Upierdliwa się ostatnio robię i wiem o tym, a jednak…

Wszystko mnie wkurza ostatnio. Wszystko. Ja sama siebie też. Zmęczenie czy rozgoryczenie? Nie wiem. W pracy denerwuje mnie większość koleżanek. Wyostrzył mi się wzrok czy co, bo widzę zbyt dużo i drażni mnie to. Wkurza mnie ludzka obłuda i nieszczerość. Gdy ludzie udają i gdy myślą, że wszyscy dookoła są głupi i można im wciskać tanie kawałki i mamić oczy. Denerwuje mnie koleżanka, bo do perfekcji opanowała tę sztukę, a na prawo i lewo głosi, że nienawidzi tego u innych. Nie lubi hałaśliwych i zwracających na siebie uwagę osób, a sama dokładnie robi mnóstwo zamieszania wokół siebie. Wytyka innym, że chwalą się czym mogą, a sama robi to samo i to perfekcyjne oraz spektakularnie. Ocenia ludzi po wyglądzie i to w taki sposób jakby sama była doskonałością. Krytykuje ubiory innych w kwestii, co pasuje a co nie pasuje, a sama niejednokrotnie przychodziła do pracy w stroju budzącym powszechny niesmak. Często nosi zbyt kuse spódnice, albo wystawia na widok różne partie ciała, które nie są już ładne, bo kobieta ma 60 lat. Nie są to stosowne stroje w mojej pracy. Owszem, wesoła, energiczna, zadbana, młoda duchem, ale biologii się nie oszuka. Niesmaczny jest jej głęboki pomarszczony dekolt i zwiotczały biust podany jak na dłoni ani oglądanie jej nagich ramion i pach gdy się spektakularnie przeciąga. No tak, ale jej to pasuje i wolno, innym nie. Drażni mnie, że próbuje wykorzystać każdą sytuację, gdy tylko może skorzystać z czegoś za darmo. Wszystkie telefony osobiste załatwia w pracy i to najmniej poważne, czyli zwykłe pogaduchy. Regularnie w każdym tygodniu. Gdy są czasem jakieś uroczystości z poczęstunkiem, przychodzi na nie przygotowana z pojemniczkami i zabiera do domu wszystko to co zostało. Są koleżanki bardziej potrzebujące niż ona, mające dzieci, a nie robią tego. Tymczasem ona jest dobrze sytuowana, uważa siebie za osobę z górnej półki, a jako jedyna tak się zachowuje i jeszcze głośno mówi, że zabiera to wszystko dla swojego faceta (kochanka), bo on taki biedny. Sporo zgarnia po kryjomu. Wiem to na pewno, bo kiedyś w samochodzie wypadła jej torba i wysypały się herbaty, śmietanki do kawy, cukierki, owoce, a nawet chleb. Czułam się zażenowana, gdy to zobaczyłam, ale ona udała głupią i raz dwa wszystko zebrała. Byłam w szoku, ale od tej pory mam ją na oku i na sto procent mogę potwierdzić, że wciąż robi to samo i mnóstwo rzeczy po kryjomu zgarnia do torby. Wstyd i żenada. Ale gdyby ktoś inny tak robił nie zostawiłaby na nim suchej nitki. Ciągle wmawia wszystkim jak to ona młodo wygląda, super się czuje, wiele jeszcze może, jak jest aktywna, atrakcyjna, mądra itp, itd. Do obrzydzenia ostatnio. Facetom wmawia, że ma z 15 lat mniej i niejednokrotnie  utożsamia się z koleżankami w takim właśnie wieku. Nie słyszałam, żeby ktoś kiedyś powiedział o niej, że tak młodo wygląda jak na swój wiek, ale mam to zakodowane, bo ona sama ciągle tak o sobie mówi. Czepia się ludzi otyłych i uważa, że każda nadwaga to wynik obżarstwa. Sama jest pulchna choć drobna i ostatnio się bardziej zaokrągliła, a jednak wciąż twierdzi, że ona jest za chuda. Nie widzę w niej nic chudego. Wygląda jak pulpecik i wszystko jest ok, ale wmawiać mi, że taka szczupła. Czy ja jestem ślepa? I to wieczne czepianie się innych. Mam jej coraz bardziej dość.

