Zmęczenie materiału?

Życie zawodowe znowu przyspieszyło. Wychodzę z domu po ciemku i wracam po ciemku. Po powrocie ani się obejrzę, a już pora spać. Ledwo usnę, a już budzik dzwoni. Mam wrażenie, że jestem niedospana i trochę zmęczona. Mam mały problem z zasypianiem, bo przed snem zaczynam myśleć albo o poważnych sprawach, albo o głupotach i sen ucieka. JS powiedziałby, że żadne myśli ludzkie nie są głupie. Może raczej kosmate. Tak, ostatnio mam sporo kosmatych myśli :) Co się dziwić, ile można? I co robić, jeśli nie można, bo nie ma tego z kim by można :) Skomplikowane. Zaczęłam sięgać po wino przed snem. Nie codziennie, ale jednak. Pomaga, jednak martwię się, że to nie jest bezpieczny sposób na zasypianie. Bolą mnie ostatnio trochę plecy i dojrzałam do tego, że przydałby mi się masaż. Muszę czegoś poszukać.

Odwiedziłam wreszcie nie-przyjaciółkę. Utwierdzam się w przekonaniu, że jest tylko zwykłą koleżanką i coraz mniej mnie z nią łączy. Po długoletniej znajomości to przykre, ale nie mogę samej siebie oszukiwać. Nudziłam się. Wysłuchałam nowinek z jej życia, poznałam wszystkie choroby domowników, wysłuchałam narzekań, które są mi już znane, a z którymi nie do końca się zgadzam, poobserwowałam dziecko, które zdominowało wszystkich i wszystko. Zastanawiałam się czy 4-letnie dziecko rzeczywiście musi cały czas nam towarzyszyć przy stole i absorbować nieustannie swoimi zachciankami i roszczeniami? Lubię tę małą, ale mam złość do koleżanki, że nie wpaja jej żadnych zasad, że pozwala się terroryzować i mała jest pępkiem świata. Niby rozumiem, że matki tak mają, zwłaszcza współczesne, ale na mnie to źle działa. Męczę się i mam chęć szybko zmykać. Utwierdziłam się w przekonaniu, że koleżanka jest egocentryczką i materialistką, a jej stanowisko w różnych sprawach jest guzik warte, bardzo zmienne, nie do końca szczere i dopasowane zawsze do jej punktu siedzenia. Jak zwykle, byłam stroną wysłuchującą. Nie chce mi się już przebijać przez jej ważne sprawy. Zniechęciłam się. Wypełniłam jednak swój koleżeński obowiązek. Ona mnie na swój sposób potrzebuje więc niech ma. Ja do szczerego pogadania mam inną koleżankę.

Ktoś mi przekazał, że PM szuka ze mną kontaktu. Ciekawe co zrobił z moim telefonem? Ciekawe? Nie mam zamiaru się z nim kontaktować i zaczynać od nowa tej samej zabawy. Nawet dobrze, że nie ma mojego numeru. Tylko niech za bardzo nie angażuje innych osób, bo nie mam ochoty na sensacje. Znajomy, który mi przekazał wieść od niego był bardzo zainteresowany tym faktem. Niech ma zagadkę. Nie wszystko musi wiedzieć. Gorzej, jak PM będzie mu wiercił dziurę w brzuchu. Mam nadzieję, że nie będzie.

A z M. po staremu. Jak się coś zmieni, udokumentuję. Póki co, próbuję dyskretnie różnych argumentów, ale twardy jest :)

Czyżby czekoladki na przełamanie lodów?

