Słowo wypowiedziane w złą godzinę.

Dopiero co zdążyłam powiedzieć, że dobrze że się święta skończyły, bo trochę nudno było, a dziś w pracy zatęskniłam za tą nudą. Tyle się dziś działo i dziać będzie co najmniej przez dwa tygodnie, że już sama nie wiem co lepsze. No dobrze, nie narzekam. Lubię tempo pod warunkiem, że wiem co mam robić i mam wpływ na to co się dzieje. W dzisiejszy wieczór odrobiłam pracę domową na jutro i póki co jestem zadowolona. Poza tym, może nie będę musiała zmieniać terminu egzaminu, bo w tym dniu już powinno być po zamieszaniu. W sumie dobrze, ale to oznacza, że jednak będę zdawać wcześniej i od razu czuję niepokój. Nie wiem kiedy umówię się z M. Chyba jeszcze poczekam, bo ileż mogę dopłacać do tego interesu. Fajnie się jeździ, ale to kosztuje. Co z tego, że przyjemnie i bezpiecznie. Przecież nie będę z nim jeździć całe życie. Pewnie, że mnie korci, bo to też okazja do spotkania, ale bez przesady, jeśli tylko w taki sposób jest ono możliwe to przecież nie będę za nie płacić. Zatem czekam i jak nic się nie zmieni to i jazda i spotkanie odbędzie się dopiero za prawie dwa tygodnie. Tylko czy ja tyle wytrzymam. Dziś pomyślałam sobie, że powinnam chyba, albo dać sobie spokój, albo odważyć się na ruch, który wyjaśni sytuację. Na niego nie mogę liczyć. Zero sygnałów ani na tak, ani na nie. W końcu jestem dojrzałą kobietą i nie będę się bawić w ciuciubabkę. Chcę wiedzieć i koniec, a nie domyślać się czy jest tak, czy siak. Zadzwonię i wyciągnę go na kawę i rozmowę. Jak się wymiga to odpuszczam sobie, a jak się zgodzi to zobaczymy co dalej.

Po świętach nastał czas spokoju.

Dla mnie to już koniec zamieszania, bo na sylwestra się nigdzie nie wybieram więc ten przedsylwestrowy zamęt mnie nie dotyczy. Szkoda i nie szkoda. Chciałabym w tym dniu być z kimś bliskim, zatańczyć, wypić szampana, pożartować, porozmawiać, ale nie lubię tej presji, że własnie tego dnia trzeba się cieszyć i balować. Bo niby co takiego się dzieje? Wszyscy wariują i ja też muszę? Kończy się kolejny rok w moim życiu i zaczyna następny. Nie był taki zły, choć na pewno bogaty w emocje. Rok bez A, ehhh… . Uczuciowo smutny, ale poza tym niezły. Tyle, że ta piątka z przodu się nieubłaganie zbliża. Niech ktoś zatrzyma wreszcie czas! Teraz mi jest dobrze.

Święta minęły spokojnie i nawet było trochę nudno. Było nas mało. Ja, mama, córka i syn, i gościnnie mój chrześniak. Szkoda, że nie mamy większej rodziny. Nie wychodzimy w święta i nikt do nas nie przychodzi. Dlatego nie żałuję, że już po…. . Tyle, że córcia już wczoraj wróciła do siebie, a my znowu zostaliśmy w trójkę. Dziś już nie wytrzymałam i wyrwałam się do galerii. Moja córka psioczy strasznie na ludzi, którzy w niedzielę przebywają w galerii i ma rację, ale nie do końca. Gdy mi jest smutno jadę tam pobyć wśród ludzi. Myślę, że sporo jest tam ludzi takich jak ja. Latem mogłabym iść do miasta, na spacer, ale zimą już nie tak łatwo. Przy okazji kupiłam sobie dwie spódniczki w świetnej cenie, bo zaczęły się już wielkie wyprzedaże.

W wigilię dostałam życzenia od JS. Nie spodziewałam się, ale było mi miło. W końcu to gest, świadczący, że jednak pamięta. Cóż. Odpisałam życzeniami i ani słowa od siebie. Grzeczność za grzeczność. Zastanawiałam się, czy to aby nie zaczepka, bo pewnie na święta zawitał do kraju więc przy okazji mógłby chcieć się spotkać. Na pewno mu tego nie ułatwię. Już wiem, że ten inteligentny i przeuroczy, ale pewny siebie mężczyzna, w białych rękawiczkach potrafi realizować swoje zamierzenia i sięgać po to czego on potrzebuje. Egoista, jak większość mężczyzn.

