neurotyczności upatruje w życiowych doświadczeniach. Wg niej dziecko rozwija neurotyczny wzorzec zachowania, gdy jest mu narzucone zbyt wiele obowiązków lub gdy z kolei pozbawione jest jakiejkolwiek odpowiedzialności; gdy rodzice są nadopiekuńczy, gdy jest izolowane od rówieśników lub gdy zaniedbano rozwój jego poczucia własnej wartości. Badania pokazują także, że neurotyzm jest nieco bardziej nasilony u kobiet niż u mężczyzn.

Być jak Woody Allen

Chyba najsławniejszym neurotykiem jest Woody Allen. Sam o sobie mówi, że jest wrażliwy, stale czymś się zamartwia, a jego nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Neurotyka charakteryzuje duża wrażliwość, chwiejność emocjonalna, oraz to, że przez większą część jego życia towarzyszy mu lęk, a co więcej – postrzega rzeczywistość właśnie przez pryzmat obaw.

Lęk, często irracjonalny, może przechodzić nawet w napady paniki lub strachu. Neurotyk często dopatruje się negatywnego nastawienia u innych osób, posiada bardzo niskie poczucie własnej wartości, dlatego też może dręczyć siebie myślami o tym, że jest przez otoczenie nielubiany czy nieakceptowany. Wiele czasu poświęca na analizę własnych przemyśleń, doznań, zachowań innych ludzi, koncentruje się na swoim cierpieniu.

Neurotykom często doskwiera samotność, która w dużej mierze spowodowana jest brakiem umiejętności okazywania troski i opieki, a także wyrażania własnych potrzeb i oczekiwań.

Neurotycy często bywają perfekcjonistami – potrzebują uznania i akceptacji, są bardzo wrażliwi na wszelką krytykę, ważny jest dla nich podziw w oczach innych, wobec tego często wszystko za co się zabiorą, robią z dużym sukcesem – często realizują się jako reżyserowie, pisarze, malarze, artyści. Z drugiej strony istnieje też grupa neurotyków, którzy odbierani są jako dziwacy, osoby wyalienowane.

Lista życzeń…

Neurotycy to osoby, które wiecznie będą czuły niedosyt – uwagi, miłości, zaangażowania. Neurotyczny partner nie toleruje wad. Nie akceptuje sytuacji, w której nie ma kontroli nad tym jak wygląda jego związek – snuje wyobrażenia na temat idealnego związku, partnera spełniającego każde życzenie, będzie próbował zmienić partnera na wzór idealnego wyobrażenia. Gdy wizja związku nie pokrywa się z rzeczywistością zaczyna czuć lęk, poczucie odrzucenia, a w rezultacie – zacznie wymagać dostosowania się partnera do swojej wizji, często wymuszając na partnerze pewne zachowania.

Jak przeżyć u boku neurotyka?

Neurotyk może dostarczyć nam sporo wrażeń – zarówno tych pozytywnych, ale niestety, również tych negatywnych. Życie u boku neurotyka bywa ciekawe, jednak nie zawsze łatwe. Neurotyk potrzebuje, aby partner kierował nim, zaspokajał jego lęki dotyczące samotności, dbał o poczucie wartości poprzez bezustanną adorację, rozpieszczanie i zapewnianie o stałości uczuć. Z neurotyzmem wiąże się też spora dawka zazdrości i podejrzliwości – ludzie z osobowością neurotyczną lubią kontrolować swoje otoczenie.

Potrafią też dzielić się swoimi pasjami, ich opinie oraz życie wewnętrzne bywają naprawdę pasjonujące. Uzewnętrzniają niestety także swoje lęki pod postacią szantażu emocjonalnego, gróźb bądź wzbudzania litości.

Recepta na neurotyka?

Czy istnieje jakiś sposób, aby relacje z neurotykiem układały się poprawnie, a związki z neurotycznym partnerem nie były toksyczne? Neurotyzm nie jest chorobą ani zaburzeniem, dlatego go nie leczymy oraz nie stosujemy terapii. Mówimy raczej o wypracowaniu, często z pomocą psychologa, właściwego sposoburadzenia sobie z trudnościami związanymi z tą cechą.

