A więc jak to jest?

Czas goni. Dzień za dniem ucieka i nawet nie wiadomo kiedy, a już kolejny tydzień za mną. Z jednej strony trochę narzekam, że szybko i brak czasu na swoje sprawy, ale z drugiej strony dobrze mi z takim tempem. Nie mam za dużo czasu na bycie sama z sobą, nie mam czasu na rozmyślania, które zazwyczaj kończą się dołkiem. Jest dobrze. A na moje zmęczenie wystarczy dobry sen. W pracy się dzieje, ale jestem zadowolona. Nie wszystko w niej uwielbiam, ale i tak sprawia mi przyjemność. Żyję dość szybko. Szybciej niż rok temu i o wiele szybciej niż w wakacje. Pomimo zmęczenia, mam w sobie na razie sporo dobrej energii i zapału. Jestem nastawiona pozytywnie i bojowo do życia. I nich tak będzie. Na pewno bardzo dużo zawdzięczam drugiej pracy. Dzięki niej poczułam się stabilniejsza finansowo, dowartościowana, zyskałam grono nowych fajnych znajomych. Czuję się tam dobrze. Spełniam się zawodowo.

Na kursie idzie mi nawet nawet, ale wolniej niż bym chciała. No cóż, zaczęłam dość późno i nie miałam żadnego doświadczenia. Zaczynałam od zera więc muszę się uzbroić w cierpliwość. Dam radę. Nie jestem najgorsza, a nie we wszystkim muszę być najlepsza. Byle do przodu, a jak dla mnie, to potrafię już wiele. Najważniejsze, że sprawia mi to przyjemność i mam ogromne chęci, a reszta to kwestia ćwiczeń. Instruktor jest cierpliwy i pogodny. Fajnie nam się rozmawia i nawet lekkim flirtem zalatuje, co dodatkowo uatrakcyjnia zajęcia. Z przyjemnością biegnę na kolejne lekcje i nie mogę się doczekać następnych.

PM co jakiś czas się odzywa, ale nie udaje mu się wyciągnąć mnie na spotkanie. Nie mam ochoty. Było minęło. Nie bardzo mam z nim o czym rozmawiać, nie pasujemy do siebie. Jemu pewnie zwyczajnie żal zrezygnować ze mnie. Miał więcej przyjemności z naszych spotkań. Mnie one zazwyczaj rozczarowywały. Nie widzę już żadnego powodu, dla którego miałabym się z nim spotykać. On jednak trochę walczy, choć to chyba za duże słowo. W końcu mu przejdzie.

Zauważyłam, że mężczyźni odgrywają ważną rolę w moim życiu. Są takim dodatkiem, który wpływa na moje samopoczucie, spojrzenie na świat, chęć do działania, motywację do zmian. Oczywiście mowa o mężczyznach, którzy zwrócą moją uwagę. To chyba niedobrze, że są mi potrzebni żeby moje życie stało się barwne i bogatsze. Powinno być takie i bez nich. A jednak…. to z ich powodu dostaję powera lub składam skrzydła. Niedobrze chyba. Nawet PM się tutaj przydaje z samego faktu, że jest i wiem, że na razie wciąż o mnie myśli. Jest mi lepiej z tego powodu, nawet jeśli nie mam ochoty na kontynuowanie tej znajomości. Instruktor też pełni obecnie taką rolę.Powoduje (pewnie niczego nieświadomy), że chcę być coraz lepsza, a na lekcje pindrzę się jak na randkę i mam ogromną frajdę z tych spotkań. Są jakieś małe drobinki chemii i to jest strasznie fajne. Cała ta nauka stała się dla mnie czystą przyjemnością. Oprócz chęci jakie miałam od początku, on na pewno jest dodatkowym czynnikiem dopingującym. Ciekawe, czy się tego domyśla? Kokietuję go trochę. To takie przyjemne czuć się kobietą. I pomyśleć, że pierwsze wrażenie zrobił na mnie negatywne. Po prostu wyjątkowo mi się nie spodobał i byłam zawiedziona, że to właśnie z nim będę musiała współpracować. Od następnego spotkania było już coraz lepiej. Chyba nie jest przystojny, ale ma w sobie coś co mi się podoba i nie chodzi o wygląd, a raczej o całokształt. Po raz kolejny twierdzę, że faceci mają lepiej. Wystarczy, że ładniejszy od diabła i ma to coś.