Za to M., ja wysłałam pierwsza życzenia. Podziękował, przesłał swoje i tyle. Jak on mnie wkurza! Korona by mu spadła, gdyby coś od siebie napisał. A ja oczywiście wciąż próbuję go rozgryźć. Może w ogóle go nie interesuję. Może jestem dla niego za stara. Może myśli, że jestem z rodziną i nie mam dla niego czasu. Może nie ma śmiałości, albo chęci na jakiekolwiek romanse. Może to zatwardziały kawaler. Może mu się nie podobam. Może nie domyśla się, że jestem zainteresowana. Może nie potrafi. Może jestem tylko klientką i jest miły, bo tak trzeba. Może, może, może….. Jak się dowiedzieć więcej? Jak go otworzyć? I za co ja go tak lubię? Co takiego w nim jest? Zwykły facet. A może powinnam sobie dać spokój? Ileż mogę czekać na jego inicjatywę? Czy jeśli ktoś myśli podobnie, to nie daje sygnałów? Przecież ja mu je ułatwiam. Co w nim siedzi? Przydałaby mi się stokrotka, lubi, nie lubi, lubi…. .

Jutro do pracy.

W wigilię Wigilii.

To już jutro. Dziwne, jak ten czas szybko płynie. Na razie mama panuje w kuchni lepiąc pierogi i uszka. Potem wchodzę ja i zaczynam ciasta. Część dzisiaj, część jutro. Do tego sałatki i krokiety. Do ostatniej chwili w kuchni będzie się coś działo, ale u nas jest tak zawsze, bo lubimy żeby wszystko było świeże. Choinkę też dopiero jutro ubiorą dzieci. Niektórzy ubierają znacznie wcześniej, ale my lubimy czuć święta w święta, a nie oswajać się z nimi znacznie wcześniej. Za to potem choinka stoi długo, często do środy popielcowej więc jeszcze się nią nacieszymy.

Dzisiaj sobie pojeździłam z M. Było bardzo miło, jak zwykle. Trochę odczułam przerwę i wypadłam z rytmu, ale potem już było ok. To niesamowita frajda i ciągle mi mało. Z M. wciąż widzę szansę. Pomalutku, pomalutku, ale jest światełko nadziei, że może coś być. Takie podchody i badanie gruntu, chyba w obie strony. Czas pokaże, czy mam rację. W niedzielę dotrzymał mi towarzystwa sms-owo i trochę sobie pogadaliśmy. Było miło, chociaż nierówny M., żeby mi się w głowie nie poprzewracało, musiał bo byciu sympatycznym facetem zmienić trochę ton. Pomału się przyzwyczajam, że on tak ma. Czemu, nie wiem, ale taki jest. Może kiedyś to zrozumiem. To jak z tym chwaleniem. Nie powie długo dobrego słowa, ale raz na jakiś czas łaskawie pochwali i człowiek jest taki zadowolony, a potem znowu objedzie. W rozmowie podobnie. I nie wiem, czy nie chce być za sympatyczny, żeby się nie odkryć, czy taki jest i już. Nieraz myślę, że jest ostrożny i niepewny. Okaże ciepło, a po chwili znowu oschły. Raz taki, raz taki i to w tym samym czasie. Odbieram życzliwe komunikaty, ale nie wiem czy o czymś świadczą. No cóż, pożyjemy zobaczymy. Lubię go.

swieta2

Szara przedświąteczna niedziela.