Aby stworzyć zdrowy związek z neurotykiem, partner powinien pamiętać, że taka osoba zazwyczaj:

  • potrzebuje uznania i akceptacji, której nie doznała w okresie dzieciństwa
  • jest wrażliwa na odrzucenie oraz brak akceptacji
  • boryka się z deficytem miłości i poczucia bezpieczeństwa
  • ma wygórowane oczekiwania wobec otoczenia
  • ma poczucie bezsilności i odczuwa silny irracjonalny lęk
  • reaguje uległością lub agresją

Partner neurotyka musi zmierzyć się z jego złymi nastrojami, kalejdoskopem uczuć, kryzysami, podejrzliwością, a przy tym wszystkim potrafić okazać dużo ciepła i uwagi – zachowując przy tym zdrowy obraz świata i własne granice.

No i chyba wreszcie wiem coś więcej o sobie. Dziewięćdziesiąt procent informacji z powyższego artykułu pasuje do mnie. Pociesza mnie tylko fakt, że to nie jest choroba  :lol:

wopark_33447869_160x200

Jak trudno radować się życiem.

Jak wielu ludzi żyje w grobach. Żyją, mają Bożą miłość, „mają oczy, ale nie widzą, mają uszy, ale nie słyszą”. Wolą swoje groby: groby smutku, przygnębienia, poczucia bycia gorszymi, kompleksów, żalów, zazdrości, pogoni za pieniędzmi, bycia najlepszymi, najpiękniejszymi i te najgorsze groby, bolesne groby utraty kogoś, lub czegoś. Utraty, z którą nie potrafią się pogodzić, która dla nich staje się bogiem, staje się najważniejsza.

W Biblii jest napisane „Dlatego radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń.  Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu, na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu Jezusa Chrystusa”, ale ludzie  wolą swoje groby żalu i smutku a o radości nie chcą słyszeć. „Mają uszy, ale nie słyszą”. 

To nie moje słowa, a zaczerpnięte z bloga 
http://anulazet.blogujaca.pl

Jakbym o sobie czytała. Ja chyba ciągle żyję w takich grobach i nie potrafię z nich wyjść, a przecież chciałabym. W moim życiu dominuje żal, strach, niepewność, rozgoryczenie. Od czasu do czasu przeciśnie się radość, chęć zmiany i walki, a potem znowu wszystko wraca do normy. Mojej normy. I stoję w miejscu. I tak trudno to zmienić. A czas upływa. A życie mija.

jesli_kiedykolwiek_zamierzasz_cieszyc_2013-10-30_09-53-14_middle

Macierzyństwo w XXI wieku.