JS jest coraz mnie rozmowny. A szkoda. Miałam nadzieję na coś więcej. Wyjątkowo mi się spodobał. Nawet bardzo. Tak dużo mi w nim pasowało. Nadal pasuje, ale cóż skoro on nie jest za bardzo aktywny w podtrzymywaniu kontaktu. Wiem, że zapracowany. Wiem, że ostatnio ma problemy ze zdrowiem. Rozumiem to. Czekam cierpliwie, ale powoli tracę wiarę. Obiecałam sobie powalczyć trochę o niego właśnie dlatego, że tak bardzo mi odpowiada. Jego wiek, inteligencja, osobowość, zachowanie, sposób wysławiania, poczucie humoru, zaradność, obowiązkowość, mocne stąpanie po ziemi. Uważam, że to bardzo wartościowy człowiek. Mogłabym się w nim zakochać i mogłabym się przy nim czuć bezpieczna. Imponuje mi. Jak jednak mogę o niego zawalczyć? Nawet nie wiem, czy ja mu się spodobałam. Czy w ogóle mnie lubi. Owszem jest miły, uprzejmy, żartobliwy, ale…. No właśnie. To za mało. Na razie się nie obrażam, że nie dzwoni i nie pisze. Nie wypominam mu tego i nie marudzę. Zadzwoniłam dwa dni temu, to i owszem, oddzwonił i porozmawialiśmy prawie godzinę. Zadzwoniłam dzisiaj, żeby spytać o zdrowie, też oddzwonił i znowu pogadaliśmy. No tak, ale to ja wymusiłam te rozmowy. Jest poprawny, ale bez entuzjazmu. Pewny siebie i chyba trochę egoistyczny, a dla mnie taki…. pobłażliwy. Ludzki pan. Oddzwoni z grzeczności, porozmawia z grzeczności, jest uprzejmy z grzeczności, ale potem „znikam mała, nie mam czasu, mam swoje sprawy, jestem zmęczony, jestem głodny, jestem śpiący”. Nie powie tego, skądże, ale coś takiego czuję. No cóż, naprawdę mi szkoda, ale nie zdziałam nic na siłę. Nie wyobrażam sobie relacji z przymusu. Nie chcę. Do tanga trzeba dwojga. Tylko zastanawiam się, jaki on jest i czego szuka? Na związek chyba nie ma czasu. A może po prostu to nie mnie szuka? A może jest egoistą dżentelmenem, który pewny siebie i świadom swojego uroku podrywa kobiety dla przygody i wygody? W końcu zaczepił mnie przed swoim urlopem i gdybym się zgodziła mogłabym mu w nim towarzyszyć. Ehhh, wystarczy. Nie dowiem się jeśli go bliżej nie poznam, a nie poznam jeśli nie będzie tego chciał. Na razie nie będę więcej dzwonić. W ostatnim czasie dałam mu wiele oznak zainteresowania nim, jego zdrowiem, jego sprawami. Teraz odpuszczam. Z żalem, ale odpuszczam. Jeśli chce, niech się trochę postara.

Niech się coś dzieje.

W tej sprawie. Mam na myśli uczucie. Bez tego czegoś brak. Jakiegoś motorka, napędu, radości, werwy. Zazdroszczę przyjaciółce. U niej wszystko zmierza we właściwym kierunku. U mnie dziura. Czy ja nie nauczę się żyć bez tego? Przyjaciółka twierdzi, że nie potrafi być sama. A ja? Chyba też. Czuję się wtedy taka niepotrzebna nikomu, a mojemu życiu brakuje blasku. Przyjaciółka nie chciała się zakochiwać i mówiła, że ona w ogóle nie jest kochliwa. Potrzebowała raczej partnera, towarzysza, przyjaciela. Tymczasem, chyba się zaangażowała, pierwszy raz od wielu lat. Boi się, czy to dobrze. Pewnie, że dobrze. To fajny mężczyzna i wszystko jest jak należy, a ona stała się taka promienna. Miłość jest piękna. To wspaniałe uczucie, które nadaję większy sens naszemu życiu, wzbogaca je i ubarwia. Chciałabym poczuć jeszcze raz to samo co wtedy z NIM. Chciałabym, żeby mi się udało. Nie potrafię być w relacjach przyjacielskich z mężczyzną. Nie potrafię się nie angażować choć wiem, że potem może boleć. Albo mężczyzna mi odpowiada i wtedy mi się podoba, albo nie i wtedy nie mam ochoty na żadne relacje. Jestem monogamistką i nie lubię półśrodków. Mogę przez to czasem wystraszyć, bo oni  często woleliby bez zobowiązań, a ja zbyt szybko zaczynam wszystko traktować poważnie. Tak mam i niełatwo to w sobie zmienić. Nawet nie wiem, czy chciałabym zmienić, choć przyjaciółka twierdzi, że powinnam. Sama się już gubię.