Mam wrażenie jakby nastąpił jakiś przełom w sprawie mojej i M. Jakby w ogóle była jakaś sprawa :) Dziś jednak było jakoś inaczej. A może mi się wydaje? Na pewno coraz bardziej bezpośrednie są nasze rozmowy. Coraz większa zażyłość. To sympatyczne, ale czy oznacza coś więcej? A bo ja wiem? Trochę go podrywam od samego początku, bo go lubię, ale co by się stało, gdyby wreszcie uległ? Czy to mężczyzna, który mógłby mi odpowiadać na dłużej? Jest tak inny niż A. i JS. Gdyby ich się dało połączyć powstałby mężczyzna doskonały. Mój ideał. Jednak M. posiada zupełnie inne cechy. Nie wiem jeszcze na ile się maskuje, a na ile jest prawdziwy, lecz robi wrażenie mało delikatnego. Albo taki jest, albo udaje twardziela. Gdyby jednak okazało się, że po prostu jest taki, mogłoby mi to przeszkadzać i kiedyś ranić. Już nie chcę mężczyzny, który mnie nie zna, nie rozumie, który nie potrafi przytulić, uspokoić, wyciągnąć ręki na zgodę. A. działał na mnie jak balsam. Jak szybko się czymś zdenerwowałam, tak szybko się uspokajałam. Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno słowo, spokojny ton, przytrzymanie za rękę, objęcie. Ze mną trzeba jak z dzieckiem. Nigdy więcej człowieka, który nie potrafi okazywać uczuć i rozmawiać. Nigdy więcej wariata i choleryka. M. wygląda wprawdzie na spokojnego i chyba dobrego człowieka, ale potrafi być złośliwą bestią z uśmieszkiem na ustach. Nie wiem, czy odpowiada mi osobowością. Trudno na razie stwierdzić. Poznajemy się. Nie wiem, czy mielibyśmy jakiś wspólny mianownik? Nie mam pojęcia czym się interesuje i jak spędza wolny czas? Jaki jest na co dzień? Parę rzeczy już trochę krytycznie postrzegam. Czy kiedyś nie zaczęłyby mi przeszkadzać? Nie chcę już nikogo wychowywać, bo to się nie sprawdza. Sporo niewiadomych. Wcale aż tak mnie znowu nie kręci. Ale nadal go lubię i chcę poznać, jaki jest naprawdę. Wtedy mogłoby się dopiero okazać czy warto, czy nie warto.

Dzisiaj był bardziej otwarty niż zwykle i jakiś odważniejszy, albo po prostu chciał coś więcej okazać. Inaczej się do mnie zwracał. Spokojnie, ciepło i jakoś tak delikatniej. Rozmawialiśmy na tematy bardziej osobiste. Wiem wreszcie spod jakiego jest znaku. Wykazywał pewne zachowania świadczące o tym, że trochę jednak dba o mnie. Nawet z premedytacją wziął mnie na chwilę za rękę, gdy stwierdziłam, że mi zmarzły dłonie, a takie odruchy dotychczas u niego nie występowały. I poczęstował mnie czekoladkami, które mam powody podejrzewać, kupił specjalnie ze względu na mnie. I powiedział parę zdań, które były w jego ustach komplementami. I wykonał parę gestów, które ewidentnie świadczą o tym, że chciał być miły. Wiem, co piszę. W końcu obserwuję go od czterech miesięcy. Jest postęp. Dziś było naprawdę miło. No romantyzm prawie :) W sumie te podchody bardzo mi się podobają. Może niech trwają jak najdłużej?

Zima mija, a ja niczyja, czyli marudzenia ciąg dalszy.

Niedziela jak zwykle ciężka do przeżycia więc w końcu się poddałam i muszę ponarzekać na swoją dolę i niedolę. Do południa jeszcze jakoś wytrzymuję.Wiadomo, obiad niedzielny sam się nie zrobi. Potem trochę internet, trochę TV, ale ile można. Telewizji za bardzo nie lubię, a filmy wolę wybierać sama w necie. Książki czytam głównie w urlop, bo muszę mieć czas na przeczytanie całej pozycji szybko. Jeśli przerwę na kilka dni to zazwyczaj nie wracam, a teraz w tygodniu nie mam ani czasu, ani siły na czytanie. Uwielbiam muzykę. Każdą, która porusza struny mojej wrażliwości. Najczęściej taką, która mnie nastraja zgodnie z moimi predyspozycjami, czyli refleksyjnie, która wnika do mej duszy, często wyciska łzy. Łzy nie tylko smutku, ale i łzy wzruszenia, gdy muzyka, tekst czy wykonanie są tak doskonałe, że czuję dzieło boga, do którego nie zawsze mi blisko. Boga czuję też wtedy, gdy zachwyca mnie świat i jego naturalne, niczym nie zmącone, absolutne piękno. Ostatnio przeżywałam chwile takiego uniesienia wysoko w górach. Muzykę wesołą też lubię, chyba tak jak każdy, wtedy gdy mi wesoło i lekko na duszy, gdy się bawię i tańczę, i jestem w dobrym towarzystwie, gdy sprzątam, gdy gotuję. Lubię audiobooki, ale tych mi się najlepiej słuchało rok temu, gdy robótkowałam na drutach. Mogłam sobie dłubać i dłubać i słuchać i słuchać. Rok temu miałam mniej pracy. Wolę więcej pracy, bo potrzebuję pieniędzy. Mam dużo spraw do załatwienia. Kosztownych spraw, a liczyć mogę tylko na siebie. A dzieci mogą liczyć tylko na mnie. Drugi rodziciel jest nieudolny. A propos robótkowania, bardzo lubię to zajęcie, ale chyba jednak zbyt mnie odciągało od ludzi. Wtedy jednak mi to pasowało, bo to były pierwsze miesiące bez A. Nie umiałam sobie znaleźć miejsca. No i miałam mnóstwo czasu do rozmyślania. Nie można za dużo myśleć. Poza tym synek się ze mnie nabijał, żem stara babcia. Fotel, lampa, okulary, druty i robótka – tak minęła mi poprzednia zima :), ale na wiosnę się przebudziłam. Tak koło maja. I od tej pory nie zrobiłam nic. O przepraszam, skłamałam, popełniłam jedną robótkę w jedno chyba listopadowe popołudnie, czyli czapkę dla siebie. Nic więcej, a zapasy włóczek z ubiegłorocznych zakupów czekają. Niech czekają, kiedyś do nich wrócę.