Natchnęła mnie do tego wpisu dzisiejsza rozmowa telefoniczna z koleżanką. Jest ona mamą 3,5 letniej dziewczynki, ślicznej i mądrej ale… . No właśnie, ale chyba rozpuszczonej. Tak mi się wydaje, bo jej mama twierdzi, że ona ma po prostu dzieci z charakterem, a ja myślę na podstawie własnych obserwacji, że charaktery charakterami, a ich zachowania to efekt jej metod wychowawczych. No, ale jej tego nie powiem, bo by się obraziła. Zresztą każdy wychowuje dzieci po swojemu. Tyle, że wychowywanie tej małej to już typowy chów XXI wieku, czyli dziecko na piedestale. Jak tak obserwuję te nowoczesne metody wychowywania oraz wymagania z nimi związane, to coraz mniej się dziwię, że wiele młodych kobiet po prostu boi się macierzyństwa. Chyba też bym się dzisiaj bała. W domu mojej koleżanki rządzi Mała. Dosłownie wszystko jest dostosowane do niej, a ona musi być zawsze w centrum uwagi. Niby naturalna potrzeba dziecka, ale ja odnoszę wrażenie, że jej nigdy nie uczono, że czasem musi troszkę zaczekać. Mama zawsze była na zawołanie 24 godziny na dobę i natychmiast spełniała wszelkie zachcianki, nawet bezsensowne. I nawet wtedy, gdy Mała na nie nie zasługiwała. Dla świętego spokoju. W związku z tym ona nie czeka, tylko wymusza krzykiem i płaczem swoje kaprysy. Natychmiast. I potrafi dostać niezłego ataku histerii na zawołanie. Odnoszę wrażenie, że matka się boi tej małej i robi wszystko, żeby ona była zadowolona. Mało tego. Opowiada przy córce jaka to ona była niegrzeczna w danym przypadku, ale robi to ze śmiechem i wręcz zadowoleniem, a Mała bacznie się przysłuchuje i wyciąga wnioski. Mała nigdy nie była uczona, żeby choć przez chwilkę zająć się sama sobą i zabawą więc koleżanka nic nie mogła przy niej zrobić, nawet wyjść do toalety. Nawet teraz gdy jest już sporą i mądrą dziewczynką nie da się przy niej spokojnie porozmawiać. Ona po prostu nie znosi, gdy matka poświęca uwagę komukolwiek innemu. Zabrania jej rozmawiać i robi to krzycząc, a mama się słucha, zamiast próbować wytłumaczyć dziecku, że tak nie można. Mała jest naprawdę bardzo inteligentną dziewczynką. Podobnie z telefonem. Natychmiast krzyczy histerycznie, żeby matka odłożyła telefon i przestała rozmawiać, a jeśli tego nie zrobi to nadal wrzeszczy na cały regulator i rozmowę choćby najważniejszą trzeba przerwać. I tu nie chodzi o to, że dziecko jest znudzone. Mała może być zajęta ciekawą zabawą, ale jak zauważy, że matka z kimś rozmawia zaczyna swój teatr. A mama jest bezsilna. Zepsuła w domu wiele cennych rzeczy, bo wymuszała zabawę nimi, a koleżanka nadal nie potrafiła jej przekonać, że pewne przedmioty nie służą dzieciom do zabawy. A potem narzekała, że już czwarty raz oddaje telefon do naprawy i jest narażona na koszty, bo Mała się bawiła i upuściła. Ba, nawet ze złością rzuciła. Dobra rozumiem, raz, dwa, ale cztery? To ktoś tu ma mniej rozumu niż to dziecko. Ciekawe czy jakby zapałki chciała też by jej dała? Zabawek ma aż nadto, ale i tak ją nudzą. Nie dziwię się. Ze dwadzieścia lalek, cztery wózki, trzy rowerki itp. itd., czyli cały pokój rozmaitych gadżetów. Proponowałam, żeby część schować i co jakiś czas wymieniać. Bez echa. No cóż, tylko proponowałam. Niedawno zażyczyła sobie w sklepie jakąś zabawkę, bo podobno gdy wychodzą, mama zawsze jej coś kupuje. Kolejny dziwny zwyczaj. Ja już dawno zauważyłam, że dzieci koleżanki zawsze wszystko dostawały na zawołanie i niezależnie od tego czy zasłużyły czy nie. Nigdy nie musiały na nic czekać. Zawsze wymagały. Po chwili od zakupu Mała z premedytacją (słowa mamy) urwała jakieś elementy, a następnie zażyczyła sobie ponowny zakup tej samej zabawki. Gdy koleżanka odmówiła i tłumaczyła dlaczego nie, Mała dostała autentycznej histerii. Wszyscy ludzie zaczęli się oglądać i przyglądać, a koleżanka się przeraziła, że zaraz ktoś na nią doniesie na policję. Podobno darła się całą drogę do domu. Ja już kilka razy słyszałam ten tekst, że mama się boi nawet krzyknąć na dziecko. Chore. Przykładów wkurzającego zachowania dziecka, będących wynikiem jeszcze bardziej wkurzającego postępowania matki można by wiele podać. Dziewczynka jest naprawdę mądra i świetnie wykorzystuje słabość matki. Ostatnio zwróciła matce uwagę, gdy ta ją próbowała strofować podniesionym głosem – nie krzycz na mnie, na dzieci się nie krzyczy, jak ty będziesz krzyczeć na mnie to ja będę krzyczeć na swoją córkę. Taka mądrala. Podobne przypadki obserwuję na co dzień także u innych dzieci i rodziców. Dlatego już się nie dziwię, że dzisiaj rodzice tylko patrzą, żeby dziecko powierzyć opiece innym, przy każdej nadarzającej się okazji, bo zwyczajnie chcą odpocząć. Rodzicielstwo to dla nich straszny wysiłek, wyrzeczenie i poświęcenie. Gdy rozmawiam z młodymi koleżankami w okolicy 30-tki i słyszę jakie mają obawy związane z posiadaniem potomstwa oraz z ilu rzeczy będą musiały zrezygnować dla dziecka, to myślę sobie – co za zwariowane czasy. No tak, bo dzisiaj jest tyle atrakcji i urozmaicenia w życiu, że jest z czego rezygnować. Zniekształcona figura, koniec z solarium, fitness, zumbą, paznokciami,  bieganiem po galeriach, ograniczone wyjścia do pubu czy kawiarni, wyjazdy na wakacje, podróże, wysypianie się, kariera, spotkania na plotki z koleżankami itp, itd. Przynajmniej przez jakiś czas. Wiem, złośliwa jestem, bo mnie nie żal było życia dla domu, bo w tamtych czasach po prostu nie było tylu atrakcji. Nudno było trochę i większość miała podobnie. Macierzyństwo było moim marzeniem, a nie wyrzeczeniem, co nie oznacza, że.nie byłam zmęczona. Ale pragnąc dzieci nie myślałam o tym, co z ich powodu stracę, ale co bezcennego zyskam i poświęcenie było radością dawania. Ja sobie nie wyobrażałam życia bez dzieci i nie mogłam się doczekać żeby je mieć. A dzisiaj jest tyle przeszkód. Dziwne czasy i trudne dla młodych. W dodatku dzieci są dzisiaj takie absorbujące, kosztowne i wymagające. Chyba też bym się dzisiaj bała rodzicielstwa. Gdy patrzę na tę Małą koleżanki to i wnucząt mi się (na razie) nie chce. I doceniam wtedy spokój i wygodę mojej obecnej sytuacji. No, ale ja już swoje zrobiłam :). Należy mi się :)