Kontakty z JS minimalne, jeśli nie żadne. Już zapomniałam jak brzmi ten jego uwodzicielski głos. Ostatnia rozmowa miała miejsce tydzień temu i od tej chwili cisza. Zawzięłam się, że już nie będę go w żaden sposób zaczepiać ani ponaglać. Albo chcę tej znajomości, albo nie. Przecież samo się nie będzie działo. Samo to się może tylko wygasić do cna. Niech wykaże jakąś inicjatywę. Nie będę o niego zabiegać, bo do tanga trzeba dwojga. Dwa dni temu napisał sms-a, że przeprasza za milczenie, że to i tamto, i że zadzwoni niedługo. Co to znaczy niedługo, nie mam pojęcia. Na razie minęły dwa dni. O co mu chodzi? Nic nie rozumiem.

Póki co pięknie jest.

Oczywiście za oknem. Wspaniałe słońce i zaczynają się kolory. Lubię październik. Poza pogodą, reszta też całkiem, całkiem. No nie mogę narzekać. I kondycja psychiczna niezła. Aż strach pisać żeby nie zapeszyć. Żyję na razie szybko, ale to mi służy nawet jeśli czasem marudzę. W pracy się dzieje. W domu mam mało czasu na nudę. Od poniedziałku do piątku czas przyspiesza. Na szczęści mam czas żeby się zregenerować, bo w tygodniu nie interesuje mnie gotowanie, zakupy, sprzątanie. Tutaj mam ogromną wygodę z mamą i już się do tego przyzwyczaiłam. Mama jest gospodynią, a ja mogę sobie żyć pracą i swoimi sprawami. Pasuje mi to nawet, choć kiedyś strasznie drażniło. Po pracy nie muszę się spieszyć do domu, a po powrocie obiad na stole. Mogę sobie uciąć drzemkę, a potem zająć się czym chcę, pracą lub przyjemnościami w zależności od sytuacji. W ogóle, wreszcie doceniam moją obecną sytuację i czuję się wolna i niezależna. Dobrze mi z tym. Nic nie muszę. Dzieci dorosły. Mogę zająć się sobą. Nareszcie.

JS odzywa się mało, ale się odzywa. W tym tygodniu całe dwa razy. W środę już mnie męczyło, żeby go zaczepić, ale się powstrzymałam, a w czwartek wieczorem sam zadzwonił i nawet chciało mu się pogadać, ale ja nie miałam za bardzo czasu, bo miałam do wykonania pracę do pracy. Za to w piątek kiedy ja już zaczęłam weekend i zatęskniłam, to on wieczorem był już zmęczony i szykował się do spania, bo w sobotę miał trudny dzień w pracy i to od świtu. Ok rozumiem. Obejrzałam dobry film zamiast rozmowy z nim. Też było fajnie. Wczoraj cisza. Na szczęście wyszłam z przyjaciółką do kawiarni. Spędziłyśmy razem bardzo przyjemny wieczór, wypiłyśmy piwo, popaliłyśmy, nagadałyśmy się do syta m.in. o facetach. Ona ma też podobny problem ze swoim. To też znajomość na etapie rozkręcania tylko trochę bardziej zaawansowana niż moja. Jej mężczyzna też milczy, gdy jest daleko. Sms-y jeśli już śle to są jednowyrazowe, telefony wykonuje bardzo rzadko, bo nie lubi ani rozmów przez telefon ani sms-ów. Ale podobno ją kocha. To już zdążył jej powiedzieć. U mnie to w ogóle nie wiadomo o co chodzi. Ja wiem tylko, co ja myślę. Co jemu chodzi po głowie, nie mam pojęcia. Nie wiem, czy powściągliwość w kontaktach telefonicznych to tylko zmęczenie i brak czasu, czy może obojętność, a może jakaś gra? Diabli wiedzą, w jakim kierunku to dalej pójdzie. Jak tak rzadko będziemy rozmawiać, to będzie kaszanka i tyle. Trudno. Nie będę się prosić. Nie ma potrzeby, to nie ma. A może sobie przypomni tuz przed przyjazdem, tyle że wtedy to będzie jednoznaczne więc guzik z tego. Sama widzę, że ja też już jakoś z dystansem zaczynam do niego podchodzić. Częściowo już dopuszczam, że jednak nic z tego nie będzie. To jego wina. Jestem kobietą. Potrzebuję więcej zainteresowania. On o tym doskonale wie, więc może to premedytacja?. A może nie wiadomo co. Nie chce mi się już o tym myśleć. Nic na siłę.