Gdy się przebudziłam z zimowego snu i pomału docierało do mnie, że jestem rozpaczliwie samotna, nie wiedziałam co z tym uczuciem zrobić. Najpierw długie lata pełne kieratu, obowiązków, trosk, żalu, bólu, walki, pracy. Życie nieszczęśliwe i samotne pomimo obecności męża, ale wypełnione po brzegi dziećmi, które pomagały mi żyć, bo nie miałam czasu roztkliwiać się nad sobą. Do czasu. Do czasu, gdy dorosły i gdy było już tak źle i bez sensu, że przyszedł czas  zawalczyć o swoje nawet nie szczęście, ale po prostu życie i normalność. Prawie w tym samym czasie pojawił się A. i pomógł mi przejść przez ten trudny okres. Dał mi wszystko to czego pragnęłam i czego nigdy wcześniej nie otrzymałam. Najpiękniejsze dary – uczucie, ciepło, wrażliwość, delikatność, zrozumienie, wsparcie, wysłuchanie, zainteresowanie. A potem, po czterech latach, nagle to straciłam. To, do czego przyzwyczaiłam się jak do powietrza. Oczywiście, były i kłopoty. To one przyczyniły się do naszego końca, ale to wszystko jest nieważne. Ważne jest, że kochałam i byłam kochana tak, jak w moich marzeniach, w moich snach, i mogę to wspominać do końca życia. Gdy zniknął, nie wiedziałam jak mam dalej żyć, bez jego choćby przyjaźni. Jeszcze dzisiaj trudno mi myśleć, że już nigdy go nie spotkam. Nikt nigdy go nie zastąpi. Nawet jeśli ktoś się pojawi w moim życiu to i tak będę w pewnym sensie sama, bo taka jedność dusz, jak w przypadku A. już nie może się powtórzyć. Dlatego tak trudno mi zapomnieć. Chciałam i właściwie cały czas chcę kogoś poznać. Wiem, że związek z A. to już przeszłość. Nie chcę być sama. Jednak, jak dotychczas, mężczyźni, których spotykam to egoiści, albo po prostu nie są w stanie ofiarować mi tego czego ja potrzebuję, ani przyjąć tego co ja mogę dać. Może nie chcą mnie poznać? Może nie szukają tego samego, co ja? Może nie widzą tego, co widział A., a on odkrył we mnie wszystko co najlepsze, nawet to co chciałam ukryć jak najgłębiej, żeby nie dać się więcej ranić. I sam otworzył się przede mną w najszczerszy sposób. Zaufał mi. Ja zaufałam jemu.

Popołudniu przejechałam się do galerii. Jak zwykle, głównie po to, by pobyć wśród ludzi. Czy mi to pomaga? To za dużo powiedziane. Raczej wypełnia czas i pozwala się odmóżdżyć. I wcale mi nie jest wesoło, gdy widzę spacerujące rodziny, pary, a ja sama. Dziś wprawdzie łatwiej mi na to patrzeć, ale jednak ciągle kłuje w sercu. Na szczęście nie pocieszyłam się zakupami. Obiecałam sobie, że nie będę w tym miesiącu robić żadnych niepotrzebnych wydatków, bo potrzebuję pieniędzy na kolejne ćwiczenia z M. Nie można mieć wszystkiego.