251 dni – jeszcze trzyma.

Może przyjdzie czas, że któregoś dnia o nim zapomnę. Już jest ewolucja, bo myślę codziennie, ale inaczej. Coraz bardziej krytycznie i podejrzliwie. Czy jest mi z tym lepiej? Nie sądzę. Zaczynam się czuć nie tylko odrzucona, ale również wykorzystana i oszukana, czyli niewiele warta. Zastanawiam się, czy to wszystko było prawdziwe? Czy cały czas kłamał? Czemu to robił? Dziś czuję ulgę, że nie zaufałam mu do końca, że jakieś światełko ostrzegawcze paliło się w mojej głowie i w porę wycofałam się z decyzji, która mogłam mnie dużo kosztować. Może się mylę, a może nie. Sporo faktów świadczy, że dobrze, że byłam ostrożna. Być może nigdy nie dowiem się prawdy. Wszystko zaczęło się nie od tej strony co trzeba, bo od kłamstwa. I to kłamstwo potem przewijało się wiele razy. Zauważyłam, że potrafił kłamać bez mrugnięcia okiem w błahych sprawach i nawet w stosunku do mnie. Skąd dziś mam wiedzieć, że nie kłamał we wszystkim? Widzę, że ma kłopoty finansowe. Znowu problemy, które znam czy tak naprawdę to jego natura powoduje ciągłe długi? Na pewno nie potrafi oszczędzać ani myśleć o przyszłości. Potrafi tylko żyć chwilą i wegetować. Ode mnie oczekiwał tego samego. Cóż z tego, że natura ciepłego człowieka, że czuły, opiekuńczy, wrażliwy? A może to też udawał?  Ta jego wielka miłość, która tak mnie wzruszyła, bo nigdy nikt mnie nie kochał tak jak on, bezwarunkowo. Aż myślałam, że śnię, że to niemożliwe, że nie zasługuję, że przecież nie jestem tego warta. Ale ja przecież też kochałam bardzo, a on też nie był ideałem. Ot, dwie właściwe połówki odnalazły się. Uwierzyłam w to. Otworzyłam się przed nim jak przed nikim wcześniej. Uważałam go za przyjaciela. Cztery lata udawania? Czemu mężczyźni tak kłamią. Jak można zaufać komukolwiek? Po czym poznać jaki ktoś jest naprawdę?