Wkurza mnie dyrekcja, bo odwala w pracy taką chałturę, że aż wstyd. I nie ma z tym problemu, że wszyscy to widzą, bo ona jest wyżej i nie podlega krytyce. Taka małomiasteczkowa mentalność. Ale innym potrafi czasem wytknąć coś co nie koniecznie wynika z ich winy, albo zabrania czegoś co jest usprawiedliwione i zasadne, bo ma jakieś tam swoje ale, podczas gdy ona sama bezpardonowo potrafi powiedzieć, że wychodzi dziś wcześniej, bo musi sobie iść na masaż albo na bazary po kolejny płaszcz. I nawet się nie wysila żeby użyć powodu, który nie budziłby negatywnych komentarzy. Ona nie podlega krytyce. Ja, pani dyrektor, mogę wszystko. W pracy zaczyna panować bajzel, każdy robi co chce i zaczynają to wykorzystywać pewne jednostki, którym nie ma kto utrzeć nosa.

I jeszcze parę osób bym tu przedstawiła, ale ma już dość. Nie chce mi się.

Denerwują mnie faceci i mam ich wszystkich gdzieś. Niech spadają na drzewa zrywać banany, bo ich zachowania i mentalność zatrzymały się chyba na tamtym szczeblu ewolucji. Tarzany jedne.

I nie podobam się sama sobie.

Róbmy swoje czyli mam to wszystko gdzieś!

Pora zaakceptować pewien stan rzeczy i przestać z nim walczyć. Pora przestać żyć złudzeniami, bo z ich powodu tylko się szarpię.Chciałoby mi się powiedzieć „jedyne co mam to złudzenia, że mogę mieć własne pragnienia”. Fakt, złudzenia. Może powinnam się przebudzić i wrócić do mojego dawnego nastawienia i zwyczajnego choć może nudnego życia. Wiele ludzi wiedzie nudne życie. Zachciało mi się buntu i rewolucji. I co z tego mam? Głównie jakiś smutek i niezadowolenie. A może trzeba się pogodzić i zmienić nastawienie? Czasu nie cofnę, pewnych rzeczy nie zmienię, mogę je jedynie zaakceptować i przestać się oszukiwać. Poddać się? To chyba nie tak.

Wkurzają mnie zmiany w moim ciele. Pamiętam jak sześć lat temu poznałam A. Wyglądałam wtedy zupełnie inaczej. Sześć lat i tyle zmian. I ciągle następne. Na gorzej. Starzeję się. Jak to zaakceptować? Najbardziej nie podobają mi się moje dłonie. Co się z nimi dzieje? Starsze koleżanki mają ładne dłonie, a moje szczupłe, z cienką skórą, przez którą wyłażą niebieskie żyłki, i na której pojawiły się już dwie pierwsze brązowe plamki. To nie moje dłonie. Nie cierpię tych żył. To dłonie starszej pani. I co  z tego, że o nie dbam, unikam chemii, wklepuję tony kremów i to od zawsze, bo mam suchą skórę. Nie mogę z tym wygrać. Natura mnie tak obdarowała. Najchętniej nosiłabym rękawy do połowy palców. A ja tak lubię rękawy długości 3/4. Gdzie mam schować te dłonie? Nie chcę ich chować, ale mi się nie podobają.

To straszne, że rozum nie starzeje się równo z ciałem. Albo raczej odwrotnie. A może wszystko jedno? Wtedy pewnie byłoby łatwiej. Ale ktoś tu czegoś niestety nie dograł.