PS – Dzisiaj przyśnił mi się M. Nawet przyjemnie i na końcu mnie pocałował, ale niestety w taki sposób, jakby to robił pierwszy raz w życiu. Byłam zawiedziona :)

Duży może więcej, mały może dłużej :)

Chyba zacznę spisywać sentencje dowcipnego M. Za każdym razem zaskakuje mnie jakąś mądrością tego typu. I to jakoś tak niewinnie i w kontekście tak dwuznacznym, że nie można się przyczepić. Zresztą czego tu się czepiać? Dziś był miły i jakiś taki cieplejszy. To dla odmiany. Wiem, wiem, żeby mi się nie poprzewracało tu i tam.

W pracy zakończenie trudnego czasu. Wypadło pozytywnie, a nawet lepiej niż myślałam więc wreszcie mogę odetchnąć. Pora, żeby wszystko wróciło do normy bo na dłuższą metę można by dostać kota. Za oknem wiosna i sikorki już śpiewają. Nienormalne, ale przyjemne. Na razie jest jeszcze ok, ale jak już przyjdzie ta prawdziwa wiosna to znowu pewnie serducho zatęskni za serduchem. Jak to na wiosnę. Działam zgodnie z naturą :)

Niedawno widziałam PM. Na szczęście on jechał samochodem, a ja przechodziłam przez pasy. Spieszyło mi się, a on za chwilę miał zielone więc nie było okazji pogadać. Myślałam, że po moich odmowach w kwestii spotkania i nieodbieranych telefonach, obraził się, bo w końcu zamilkł. O to mi chodziło zresztą. Może i tak było, ale gdy mnie teraz zobaczył, twarz mu się w serdecznym uśmiechu rozpłynęła i coś tam przez okno zaczął mówić i znaki jakieś dawał. Zrozumiałam, że coś z telefonem, ale nie byłam pewna o co mu chodzi. Potem zastanawiałam się czy aby nie zadzwoni, ale na szczęście nie zrobił tego. Może już nie ma mojego numeru i to mi chciał przez okno przekazać. Mniejsza z tym, jeśli nie ma to dobrze, bo bałam się, że jak zadzwoni to znowu będzie chciał się umawiać, a ja nie mam ochoty więc cała zabawa zaczęłaby się od nowa. Koniec to koniec.

Dobre złego początki, czy złe dobrego?