Ciąg dalszy dywagacji na temat rozumowania pewnej niewiasty.

Wracając do wczorajszego wpisu, mam jakiś problem damsko-męski. Polega na tym, że ostatnio jestem zbyt zabsorbowana tego typu relacjami do tego stopnia, że obsesyjnie absorbują moje myśli i odciągają od spraw życia codziennego, a prowokują do działań w celu nawiązywania takich relacji. I zastanawiam się dlaczego tak jest, bo wcześniej/dawniej tak nie miałam. Tłumaczę sobie, że to ma różne przyczyny, których przedtem nie było: kryzys wieku, a jednocześnie jeszcze całkiem, całkiem niczego sobie:), samotność, dorosłe dzieci, brak dzieci w domu, nadmiar wolnego czasu, mniej obowiązków, odrzucenie, potrzeba bliskości, brak seksu, hormony? Nie mam pojęcia. Chyba wszystko po trochu. I przestałam się zachowywać jak rozsądna dotychczas i poważna kobieta, a wzięło mnie jak nastolatkę na romanse i flirty. Kiedyś bardzo ważny był dla mnie dom. Spełniałam się jako gospodyni, matka i żona, chociaż rola żony okazała się porażką, bo mąż nigdy tak naprawdę nie był mężem. Lubiłam sprzątać, szyć, urządzać, przestawiać, remontować, chuchać, dmuchać, gotować, piec. Dbałam o dzieci i rodzinę oddając temu całą siebie. Pomimo wielu problemów wciąż się starałam i walczyłam ponosząc nawet trud utrzymywania domu w sensie finansowym. Aż przyszedł kryzys i poddałam się w samotnej walce o coś, co prowadziło tylko do destrukcji najpierw mojej osoby, a potem także dzieci, dla których trwałam w tym związku. Porażka i zmarnowane 19 lat mojego życia. Nie dało się już dłużej, choć kiedyś myślałam, że jeśli wytrzymałam tyle, to potem gdy dzieci dorosną, będzie mi już wszystko jedno. Pomyliłam się. Właśnie wtedy było najgorzej, bo gdy wypadłam z obowiązków związanych z wychowywaniem małych dzieci, zostałam sama z sobą i z nim. I zrobiło się strasznie. Odeszłam, bo inaczej się nie dało. Zamieszkałam tutaj i całe życie mi się przewróciło do góry nogami. Zyskałam spokój, o którym marzyłam od lat, ale jednocześnie wypadłam ze swych dotychczasowych ról i znalazłam się w miejscu, które nie jest moje. Coś za coś. I niby jest dobrze, ale teraz jestem na etapie, że bardzo skupiam się (może za bardzo) na sobie i swoich potrzebach. Przechodzę jakiś spóźniony okres buntu. Chciałabym coś jeszcze zmienić w swoim życiu, a przeraża mnie uciekający czas. Chciałabym nadrobić jakieś zaległości. Chciałabym przeżyć coś co mnie ominęło, coś z czego sama zrezygnowałam poświęcając się czemuś innemu i nie otrzymując nic w zamian. Chciałabym zaznać więcej radości z życia, bo moje życie naprawdę było zrąbane i to od samego początku. Chciałabym żyć tak jak chcę, a nie tak jak muszę.

No i uryczałam się.

Rozum niekoniecznie idzie w parze z wiekiem.