W tym temacie nic nowego, ale drążyć go muszę…

Chyba już jestem stara albo co. Sobota, wszyscy smacznie śpią, a ja już od godziny szwędam się po mieszkaniu. Od jakiegoś czasu nie umiem pospać dłużej. Mam nadzieję, że to przyzwyczajenie do codziennego regularnego porannego wstawania, a nie bezsenność wieku podeszłego? Boszsze, jak to zabrzmiało. Nie jestem żadną kobietą w wieku podeszłym. Jestem kobietą dojrzałą. Apetycznie dojrzałą. I tak trzymać. Zresztą M. trochę młodszy, a też podobno wcześnie wstaje. Z kolei moja mama to pokolenie wyżej, a śpi czasem do 10.00 jak niemowlak. Nie wariujmy więc z doszukiwaniem się przyczyn w obszarze, który mnie ostatnio dołuje. Poza tym padam spać dość wcześnie więc mam czas się wyspać. Wczoraj na przykład padł mi wieczorem net więc z konieczności przerzuciłam się na TV. Najciekawszy program wytrzymuję dopóki oglądam na siedząco. Wystarczy, że się położę, a za pięć, dziesięć minut śpię. Pozycja horyzontalna tak na mnie działa. I w ten sposób zarejestrowałam wczoraj kilka wyrwanych wątków z kilku programów w momencie przebudzenia oraz większość reklam, które wiadomo, lecą głośniej więc skutecznie budzą śpiochów, żeby ich nie przegapili. W końcu poddałam się, powyłączałam wszystko i oddałam się objęciom Morfeusza, choć przyznam, że wolałabym objęcia, które skutecznie by mnie rozbudziły. Wyspałam się z osiem godzin, czyli tyle ile potrzebuję. Aktualnie popijam poranną kawę w ulubionym kubku ofiarowanym niegdyś przez JS., siedzę w necie i myślę co począć z tym ładnie rozpoczynającym się dniem. Zaproponowałam koleżance plotki z użalaniem i małe alkoholizowanie, ale pewnie jeszcze śpi jak normalny człowiek więc muszę poczekać na odpowiedź. Na sobotnie sprzątanie i kulinarne wysiłki jeszcze za wcześnie. Na prace do pracy chyba też. Nie chce mi się z rana.

Zatem popiszę o M. Jak go zdobyć? Duża jestem i wiem, że kropelka skałę drąży. Ja kropelka, on skała, choć wolałabym, żeby było odwrotnie, zwłaszcza gdy pomyślę sobie o nim wnikliwiej. Wkurza mnie jego postawa, bo żaden z niego cud-miód, ale to kolejny dowód, że każdy może zaintrygować swą osobą, a czas pokaże co potem z tym zrobimy. Gdy pomyślę tak bardziej rozsądnie, to wydaje mi się, a może nawet jestem pewna, że on chyba nie pasuje do mnie. A właściwie to mnie nie pasują pewne jego cechy, sposób myślenia i zachowanie. W tej chwili jest to dla mnie pewnego rodzaju egzotyka i trochę mnie to intryguje, interesuje, trochę bawi i trochę złości. To jednak bardziej ciekawość niż fascynacja. Więc o co mi chodzi? Chyba o zaspokojenie własnej próżności, wypełnienie samotnego czasu i zaspokojenie potrzeb cielesnych. Lubię go, to bezsprzeczne, inaczej w ogóle nie byłoby problemu. I stąd to zamieszanie. Jednak jest sporo przesłanek za tym, że bliższe z nim obcowanie i poznanie go zaowocowałoby zniechęceniem. Trochę podobnie było z PM, tyle że szybciej się wyjaśniło, bo to on był zdobywcą. Wkrótce zrozumiałam, że ten typ mężczyzny absolutnie mi nie odpowiada. Z M. może też by mi szybko przeszło gdyby nie ta jego obojętna postawa. To mnie u niego najbardziej kręci. Czyli sprawdza się oczywista filozofia, że to co trudniej nam przychodzi skłania nas do zabiegania. Złości mnie, że się opiera, bo mam o nim inne mniemanie niż np. o JS i wydaje mi się, że z jego prostszą konstrukcją powinnam sobie łatwiej poradzić, a tymczasem wiadomo jak jest. Małpa jestem, że tak o nim myślę. Wiem. Zresztą to taki typ, a jeśli zdaję sobie z tego sprawę, że oceniam go niżej niż A. i JS., nie powinnam ani jemu ani sobie zawracać głowy, bo to już na starcie nie rokuje dobrze. Tym bardziej małpa ze mnie. Co mi nie pasuje? Wydaje mi się, że jest sknerą. Mam na to dowody, a on się nie wysila żebym myślała inaczej. Sama jestem oszczędna, ale chytra nie. Za często używa wulgaryzmów w rozmowie ze mną, co mnie oczywiście razi i zwracam mu uwagę. Jego niektóre mądrości życiowe mnie powalają. Ocena niektórych sytuacji i sposób jej wyrażania zastanawia mnie dość poważnie. Stosunek do ludzi jest pewną niewiadomą i nie do końca mi odpowiada. Czasem za mało taktu, albo celowo to robi, żeby złudzeń nie było. Mam wrażenie, że mógłby być bardzo złośliwy, jak by już przyszło co do czego. Bardziej malkontent niż działacz. Absolutnie nie wiem jaki jest jego stosunek do kobiet, a jego dżentelmeńskie zachowania w skali 1-10 oceniam na 3 chociaż czasem zdarza się i z 8, ale rzadko. Co tam kryje pod tą skorupą? Życzliwość? Czasem myślę, że wymuszona.