Mam nadzieję, że ta druga część i jeszcze wszystko się ułoży tak jak trzeba. Po pierwsze, tuż pod koniec roku otrzymałam pewną niedobrą wiadomość w związku z moim eksmałżonkiem. Wiadomość, która mnie martwi i niepokoi podwójnie tzn. chodzi mi o mnie, ale i o niego również. Życzę mu jak najlepiej, bo wtedy i ja będę spokojniejsza. Po drugie, trochę mi kasy ubędzie i to kolejny niezbyt dobry znak na rozpoczęcie nowego roku. Po trzecie coraz bardziej się odsuwam od mojej „przyjaciółki”. Uświadomiłam sobie, że nigdy chyba nią nie była. To ja byłam bardziej dla niej niż ona dla mnie i długo jakoś mi to wystarczało, ale teraz kiedy czuję się często samotna zrozumiałam, że chyba niewiele ją obchodzę. Jeśli pragnę porozmawiać o tym co mi w duszy gra mam na szczęście inną koleżankę. Z moją „przyjaciółką” nie mogę być szczera, bo niechętnie słucha, łatwo ocenia i krytykuje, a potem w stosownym momencie wykorzysta to czego się dowie, przeciwko mnie. Mam dziwne uczucie, jakby nie była ze mną szczera, jakby mi czegoś zazdrościła. Więc zazwyczaj nasze spotkania wyglądają tak, że ona mówi, mówi, mówi. Wszystkie jej sprawy są najważniejsze na świecie i najtrudniejsze, a ja słucham, rozumiem, doradzam, wspieram, jestem. Jak za długo nie dzwonię, obrażonym tonem wypomina mi to, jakby moja uwaga należała się jej regularnie. Ona nie dzwoni, żeby spytać, co u mnie. No bo, co tam u mnie się może dziać? Ja to mam raj. Problemy ma tylko ona. Ona potrafi najbardziej prozaiczną sprawę przedstawić jak katastrofę nuklearną, a ja w ten sposób nie umiem i nie chcę, więc wygląda na to, że u mnie nic się nie dzieje. Ja się cieszę bzdurami, a ona nie potrafi docenić dobra jakie ma. Narzeka, narzeka i narzeka. Na wszystko. A ja po spotkaniu z nią nie czuję się najlepiej. Chyba działa na mnie toksycznie i coraz rzadziej mam ochotę na spotkania. Coś jest nie tak i to od dawna. Ehhh, na tym skończę wątek, bo nie chce mi się nakręcać. Po czwarte, synek chciał rezygnować ze studiów, ale na razie walczy (z sobą). Po piąte, w pracy było bardzo ciężko i czekamy jeszcze na pewne, mam nadzieję pozytywne, zakończenie tego trudnego okresu. Po szóste, znowu oblałam i stres mnie zeżarł totalnie, przez co jeszcze bardziej się boję na następny raz i zła jestem na tę słabość swoją, bo ona coraz bardziej kosztowna się robi, a mnie rozum odbiera, co nie rokuje dobrze . Po siódme, z M. wciąż to samo, czyli nie wiadomo co, ale z tą różnica, że jakby mi lekko różowe okulary z oczu na nos opadły i już tak normalniej na niego patrzę. A może osłabłam z niemocy i mi przechodzi zwyczajnie? W końcu żaden cud-miód. Zdam się na czas. Zresztą, teraz moim priorytetem z nim związanym jest sukces na egzaminie, a nie amory. Kobieto skup się i weź się w garść. To do mnie – ja sama :) Po ósme, jakieś ogólne zmęczenie materiału mnie dopadło. Pewnie w związku z tym wszystkim, co opisałam powyżej. Po dziewiąte, u mojego brata tez niedobrze się dzieje. Po dziesiąte, co by tu wymyślić, żeby nie wywołać wilka z lasu, a zakończyć ładnie odliczanie? Aha, niedługo mam urodziny :( Koniec.

Studium przypadku, czyli jak bez sensu się nakręcać?

Inaczej się tego nazwać nie da, jak nakręcaniem. Dobrze, że mam sporo pracy na jutro, bo inaczej dzisiejszy świąteczny wolny dzień byłby kolejnym dniem z pustką w tle. Nad tym powinnam w tym roku popracować, czyli jak polubić bycie samą i jak sobie to życie lepiej zorganizować? Przecież gdybym chciała, mogłabym ten dzień spędzić inaczej, ale po pierwsze mam trochę roboty, a po drugie nie chce mi się. Wolę być sama z sobą i swoimi myślami, a potem czegoś mi żal. Kto zrozumie mnie? To chyba taka natura, ale wiem, że można nad tym pracować. Uczę się, żeby uciekać od tego co mnie dołuje. Uczę się nie patrzeć w przeszłość, a jeśli już to tyle tylko, ile potrzeba żeby lepiej iść w przyszłość. Przecież w sumie dobrze mi teraz. Nie wszystko jest tak jakbym chciała, ale już się z tego powodu nie szarpię i zaakceptowałam obecny stan rzeczy. Poza tym wciąż wierzę, że jeszcze uda mi się osiągnąć to czego pragnę i na co mam wpływ. Nauczyłam się już na pewno, że mój nastrój najbardziej zależy ode mnie. Nawet jeśli ktoś lub coś na niego wpływa, to ja najbardziej decyduję w jakim stopniu. To ja pozwalam moim myślom podążać w określonym kierunku. Uczę się uciekać od złych myśli. Uczę się od nowa cieszyć. W którymś momencie życie mnie pokonało i straciłam siły żeby się cieszyć z tego co dawało radość. Ktoś mi podciął skrzydła. Pozwoliłam mu na to. To był błąd, bo mogłam za to drogo zapłacić. Wtedy wszystko się mogło zdarzyć. Dziś jestem od tego odległa. Na szczęście, ale wymagało to sporo czasu. Jestem spokojna, jestem radosna, pogodzona z przeszłością, ale jestem wciąż romantyczna, refleksyjna, uczuciowa. Nie wiem czy to dobrze? To niemodne dzisiaj. Chcę to zmienić i jednocześnie żal mi tych cech. Z ich powodu często dopada mnie ból, smutek, nostalgia i ogólna tendencja do nakręcania. I lubię ten stan, ale muszę się pilnować, żeby nie występował zbyt często. Muszę uważać na to co oglądam, co czytam, czego słucham, o czym myślę, bo podświadomie wybieram to co tę nostalgię potęguje. A przecież chcę się cieszyć z życia, chcę brać, chcę być zołzą. Chcę być egoistką, ale nie chcę robić nikomu krzywdy. Mam przyjaciółkę, która nieźle opanowała sztukę dbania o swój nastrój. I są tego efekty, bo mimo tego, że jest o dekadę starsza ode mnie, posiada więcej energii, odwagi, radości, chęci i umiejętności korzystania z życia. Dobrze się przebywa w jej towarzystwie. Większość swoich pomysłów natychmiast wprowadza w czyn. Jest nie do zdarcia :) I jednocześnie sporo wie o życiu, wiele doświadczyła, ale nie zgorzkniała. Można z nią wypić piwo, poszaleć i porozmawiać na wszystkie tematy. Obowiązki przeplata z przyjemnościami i dbaniem o siebie  Nie wiem skąd czerpie siły, ale chciałabym część z nich posiąść.