I nie ubliżam tutaj nikomu tylko sobie samej. Co za głupol ze mnie. Co za monotematyczny głupol. Sama sobie się dziwię, że tak mnie wzięło i trzyma. Hormony czy co? Samotność samotnością, porzucenie, porzuceniem, ale trzeba się trochę opanować, bo już sama nie wiem czy coś mi nie odbija, i w którą to stronę dalej pójdzie. Czy aby nie za daleko? No dobra. Wyjaśniam. To, że rozpaczam po tym, ze zawiódł mnie i odrzucił ukochany facet, już tu było. To, żem bardzo samotna, a do tego nie w swoim mieszkaniu i bez dzieci, które zawsze były i wypełniały moje życie, a teraz są poza domem, też już gdzieś tu było. I to, że w związku z tym muszę mieć siłą nałożone obowiązki, żeby nie ogłupieć i dlatego najlepiej się czuję gdy pracuję, a teraz mam długi urlop i wariuję z nadmiaru wolnego czasu, też chyba po części było. I z tego wszystkiego na złość JEMU, albo sobie samej oraz z powodu strasznej potrzeby czyjegoś bliskiego towarzystwa, najpierw wdałam się w znajomość z PM. Szaleństwo moje polega na tym, że dałam się PM poderwać, ale nie powinnam, bo to związek bez szans i zakazany. Wiedziałam o tym od początku i nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że mogłabym świadomie wejść w coś takiego, a jednak…. . Miała być nieszkodliwa zabawa w zapomnienie i niby tak wciąż jest, tyle że coś się chyba za bardzo przywiązujemy do siebie i rozstanie na miesiąc oraz odległość jeszcze bardziej nam sprzyja. Aż się boję jego powrotu. Dzwoni do mnie regularnie, jest taki cieplutki i stęskniony, a mnie coraz bardziej go brakuje. Niby jest nie mój, niby nie taki w moim typie, niby sporo starszy i bardzo prostolinijny, ale chyba przywykłam i nawet mi to odpowiada. Ma swój urok, jest zadbany i przystojny, spokojny i dowcipny, taki doświadczony życiowo i trochę jak ojciec, którego nie miałam. Czasem jednak myślę sobie, do czego ja mu jestem potrzebna? Przecież to nie może długo trwać. Ani dla mnie, ani dla niego. W jednej z takich chwil kiedy znowu dopadło mnie poczucie bezsensu tej relacji i samotności, założyłam sobie konto na profilu randkowym. Pomyślałam, że może tam poznam kogoś kogo szukam. Wiem, że nie tak szybko, ale słyszałam, że można i znam osoby, którym się udało. Nie radzę sobie z byciem niczyim punkcikiem we wszechświecie. Przecież z PM i tak nic więcej nie będzie o czym wiemy oboje. W każdym razie założyłam konto z miesiąc temu i raczej przyjęłam bierną postawę oczekując, że to mnie będą zaczepiać. Trochę się zawiodłam, bo wielkiego rwania nie mam :) i w ogóle niewiele się tam dzieje. Najczęściej widzę te same niekoniecznie interesujące mnie osoby. Jak szybko założyłam konto, tak szybko się znudziłam i zwątpiłam i zaglądałam coraz rzadziej. W końcu ktoś do mnie napisał i to na tyle ciekawie, że odpowiedziałam. Nawet nie wiem kiedy umówiliśmy się na spotkanie. On to dość szybko wyegzekwował, a że nie ma co za długo zwlekać z zobaczeniem jak to będzie na żywo więc przystałam. Pewnie, że byłam trochę przerażona, bo  to była typowa randka w ciemno. Ani ja nie widziałam jego, ani on mnie. Bałam się kogo zastanę i bałam się jak on zareaguje na mnie. Jednak trafił mi się całkiem fajny mężczyzna i spotkanie przebiegło w naprawdę sympatycznej atmosferze z nadzieją na coś dalej, tyle że facet się mną tak bardzo zainteresował, że na koniec spotkania nie miałam żadnych złudzeń czego najbardziej pragnie. Na szczęście przekazał mi to  w nieszkodliwej formie i na tym się skończyło. Tydzień później spotkałam się z następnym mężczyzną, który zasłużył na moją uwagę sposobem zaczepki, bo o reszcie nie miałam pojęcia. I też mi się spodobał. Tym razem całe spotkanie przebiegało bez zarzutu, a on coraz bardziej mnie interesował. Do tego stopnia, że gdy się nie umówił na następną randkę, byłam wręcz niezadowolona. Nic na siłę, pomyślałam, chociaż trochę żałowałam. Najwidoczniej ja zrobiłam na nim mniejsze wrażenie. Trudno. I poszłoby w zapomnienie, gdyby nie to, że na drugi dzień nawiązał ze mną kontakt przez portal w sposób sygnalizujący, że jednak jest nadzieja. Myślałam tak jeszcze dziś dopóki nie przejrzałam na oczy, że to bzdura. Jakby chciał się spotkać, to by nie pitolił ze mną o głupotach na portalu randkowym tylko zadzwonił albo napisał sms-a. Przecież na początku nie miał żadnych problemów z szybkim spotkaniem i na pewno nie był nieśmiały. Poza tym zauważyłam z opóźnieniem (moim umysłowym chyba), że prowokuje żebym coś pisała, ale sam w ogóle się nie wysila, jakby od niechcenia w przerwie między diabli wiedzą jakimi czynnościami. I wszystko w takim głupawym niby żartobliwym tonie. Najpierw fajne były te wygłupy, ale po pewnym czasie stwierdziłam, że to bez sensu i robię z siebie idiotkę, a facet chyba nie traktuje mnie serio skoro przez dwa dni z rzędu gada o dupie maryni i to jeszcze przez portal. Mam tam urzędować po całych dniach i polować na jego wiadomości? I tak za długo się w to bawiłam, a on sobie może z innymi jeszcze pisał w tym czasie. W każdym razie do pewnego momentu tak się zakręciłam, że miałam klapki na oczach. Jak to niewiele potrzeba żeby zgłupieć. Z takiego pisania, jeśli jest się utrzymywanym w przekonaniu, że coś tam może być, nas to interesuje, a ktoś nieźle manipuluje, można się nieźle wkręcić. Raz już w taki sposób zaangażowałam się w związek z kimś kto stał się dla mnie najważniejszy, a pewnie nigdy by nim nie miał szansy zostać, gdybyśmy się najpierw poznali w realu. W pewnym momencie tej dzisiejszej pisaniny przypomniałam to sobie i spytałam „co ja robię? przecież jestem na najlepszej drodze, żeby znowu popełnić ten sam błąd” . Już czułam tę adrenalinę. Już się uwiązałam do komputera. Brrrr. Nie. Nigdy więcej w taki sposób. Na dodatek obiecywałam sobie nie angażować się, a już mnie ciągnęło w tym kierunku. I tak łatwo mnie bajerował. Aż mi wstyd. Stara baba, a taka głupia.