Nudno, leniwie, smutno trochę. Żeby chociaż trochę śniegu za oknem. Nie bardzo mam co robić, bo za wcześnie jeszcze na kuchenne rewolucje. Dopiero od jutra zacznę. Dziś zatem snuję się po domu. Wczoraj zakończyłam zakup gwiazdkowych prezentów. Głównie ubrania, ale najważniejsze, że już mam. Właściwie tylko dla chłopaka córki chciałabym coś jeszcze dorzucić, ale na razie nie mam pomysłu. Córka przyjedzie chyba jutro więc może coś podpowie. Póki co, nie bardzo mam co robić. Syn zamknięty jak zwykle z komputerem w swoim pokoju. Pogadałam trochę z mamą. Niedziela to dzień rodzinny. Nie będę nikogo nachodzić, bo mnie się nudzi. Poza tym większość moich znajomych choruje i intensywnie się kurują, żeby wydobrzeć na święta i świąteczne wyjazdy. Mnie też się przytrafiła mała dolegliwość, która trochę doskwiera i niepokoi, czy to aby nie objaw pewnej choroby zakaźnej, która ostatnio panuje w moim otoczeniu. Do tej pory byłam raczej odporna, ale kto wie jak tam teraz z moją odpornością. W końcu latka lecą. Myślę trochę o eksie, co u niego? Jak szykuje się do świąt? Jak sobie radzi? To nie jest dobry czas dla ludzi, którym się nie udało rodzinnie. Dla ludzi, którzy są sami. Zwyczajnie o nim myślę, jak o człowieku, o moim byłym mężu, o ojcu moich dzieci. Żal mi go trochę, ale cóż, nie dało się inaczej. Myślę o A. Martwię się, że sobie zupełnie nie radzi, że ma kłopoty, że się całkowicie poddał i załamał. Nie wiem na pewno, ale są sygnały, że tak jest, a ja nic nie mogę zrobić. On nawet nie chce żebym coś zrobiła. Nic już nie wiem. Wiem tylko, że nie zasługuje na takie życie jakie wiedzie. To niesprawiedliwe. O PM nie myślę, bo o niego się nie martwię. Jemu się żadna krzywda nie dzieje. Jemu jest dobrze, a że szuka rozrywek to jego sprawa. JS to silny i pewny siebie mężczyzna, który bierze od życia to czego potrzebuje więc nim się również nie przejmuję. Martwię się o brata, bo też mu się nie układa i nie wiadomo co będzie dalej i nie wiem jak mu pomóc, bo problem tkwi przede wszystkim w nim, a do niego to nie dociera. Chciałabym się z kimś spotkać, porozmawiać, napić się kawy. Niech ta niedziela wreszcie minie. Dni robocze znoszę łatwiej. Zastanawiam się, czy nie napisać do M. Może on chciałby ze mną pogadać? Trochę nie mam śmiałości. W końcu łączą nas relacje głównie oficjalne, niezależnie od tego jak ja go traktuję. Może postawię go w kłopotliwej sytuacji? Może nie ma dla mnie prywatnie czasu. Może on w ogóle nie ma na to ochoty. Może obojętne mu są moje rozterki i w ogóle go to nie interesuje. Może ma kogoś i moje nagabywanie jest po prostu niestosowne. Nie wiem co robić. Chciałabym wyjść z domu, chciałabym do ludzi. Spotkać się z kimkolwiek.

Przedświątecznej gorączki nadszedł czas.

Zakończyłam zajęcia w pracy, mogę zacząć przygotowywać się do świąt. Na szczęście nie obarcza mnie to tak bardzo jak dawniej, bo mama porobiła już większość porządków i nawet bigos prawie gotowy. Ja tydzień temu pozaglądałam we wszystkie zakamarki, do których zagląda się dwa razy do roku więc dzisiaj standardowe sprzątanie. Mam zamiar wyskoczyć do galerii i dokończyć gwiazdkowe zakupy, co wcale nie jest łatwą sprawą i zrobię dzisiaj już chyba czwarte podejście. Pogoda na razie sprzyja, bo nawet słońce się pokazało. Po niedzieli ostatnie zakupy spożywcze i kulinarne szaleństwa. Do mnie należą głównie ciasta i sałatki. Wkrótce przyjedzie córcia, potem jej chłopak i będę mieć wszystkie dzieci w domu. Będzie gwarno i wesoło i będę się miała do kogo przytulić. Dzieciakom zostawiam choinkę. Pośpiewamy kolędy, powydzieramy się przy karaoke, pooglądamy filmy, pogramy w biznes. Jak co roku. Niech już przyjedzie, bo tęsknie za nią i ostatnio miewam jakieś straszne sny z nią związane dlatego chciałabym, żeby już była w domu. Moją mała dorosła córeczka. Synka dzisiaj zagonię do roboty, bo jego pokój wciąż pamięta klasę maturalną, a obiecał, że dzisiaj będzie sprzątał. No to zobaczymy czy wreszcie uprzątnie te tony makulatury. Dopilnuję smyka :)