Tymczasem moją głowę coraz bardziej absorbują myśli o jutrze. Ciężki dzień przede mną. Dwa następne również. Trzeba dać radę.

A ta notka nie byłaby ważna, gdyby nie było wątku o M. Tyle, że po dzisiejszych przemyśleniach i w tym temacie jestem dziś przygaszona. Gdzieś uleciał mój wojowniczy duch, a wkradło się zwątpienie i ktoś w środku, kto nie jest mi przychylny, a może właśnie przychylny, albo po prostu zdrowy rozsądek, mówi „daj sobie spokój, przecież widzisz, że nic z tego”. Ten człowiek nie jest zainteresowany. Z jakiego powodu nie wiem, ale czy musi być jakiś powód? Nie i już. Niewiele o nim wiem, bo chociaż dużo rozmawiamy, zbyt mało osobistych tematów poruszyliśmy. Trochę mi przypomina pewnego znajomego, którego dobrze znam, który ma już sporo lat i wciąż jest kawalerem i zachowuje się tak jakby nigdy nie chciał, żeby było inaczej. To nie jest typowy singiel, bo dla mnie singiel to osoba, która taki styl życia wybiera w dużym stopniu z premedytacją. Singiel jest zadbany, zajęty, dba o własny rozwój, jest aktywny zawodowo, korzysta z życia, żyje aktywnie i lubi swoje życie. Jeśli ktoś jest sam z konieczności, jeśli jest blisko rodziców i oni stanowią jego główne towarzystwo, jeśli nie ma pomysłu na siebie, nie dba dostatecznie o siebie, jest samotny i nie jest za bardzo zadowolony z tego stanu, to jaki to singiel? To stary kawaler lub stara panna i tyle. Też bym się mogła nazwać singielką z odzysku, ale po co skoro jeszcze nie nauczyłam się cieszyć z tego powodu, że jestem sama i dopiero opanowuje sztukę wykorzystywania czasu dla własnych korzyści i przyjemności? Do niedawna mój czas należał do innych. A M. wygląda na starego kawalera, a nie singla. Poważniej niż wskazuje metryka, dlatego dopuściłam do zainteresowania się nim, bo myślałam, że jest starszy niż jest, a ja dotychczas kierowałam swoją uwagę na panów starszych ode mnie, a nie młodszych. Łysawy blondyn o typie urody, który właściwie mi nie odpowiada. Trudno go nazwać przystojnym. Podejrzewam, że nie specjalnie ciekawie zbudowany. Raczej szczupły. Wiecznie podobnie ubrany i ostatnio ciągle w tym samym brzydkim sweterku, albo drugim jeszcze brzydszym. Tak, jak się czepiać, to się czepiać. A co? Casanova ani uwodziciel to on nie jest. Wdziękiem i czarem nie ujmuje. Super dowcipny ani błyskotliwie inteligentny też nie zauważyłam. Znam ciekawsze typy. Trochę maruda i malkontent. Brakuje mu jakiejś iskry, werwy, może pomysłu. Mam wrażenie jakby był przyzwyczajony i pogodzony ze swym, chyba niezbyt ciekawym życiem, ale nie do końca, bo gdzieś między wierszami wychodzi jakieś ziarno goryczy i niezadowolenia. Ale chyba nie potrafi, albo nie chce nic z tym zrobić. Mam wrażenie jakbym to ja miała mniej lat, więcej radości i więcej chęci. Jest trochę złośliwy, oschły, obojętny. Nie okazuje emocji. Nie wysila się. Więc co w nim jest takiego, że mnie tak absorbuje?  No właśnie, co? Nie wiem do końca. Jest dla mnie guru w pewnej sprawie i ma nade mną przewagę, a ja lubię gdy mężczyzna jest ode mnie w czymś lepszy. Jest spokojny i trochę arogancki, ale w sposób, który intryguje. Jest normalny w swej normalności, bez udawania jaki jestem superman. Niby się nie stroi i nie pachni, ale jest zawsze czysty, a z tym różnie u panów bywa. Nie jest wesołkiem, ale ma poczucie humoru i potrafi mnie naturalnie rozbawić, co nie wszystkim się udaje. Posiada swoisty sposób komentowania sytuacji i opowiadania, który mi odpowiada. Stać go na miłe gesty i słowa, choć najwyraźniej go krępują. Dobrze i naturalnie się czuję w jego obecności, jakbyśmy się znali kupę lat. No i przede wszystkim nie wiem, co w nim siedzi. Taki jest mój Romeo :) Z grubsza, nie do końca i trochę dziś złośliwie.

