To nie był sen.

Chociaż czasem myślę, że jednak śniłam. Próbuję zapomnieć. Staram się i jest już lepiej, zdecydowanie lepiej. Wiem, że tak jest chyba dobrze. Powinnam mu być wdzięczna, bo przecież teraz odzyskałam spokój. Prawdziwy spokój. Nie szarpię się, nie cierpię, jest mi lżej. Nie potrafiłabym się dziś zachowywać tak jak wtedy. Chyba nie. Czasem myślę, że byłam wtedy szalona. Jak nie ja. Dlatego nieraz myślę, że to był sen. Piękny sen, mimo wszystko. To co z nim przeżyłam było piękne i wyjątkowe. To co nas zniszczyło pochodziło z zewnątrz. Nie dało się tego pogodzić. Dwa światy. Gdybyśmy sobie zobojętnieli, gdybyśmy się kłócili, gdybyśmy byli dla siebie niedobrzy, łatwiej byłoby się pogodzić z tym, że nas już nie ma. Ale ja mam tylko dobre wspomnienia i tęsknię za nim. Wiem, że niemożliwe jest nasze spotkanie i powrót, bo nie da się przywrócić tylko tego, co kochałam, a odrzucić tego co tak przeszkadzało. To okrutne, że los tak z nas zakpił. Ofiarował coś tak pięknego i jednocześnie tak nierealnego. Dostałam miłość o jakiej marzyłam całe życie i człowieka, którego zachowanie było jakby czytał w moich myślach. Pamiętam, jak bardzo nie mogłam uwierzyć w to, że my istniejemy naprawdę. Myślałam, że to niemożliwe. Nie może być aż tak doskonale. I nie było. Ceną była reszta, która nas pokonała. Ale jak mam to zapomnieć? A gdybym go nigdy nie spotkała? Byłabym uboga o to co przeżyłam. Nie, nie chcę niczego zapominać. Chcę się tylko nauczyć żyć z myślą, że już nigdy go nie zobaczę, nie dotknę, nie przytulę, nie porozmawiam. Z myślą, że muszę sama zadbać o siebie, bo już nikt nie będzie chciał martwić się o mnie i nikt nie będzie słuchał mnie ze skupieniem tak jak on. Próbuję zająć się kimś innym. Rozpaczliwie szukam kogoś, kto wypełni pustkę po nim, ale gdy wieczorem zamykam oczy przypominam sobie jego u mego boku. Jego dłonie, najlepsze na świecie, najbardziej delikatne, najczulsze, najcieplejsze. Gdy patrzę wieczorem w niebo, widzę te same gwiazdy, które tam też pewnie świecą. Drugi świat, gdzieś w innym miejscu. I on w nim jest. Wcale nie tak daleko. Mogłabym pojechać. Tylko po co? Nie potrafiłam go wtedy zabrać z jego świata do mojego, nie potrafiłabym i teraz. A on nie potrafił zabrać mnie do swojego. Oboje cierpieliśmy, oboje tęskniliśmy, obojgu nam było źle. Czasem myślę, że jemu nawet bardziej, choć tak się starał tego nie okazywać. Ot, taka miłość największa na świecie. Aż nierealna.

365 dni.