M. nie mogę rozgryźć, ale próbuję. Nie poddam się dopóki się nie przekonam co i jak. Na razie mam czas. Sporo o nim myślę. Ciekawe jak sprawa wygląda z jego strony. Dziwny człowiek. Raz jest gruboskórny i obojętny, innym razem stać go na ciepłe gesty, słowa i odruchy. I domyśl się kobieto co mu po głowie chodzi. Fajne są te gry i podchody, ale wolałabym mieć choć trochę sygnałów potwierdzających, że mamy szansę. A tymczasem pięć razy jest chłodny, a raz się trochę odkrywa. No i wiedz kobieto, co jest grane? Które zachowania są prawdziwe? Kiedyś dawno temu, miałam podobną sytuację, ale wtedy wyraźnie czuło się chemię i iskrzenie z obu stron. Odbierałam wyraźne sygnały zwrotne i wiedziałam, że jakby coś, to jesteśmy oboje na tak. Tyle, że nie mogliśmy być na tak więc jedynie pogrywaliśmy sobie i było to bardzo przyjemne samo w sobie. Miałam ewidentne dowody, że był zainteresowany. Nie miałam żadnych wątpliwości. I trwało to kilka lat. Na szczęście na przyjemnym i nieszkodliwym flircie się skończyło. W tym przypadku nie mam żadnej pewności, bo M. nie ma odwagi, nie potrafi lub nie chce posunąć się dalej i choćby w żartach sprzedać jakieś sygnały, że jest zainteresowany. Jest swobodny, ale taki poprawny, że aż mnie wkurza. Chyba wolałabym wiedzieć więcej. Jeśli w ogóle go nie interesuję jako kobieta, dałabym sobie spokój zanim się za bardzo zaangażuję. W przeciwnym wypadku mając nadzieję poświęcam mu sporo myśli i zabiegów. Odnoszę wrażenie, że on już tak długo jest sam, że mu tak dobrze, że może boi się kobiet, albo ich nie potrzebuje. Ki czort? A ja go lubię i lubię te jego żarty, i uwagi, i zgryźliwości, i nasze rozmowy. I wydaje mi się, że jest dobrym i odpowiedzialnym facetem i można na nim polegać. Tylko nurtuje mnie jeszcze jedno – czy on na pewno nie ma żadnej dziewczyny? Na pewno nie ma własnej rodziny – to wiem. Mieszka z rodzicami, wspomina o kolegach, o kuzynach, o siostrze i jej rodzinie, ale nigdy nie wspomniał o jakiejkolwiek kobiecie. Jest dyspozycyjny świątek, piątek i niedziela. Jak były jakieś okazje typu andrzejki itp. spędzał je w domu, prawdopodobnie sam. A ja nie mam odwagi zapytać, żeby czasem nie wyszło, że jestem zainteresowana osobiście. Stosuję rozmaite sposoby na niego, ale absolutnie wprost. Hahaha, a może ona działa w taki sam sposób? I będziemy sobie tak udawać, że się sobą nie interesujemy? I się nigdy nie dogadamy?

Cisza jak ta.