Dostałam kosza.

Chciałam to mam. Ostudziło to trochę mój zapał i nakazało rozsądek. Na jak długo, to się okaże. Oj poczekaj, jeszcze zobaczymy. Przy najbliższej okazji wykorzystam to ;-) Nie żałuję, że chciałam coś tam sprowokować, bo zabrzmiało to wiarygodnie i niewinnie, ale jednocześnie otrzymałam dowód, że aż takiej siły przebicia to ja nie mam, żeby chwytać wyciągnięty paluszek. Zareagowałam najobojętniej i najspokojniej jak tylko umiałam. W życiu nie pokażę, że mnie poruszyło! Absolutnie! Nigdy w życiu! A poruszyła mnie nie tyle grzeczna odmowa, ile argument, a właściwie jego brak. Jakby się tak wysilił na powód, łatwiej by mi było przełknąć. Ja wymyśliłabym coś bardziej konkretnego i delikatnego. Czym on się wytłumaczył, nie będę cytować, żeby się nie denerwować. Czy faceci posiadają coś takiego jak empatia? Chyba nie. Muszę postudiować znowu literaturę na ten temat i podszkolić się zarówno w instrukcji obsługi mężczyzn, jak i sposobach odbioru ich komunikatów. No przecież, to co on wymyślił jako powód to dla mnie obraza. I nie wiem, czy z premedytacją, czy niechcący, czy grubiańsko, czy w ogóle on to traktuje tak jak ja, bo przecież mężczyźni myślą inaczej niż my. I są bardziej konkretni, a jeśli to miał być ten konkret, to ja nie mam szans. No nie mam i już :-(

Ile łatwiej by nam było, gdyby był łaskawszy dla nas czas.

Dziś na pewno, już to wiem,
Pójdę spać, zapomnę Cię
Pójdę spać, zapomnę Cię
Polubiłam taki świat
i jego lekko gorzki smak.
Polubiłam taki świat.

Dziś na pewno, wiem to już,
Zamknę drzwi, zgubię klucz.
zamknę drzwi, zgubię klucz.
Wymyśliłem sobie sen :
Jasne dłonie, w czarnej mgle
Pójdę spać, zapomnę Cię.

Ile łatwiej by nam było,
gdyby był łaskawszy dla nas czas?
Jakby tak się urodziło, w innej erze
każde z nas…?
Kiedy znowu świat nastraszy swoim końcem,
odejdziemy czarną drogą tam,
gdzie każde z nas ma jeszcze jakieś słońce
Ty donikąd, ja za Tobą.

Właśnie dziś, ostatni raz
Widzę w oknie Twoją twarz
Widzę w oknie moją twarz.

Tyle tych przeklętych miejsc
Pełnych nas… niepełnych mnie
Pójdę spać… pójdę spać, zapomnę Cię

Ile łatwiej by nam było,
gdyby był łaskawszy dla nas czas?
Jakby tak się urodziło, w innej erze
każde z nas…?
Kiedy znowu świat nastraszy swoim końcem,
odejdziemy czarną drogą tam,
gdzie każde z nas ma jeszcze jakieś słońce (x2)
Ty donikąd, ja za Tobą…

Na zachodzie bez zmian.