Stało się. Minął rok. Dokładnie rok temu, w sobotę, widzieliśmy się ostatni raz. Nic nie wskazywało na to. Nic a nic. Niczego nie zauważyłam. Owszem, to nie było spotkanie takie jak dawniej. Już od jakiegoś czasu nasze spotkania były inne. Coś się zmieniło, ale wciąż miałam nadzieję, że jeszcze będzie dobrze. Byliśmy dla siebie bardzo ważni. Tyle nas łączyło. Uczucie niepowtarzalne. Nigdy przedtem i pewnie już nigdy więcej to mnie nie spotka. Ja dla niego też byłam kimś wyjątkowym. Wierzę w to. To się czuło w każdym spojrzeniu, dotyku, geście, zachowaniu. Tego nie można było udawać. To jak sen, który trwał 4 lata. I nie dał żadnego sygnału tego dnia. Nawet słowa. Uśpił moją czujność. Był jak zwykle, choć chyba smutny. Myślałam, że to dlatego, bo ja się osuwałam już od jakiegoś czasu. Szarpałam się. Z jednej strony uczucie o jakim marzyłam, z drugiej proza życia, która brała górę. Nieporadny, zagubiony, wrażliwy chłopiec, który brnął w kłopoty, który nie potrafił walczyć o siebie, który łatwo się poddawał, który zatrzymał się w miejscu dawno temu. Bardzo dawno. Może 20 lat temu. Lubiłam ten jego świat, ale nie mogłam w  nim zostać. Może dobrze, że tak postąpił. Może mi w ten sposób pomógł. Może zrobił przysługę. Nie wiem, co się stało. Nie o wszystkim mi mówił. Wierzyłam, że chce dla mnie jak najlepiej, tak jak i ja dla niego. Myślę, że dlatego zniknął. Poddał się i wycofał. Uwolnił mnie od siebie. Dla mojego spokoju. Nigdy go nie zapomnę. Nigdy nie zapomnę tego, co było między nami. Zawsze będzie mi ciepło w sercu na myśl o nim. Nikt nigdy go nie zastąpi. To niemożliwe. To marzenie już się spełniło dzięki niemu, nawet jeśli dziś jest tylko pięknym wspomnieniem. Dziękuję za wyjątkowość. Dziękuję za czułość. Dziękuję za ciepło. Dziękuję za empatię. Dziękuję za opiekuńczość. Dziękuję za delikatność. Dziękuję za dobroć. Dziękuję za wysłuchiwanie mnie do końca. Dziękuje za dobre rady. Dziękuję za czytanie w myślach. Dziękuję za wspólne żarty. Dziękuje za śmiech. Dziękuję za wyjątkowe patrzenie na mnie. To się już nigdy nie powtórzy.

14337_brakuje

Czas na przerwę.

Przerwę w kursie. Choć właściwie kurs już zakończyłam. Dzisiaj odebrałam dokumenty i mogę zapisywać się na egzamin. Teorię mogłabym już dziś zdawać, ale niestety będę musiała poczekać z półtora tygodnia. Praktyczny nie wiem kiedy wypadnie. Kto wie czy nie po nowym roku dopiero? Zobaczymy co się da zrobić. Jestem ograniczona pracą więc muszę to jakoś pogodzić. Czy się czuję na siłach by zdawać praktyczny? Oczywiście, że nie, ale ja nigdy się tak nie poczuję, bo musiałabym jeździć doskonale. Jutro pojeżdżę dodatkowe godziny, może jeszcze pojutrze i wystarczy na razie, bo mogłabym tak w nieskończoność. Pożegnam się z moim instruktorem. Potem, przed egzaminem, może jeszcze spróbuję z innym, bo ciekawa jestem jak mnie potraktuje inna osoba, jak mnie oceni i jak ja będę na nią reagować. Mój dotychczasowy instruktor jest oszczędny w wyrażaniu opinii. Może tak musi? Dzisiaj właścicielka szkoły powiedziała wprawdzie, że kiedyś rozmawiali o mnie i twierdził, że nie jest źle, ale czy to prawda? Co mają powiedzieć? Trzeba by ich podsłuchać. Z drugiej strony może lepiej nie wiedzieć, bo mogłabym się zniechęcić, a tak to sama siebie oceniam krytycznie, ale jednocześnie wciąż chcę być lepsza. W końcu nie na darmo koleżanki mi powtarzają „kto da radę, jak nie ty”. Przecież jestem zdolna, mądra, waleczna itd. itp. :). Tak, tak, mówcie mi to jak najczęściej, bo inaczej zapominam. Z drugiej strony, jaką wartość ma pochwała w ustach tego faceta, gdy najczęściej nie mówi nic, albo marudzi, że to nie tak, tu za dużo, tam za mało, tego nie widziałam, tu nie zareagowałam, a nagle słyszę „teraz było bardzo dobrze”. No miód na serce. Tyle, że rzadko mi tak mówi :). W ogóle cała ta sprawa tak bardzo mnie absorbuje, że nigdy bym się tego nie spodziewała. I do tego to już kwestia honoru, no i pieniędzy. Muszę zdać i muszę jeździć. Chcę! Będę!