237 dni.

Dobra jestem. Wytrwała. Tyle dni i każdy z myślą o NIM. Czym sobie na to zasłużył? Chyba był lepszy ode mnie skoro ja o nim tyle myślę, a on sobie zniknął. Głupia jestem i tyle. Naiwna aż mi siebie samej żal. Niby mi się wzrok wyostrza, niby różne fakty docierają, niby czasem złość wzbiera, a jednak ciągle żal. Czego żal do jasnej cholery? Tych kłamstw? Tego szarpania? Tej niepewności? Tych fałszywych gestów? Tej nory? Tej bylejakości? Tego wykorzystywania? A może właśnie tak należy na to spojrzeć? Nie powinnam się w to wszystko angażować. Nie powinnam się z nim wiązać. Gdybym go najpierw spotkała zanim go poznałam nie doszłoby do tego związku. Nie chciałabym z nim być. Nie dałabym mu szansy i nie byłoby nas. Wszystko zaczęło się od kłamstwa i udawania i tak już chyba zostało. Wierzyłam w to, w co chciałam wierzyć i dopóki się starałam było dobrze. Gdy zaczęłam się wycofywać, on uciekł. Nie walczył ani trochę. Czy mam myśleć, że mnie wykorzystał? Nie chcę tak myśleć. Czy to było przeznaczenie, żeby pojawił się w moim życiu? Dzięki niemu podjęłam ważną decyzję, która od lat zaprzątała moją głowę, ale brakowało mi odwagi. On mnie uwolnił. Czy po to mi się zdarzył, żebym teraz mogła żyć spokojnie? Czy po to był, żebym mogła przeżyć to o czym zawsze marzyłam? Nie szukałam go. Zjawił się znienacka, gdy nie czekałam na nikogo. Kto mi go zesłał? Nie, nie mogę go znienawidzić. Nawet jeśli postąpił, tak jak postąpił. Jakakolwiek prawda nie zmieni faktu, że odegrał w moim życiu ogromną rolę i nigdy tego nie zapomnę. I może być PM, może być AS, może być ktokolwiek, ale nie będą mieć już takiego znaczenia, bo ja jestem już inna. Trochę się boję tej inności, ale może mi z nią będzie łatwiej? Dzisiaj zadzwonił PM. Wciąż jest daleko i trochę za nim tęsknię. Pewnie z powodu samotności i nadmiaru wolnego czasu. To zupełnie inna tęsknota, ale ucieszyłam się gdy zadzwonił. Trochę jak ojciec. On już inaczej ze mną rozmawia niż na początku znajomości i czuje się małe ciepełko. To miłe. Chyba się oswajamy. Żałuje, że na tak długo musiał wyjechać i chciałby już wracać. Podobno dużo o mnie myśli i śnię mu się. Hmmm. On mi się nie śni. Ja jeszcze śnię o kimś innym. I powiedział do mnie ciepło „serduszko”. Miłe. Lubię takie zwroty, trochę tatusiowe, ale ja nigdy nie byłam serduszkiem tatusia, ani słoneczkiem więc pewnie dlatego tak mam. Niech już wróci.