Dziwne. Jeszcze niedawno wszystkie działania skierowane były na egzamin. Teraz nagle nastała pauza. Praca – dom – praca i jakaś pustka. Czegoś mi brakuje. Tych ćwiczeń, tych emocji, tej ekscytacji, rozmów z M. Jeszcze nie minął tydzień, a mnie tego bardzo brakuje. To dla mnie nie tylko konieczność. To ogromna przyjemność i często nie mogę sobie darować, że czekałam tyle lat. Mogłam to już dawno zrobić. Mogłam, ale wszystko było nie po drodze. W moim domu nie było tradycji z tym związanych, zdałam się na męża i to mi wystarczało. Nie bardzo wierzyłam, że ja też mogę się nauczyć, a nawet mnie to nie interesowało. Wydawało mi się, że ja nie mogę i sama w to uwierzyłam. Nie miałam czasu, spokoju, siły, pieniędzy. Wiele wymówek. W tym czasie byłam pewna, że to nie dla mnie i nigdy nie będę tego robić. Potem wiele się zmieniło i coraz częściej zaczęłam o tym myśleć. Z konieczności. Z potrzeby bycia samodzielną i niezależną. Z potrzeby sytuacji. Wciąż wmawiałam sobie, że mogę nie dać rady, i że całej tej teorii nie ogarnę, że to nudne. Ale myśl kiełkowała od kilku lat. Nigdy nie byłam szybka w realizowaniu moich pomysłów. Tym razem bardzo pomógł mi JS. To on wpłynął na ostateczną decyzję i wymógł natychmiastowe działanie. Pewnie o tym nie wie, ale to nieważne. Ważne, że to zrobiłam. I wielka niespodzianka. Od pierwszych zajęć wszystko mi się podobało i sprawiało przyjemność. Nawet teoria okazała się ciekawa i sama wchodziła do głowy, a testy to były dla mnie rozrywkowe łamigłówki. Gdybym wcześniej o tym wiedziała…. . Praktyka to jeszcze większa frajda i ciągle mi było za mało. Inna sprawa moje umiejętności, a inna chęci. Ja tak twierdzę, bo ciągle uważam, że jeszcze nie jestem dobra. No ale przecież nie mogę być świetna tylko po nauce. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Nigdy! Brakuje mi jazdy. Na razie przerwa, a taką mam chęć przejechać się po mieście. To wspaniałe uczucie.

M. póki co się nie odzywa, a mnie korci żeby do niego napisać. Zwyczajnie po koleżeńsku. Z drugiej strony, on też mógłby się zapytać, co u mnie. I teraz mam dylemat – on nie potrzebuje, on nie jest zdecydowany, on nie ma odwagi? Która wersja jest prawdziwa? Żebym to ja mogła wiedzieć.

No i kicha choć delirki nie było.

Nie udało się. Spieprzyłam na starcie i tyle. Szkoda gadać, ale żal wielki i złość na siebie samą. Przedobrzyłam i spieprzyłam. Amen. Następny dopiero za kilka tygodni, co jeszcze bardziej potęguje mój żal, bo chciałabym już, zaraz. Cały dzisiejszy dzień mam do kitu. Wypiłam pół butelki wina i dopiero teraz jakoś trochę lepiej się czuję. Niestety, tylko trochę. M. był dzisiaj bardzo ok. Zaskoczył mnie pozytywnie kilkoma zachowaniami. To było bardzo miłe, ale nadal nie mam pojęcia z czego to wynika. Może po prostu z dobroci serca i tyle. Lubię go. Nie mam odwagi spytać, czy on lubi mnie. Lubi, czy nie lubi – oto jest pytanie?

2 dni. Szkoda, że nie jutro.