No i co? No i pstro.

Bez większych zmian. Tydzień za tygodniem ucieka. Listopad już prawie w połowie. W tygodniu dni biegną szybko, w weekendy dopada mnie nostalgia. Nie mogę mieć za dużo wolnego czasu. Nic nowego. JS zniknął tzn. milczy od dwóch tygodni więc sprawę uznałam za zamkniętą. Nie ma co się łudzić, bo wszystko jest jasne – nie jest zainteresowany. OK. Tego kwiatu jest pół światu. PM natomiast regularnie próbuje się spotkać i choć nie zawsze odbieram jego telefony, nigdy nie oddzwaniam i wymiguję się od spotkań, wciąż się nie poddaje. Temu przynajmniej chyba zależy. No tak, cóż z tego skoro ja nie jestem zainteresowana. Taka sytuacja. Nie widziałam się z nim już chyba ze dwa miesiące i wciąż nie mam chęci, a tymczasem on chce się ze mną spotkać w ten weekend. Brakuje mi już wymówek, a nie potrafię powiedzieć mu wprost, żeby dał mi spokój. Wypić kawę i pogadać niby można, ale obawiam się, że wtedy daję mu nadzieję na coś dalej.

Kurs już właściwie zakończyłam, ale nie czuję się jeszcze pewnie i popełniam sporo błędów więc biorę na razie dodatkowe godziny. Coraz bardziej się stresuję, bo uważam, że powinnam być już doskonała, a tymczasem nie jestem. I ta bezsilność, że to nie do końca zależne ode mnie. Tak się staram, a nie wychodzi jakbym chciała. Nie cierpię takich sytuacji, nad którymi nie potrafię zapanować. Nie wiem jaka jestem w tej roli? Czy zupełnie do niczego (mam nadzieję, że nie), czy w normie? Wiem, że na pewno nie przejawiam tutaj jakiegoś wybitnego talentu. Instruktor nie pomaga mi specjalnie uwierzyć w siebie. Albo nie mówi nic, albo marudzi przy każdym nawet najmniejszym błędzie i czuję się wtedy beznadziejnie. Chwali rzadko, a pomyłki traktuje bardzo serio. Chciałabym mu udowodnić, że potrafię być dobra, ale im bardziej się staram, tym więcej głupot robię. Czasem mam chęć się rozryczeć, ale nie dam mu satysfakcji. Siedzi sobie taki dumny z siebie i nie wiem czy się pod nosem nie uśmiecha, gdy kolejny raz robię coś nie tak. Nie denerwuje się, skądże. Nie jest niemiły, absolutnie. Wciąż go lubię, jednak jest w nim coś takiego, że coraz bardziej mnie stresuje każdy mój błąd, a to powoduje lawinę następnych. Za bardzo się spinam. Traktuje mnie jak dziecko, które trzeba od razu strofować, korygować, prowadzić za rączkę. Nie wiem, jak mam ocenić poziom moich umiejętności, bo brakuje mi konkretnych informacji. Jego aż się boję zapytać. Chciałabym, żeby ktoś inny spojrzał na to co potrafię i wypowiedział się czy już mogę podchodzić do egzaminu, czy jeszcze nie. Przecież wiadomo, że dopiero potem jest prawdziwa nauka na żywo. Tyle gamoni zdało ten egzamin. Nie jestem gorsza.