Czyli dalej stoimy w miejscu. Zapowiedziany miły akcent już był i był miły, ale wciąż ani kroku do przodu. I nadal mnie to absorbuje i niecierpliwi i niepokoi, ale jednocześnie ekscytuje. Gdyby ta zabawa miała prowadzić do finału, jaki mam na myśli, to niech trwa, proszę bardzo, bo to jest najfajniejszy etap każdej znajomości. Te podchody, gry, niedomówienia, półsłówka, spojrzenia, żarty, niepewność. Tyle, że wciąż nie wiem w jakim kierunku to zmierza, a zatem nic nowego. Miałam zamiar dziś zachowywać się obojętnie, być milcząca, zachowywać dystans i skupić się na tym, co mam robić. Taki własnie miałam zamiar, ale mi nie pozwolił. Po pierwsze szybko zauważył, że jestem dziś inna. No sukces. Tym mnie rozbroił na starcie. Potem zagadywał i nie mogłam nie odpowiadać. Poza tym on potrafi mnie rozbawić tymi swoimi uwagami i porównaniami tak, że nie mogę się nie śmiać. Trzeba przyznać, że w jego towarzystwie zawsze czuję się tak jakoś swobodnie, odprężona i bezpieczna. Co nie oznacza, że i tak mnie nie denerwuje, ale to już wiadomo w jakiej kwestii. Drugi sukces polegał na tym, że dziś pierwszy raz w pewnym momencie użył mojego imienia jakoś tak cieplej i w wersji zdrobniałej. Zarejestrowałam to oczywiście natychmiast, tym bardziej, że sama postanowiłam przy najbliższej okazji zwrócić mu uwagę, że nie lubię gdy się tak do mnie mówi. Nie zdążyłam, uprzedził mnie. Do tej pory było krótko, zimno i i typu Baśka, Zośka, Wieśka, czyli z końcówką „ka”. Moje imię ma sporo odmian i znajomi zwracają się do mnie na różne sposoby, ale zawsze używają ciepłej i sympatycznej formy. Jak ktoś używa tej z końcówką „ka”, to mnie pewnie nie lubi. A zatem mały postęp. Swoją drogą, jak te postępy będą na taką miarę to my jeszcze długo będziemy na tym etapie albo w ogóle z niego nie wyjdziemy. Mnie aż korci żeby przyspieszyć, tyle że nigdy nie byłam aż taka odważna w podrywaniu facetów. Ja jednak jestem starej daty i nie lubię przejmować inicjatywy i okazywać wyraźnie zainteresowania. Tyle ile trzeba, żeby dać przyzwolenie, ale to on ma zdobywać. A on jak to on, na razie zdobywcy w nim nie widzę. I teraz mnie ciekawi czy te jego malutkie sygnałki to ta jego metoda, żeby nie rozpieszczać? Trochę to do niego pasuje. PM był konkretny, nie bawił się w podchody tylko szybko kawę na ławę, ryzykując, że najwyżej dostanie kosza. JS to samo tylko, że z wielką klasą. Nie bali się ryzykować. A M. być może ma tak jak ja, czyli nie jest taki pewny siebie? Nie wiem. I te niektóre jego zachowania. Dziś znowu, gdy na chwilę musiałam wyjść, zaopiekował się, podał torebkę, kurtkę, wyprawił i czułam, że mnie mierzył wzrokiem gdy odchodziłam, ale gdy wracałam, jak zwykle patrzył w inną stronę. Do ostatniej chwili, a przecież wiedział, że wracam. Zawsze tak robi. Nie patrzy dopóki nie stanę przed nim. A później jest już sympatyczny jak zwykle. Nigdy na mnie nie patrzy wprost. Albo jest nieśmiały, albo nie chce. Ale przecież nawet jeśli bym mu się niespecjalnie podobała, to chyba nie aż tak żeby patrzeć na mnie nie można było. Bez przesady. Ciekawe czy go uszy nie pieką? Tyle mu tutaj uwagi poświęcam, no ale gdzieś muszę. Jakby mi tak wolno było choć na kilka sekund zerknąć w jego myśli. Tylko tyle, żebym wiedziała co robić. No tak, nic z tego. On zresztą moich myśli też nie zna. Więc bawmy się dalej.