Mam już dość oczekiwania w napięciu. Chciałabym to już mieć za sobą. Co umiem to umiem i nic się na razie nie zmieni, a to oczekiwanie mnie dodatkowo stresuje. Jeszcze jutro cały długi dzień w pracy. Nie wiem, jak wytrzymam. Wieczorem wychodzę do kawiarni. Mam zamiar wypić grzańca, zapalić, pogadać o facetach, poplotkować, wrócić o przyzwoitej godzinie i iść spać. Oby tylko zasnąć i się wyspać. Skoro świt pobudka. Wcześnie z rana przyjeżdża M, żebym potrenowała na rozgrzewkę i sama zawiozła się na egzamin. Dziś powiedział, że zrobi to dla mnie po przyjacielsku w prezencie. Zaskoczył mnie. W sumie to już mi sprezentował dodatkowy czas na trening, a teraz wyskoczył z tym prezentem. Sama zażyczyłam sobie tę poranną jazdę i do głowy mi nie przyszło, żeby to miało być gratis, bo z jakiej racji, tym bardziej, że wiem, że ostatnio coś nie tak w jego firmie. M jest wciąż nieodgadniony. Nie wiem, czy traktuje mnie jak kumpelę, czy jest zainteresowany podobnie jak ja. Ta relacja jest podszyta czymś dla mnie nieoczywistym. M zachowuje się czasem jakby miał mnie w nosie, a potem ni stąd ni zowąd ma fajne odruchy, które świadczą jakby o czymś innym. Potrafi odburknąć coś w sms-ie, a potem na żywo odnieść się do tematu miło i to sam z siebie. Jakby chciał się poprawić. Jak dobry wujek, który strofuje, a potem zmierzwi czuprynę. Jego stosunek do mnie jest trochę jak „pies do jeża” – czasem łagodny i miły, czasem nastroszony i jakby niepewny. Boi się mnie, czy po prostu lubi i i nic więcej? To, że lubi to wiem, bo to czuję, no i te gesty w moją stronę też o tym świadczą. Gdy rozmawiamy jest wyluzowany, swobodny i otwarty, ale nic osobistego. Nawet gdy czeka na mnie i widzi z daleka, nigdy nie patrzy. Głowa spuszczona, udaje, że przegląda telefon, albo coś w tym stylu. Dopiero gdy wsiądę i się odezwę zaczyna być normalny. Wkurza mnie to trochę i śmieszy jednocześnie, bo niemożliwe żeby mnie nie widział i nie mógł normalnie się uśmiechnąć, machnąć ręką, czy kiwnąć głową. Odpowiedziałabym tym samym. Jednak on nigdy się nie uśmiecha na dzień dobry. Dopiero po chwili robi się sympatyczny. Ja też w takim razie zachowuję się podobnie i silę się na obojętność, dlatego zastanawiam się czy z nim jest podobnie? Jakby się bał miłych gestów. Nie wiem o co chodzi? Jak mnie ktoś nie lubił, albo traktował obojętnie, czułam to, miałam w nosie i odwdzięczałam się tym samym. W tym przypadku czuję sympatię i mam na nią dowody. Jednak to z mojej strony jest więcej kroków. Ja jestem odważniejsza. Ja bardziej prowokuję i zaczepiam. On się trzyma :).

3 dni. Próbuję się trzymać.

Dzisiaj trochę lepiej, ale cały czas się wspomagam. Byle się nie rozkleić. Co ma być to będzie, ale nie chciałabym polegnąć z powodu trzęsawki lub wyłączenia myślenia. Dlatego pracuję nad sobą. Znam swoją naturę i tego się najbardziej boję, że mnie nerwy zjedzą. Strasznie mnie to wkurza. Będę walczyć do końca przede wszystkim sama z sobą. Reszta to już kwestia szczęścia, sytuacji, egzaminatora i moich umiejętności. Byle tylko zapanować nad nerwami.

4 dni. Stres mnie dopada.

Dzisiaj to wyraźnie odczuwam. Od rana czuję niepokój i nie wyobrażam sobie jak to będzie. Szukam technik wyciszenia, żeby nie stracić rozumu z nerwów. Zakupiłam tabletki ziołowe, piję melisę i zjadam czarną czekoladę. I tyle. Innych pomysłów nie mam. W tej chwili jakby odpuściło, ale pewnie jutro wróci. Dzień przed muszę się zrelaksować i dobrze wyspać. Wiem, co by mnie wyluzowało, ale niestety nie ma takiej opcji. Szkoda. Nawet wina nie mogę nadużyć. Ehhh, co tu wymyślić, żeby nie myśleć? M mnie zezłościł tylko, mądrala jeden. Taki twardziel, myślałby kto. Zobaczymy jeszcze. Jeszcze się okaże czy taki odporny. Swoja drogą, co on myśli o tym wszystkim? Jasne sygnały byłyby oczywiste, ale i trochę nudne, a takie gierki są bardzo ekscytujące. To najfajniejszy etap każdej znajomości. No to się pobawimy jeszcze troszkę i zobaczymy, co dalej. Teraz chyba bardziej chodzi o mnie niż o nas, bo nie mam pojęcia czy to co mnie kręci to to czego faktycznie potrzebuję. Sztuka dla sztuki. Tak jak kiedyś. Niech się coś dzieje, choćby dla tych fajnych myśli, dla tych chwil. Póki sprawia przyjemność, póki chce się chcieć. Bo nie o to chodzi żeby złapać króliczka, ale żeby go gonić. Zmieniam się?