List niewysłany.

Nie wiem czy trafi w Twoje ręce, ale poniosę to ryzyko. Skoro nie pozwalasz mi inaczej, licz się z tym, że może go przeczytać każdy. Muszę wiedzieć. Nie umiem tak jak Ty. Czas, jak widzisz, niewiele zmienia choć może na to liczysz. Niestety, za bardzo ważne to wszystko było dla mnie żebym mogła, tak po prostu, machnąć ręką i przestać myśleć. Chcę znać Twoją decyzję, bo to tchórzliwe zachowanie niczego nie zamyka. Nie zgadzam się na takie traktowanie. Chcesz uciekać – uciekaj, ale najpierw załatw ze mną sprawę uczciwie. Wtedy ustąpię. Wyjaśnij mi, bo będę Cię nękać listami na każdy możliwy adres, do jakiego dotrę, a obiecuję Ci, że dotrę choćbym miała przyjechać i sama sprawdzić. Myślisz, że mieszkasz tak daleko, że możesz uciec bez słowa i skazać mnie na to co czuję? I fajnie Ci z tym? Zadowolony jesteś z siebie? Bierzesz na siebie wszystkie konsekwencje? Pewnie nie, bo nawet się nad nimi nie zastanawiasz. Cała ta Twoja dobroć to jedno wielkie oszustwo. I nieważne jakie są te Twoje powody, choćby najbardziej Twoim zdaniem zasadne,  nie chcę się ich dłużej domyślać. Nie masz prawa tak ze mną postępować! Żyj jak chcesz, gdzie chcesz, z kim chcesz, poddawaj się, niszcz sam siebie, wegetuj. Rób co chcesz, tylko powiedz mi, że nie chcesz mnie znać, jestem niepotrzebna, nic nie ma, niczego nie było, nic nie będzie, nie masz siły, nie masz chęci, przeszło Ci. Wszystko jedno. Mam nie myśleć, mam nie czekać, mam nie tęsknić, mam się odzwyczaić, mam sobie nie zawracać głowy, mam zapomnieć. Mam się nauczyć żyć jakby Ciebie nigdy nie było. Mam normalnie zasypiać i budzić się z radością. Mam się zachwycać wiosną i śpiewem kosa, mam się dobrze czuć w parku i w każdym innym miejscu. Mam widzieć wszystko normalnie, bez tego przymulenia. Mam przestać słyszeć te cholerne pociągi i widzieć te głupie gwiazdy i księżyc. Mam nie pamiętać słów, gestów, dłoni, spacerów, sytuacji i mnóstwa innych rzeczy. Mam myśleć bez sentymentu o jakiejś dziurze na mapie, jakichś spacerach w polu, zakupach w hipermarkecie. I mam przestać skreślać każdego faceta, tylko za to, że nie jest Tobą. Mam nie robić głupstw. Mam się nie katować. Mam zapomnieć, mam się cieszyć, mam być szczęśliwa. I Ty masz mi w tym pomóc. Tego od Ciebie wymagam. Na to czekam. Wtedy już się nigdy nie odezwę. Obiecuję.