Wczoraj zadzwoniłam do niego, bo byłam ciekawa pewnej sprawy, która ma miejsce w jego życiu. Sporo o tym mówił i żyje tym ostatnio więc zwyczajnie z życzliwości chciałam zapytać co słychać. Przegadaliśmy przeszło godzinę. Jak zwykle fajnie się rozmawiało i o różne wątki zahaczało i niekoniecznie mu się spieszyło żeby kończyć. No tak, ale to ja zadzwoniłam, a nie mam do niego darmowych minut. Jeśli on już łaskawie zadzwoni to rozmowa jest krótka. Kolejny dowód, że chytry. Z daleka, przez telefon pozwolił sobie nawet zaczepić o wątek seksualny, co zarejestrowałam natychmiast i nawet mnie trochę speszył, bo nie spodziewałam się. Dotyczył on nie tyle mojej osoby, ile mojego zdania na pewien temat, a jednak mnie zatkało, bo nie jestem przyzwyczajona rozmawiać z nim o seksie. I śmiał się figlarnie, co było całkiem dla niego nietypowe. Nie wiem, czy śmiał się z mojego zakłopotania, czy z odpowiedzi, którą znał, a ja nie miałam odwagi jej udzielić bezpruderyjne. Łobuz, ale to mi się spodobało. Jakaś malutka nadzieja, że może nie jest taki bezpłciowy, jak mi się wydaje. Najgorsze jest to, że jak ja go nie sprowokuję, to on mógłby się odzywać raz na miesiąc.

Potrzebuję podpowiedzi, jak postępować z takim mężczyzną. Głupia już jestem. Mam więcej ducha walki w sobie niż on więc jeszcze się nie poddałam. Nie widzę żeby mu to był niemiłe, nie broni się, jedynie obojętnie reaguje. Czyli nie wiem czy coś kuma? Muszę to tak rozgrywać, żeby nie zdawał sobie z niczego sprawy. Osaczyć zwierza :) Co to to nie, podrywać go wprost nie mam zamiaru. Nie zasługuje na to. Zachowuje się tak jakby faktycznie nie miał świadomości moich zamiarów, ale może udaje?

Na świecie terror, a mnie głupoty w głowie.

Tak sobie myślę, że może powinnam coś mądrego napisać, żeby nie wyszło, że mi tylko romanse w głowie. Jednak rozmyśliłam się, bo nie w tym celu ten blog założyłam. Powagi w życiu mam aż nadto i rozmów i przemyśleń też. Polityką wprawdzie się nie interesuję, ale sprawy tego świata nie są mi obce. Tu mam sobie marudzić, bo gdzie jak nie tu. A zatem wracam do ulubionych wątków.

Po pierwsze denerwuje mnie trochę koleżanka, którą bardzo lubię. Za większość cech ją lubię, ale ma jednak i takie, które mnie irytują. Wiem, nie ma ideałów. A jednak. Robi coś dobrego, ale tyle o tym gada na prawo i lewo, że zastanawiam się czym właściwie się kieruje. Cel wzniosły, ale trąbić o tym całemu światu? Chyba jej chodzi o reklamę siebie i pokazanie jaka to ona wspaniałomyślna. Ale wtedy jej czyn już przestaje być takim szlachetnym. W ogóle bardzo lubi robić szum wokół siebie, a jednocześnie nienawidzi pewnej koleżanki, która ma podobne zachowania. W większości jej działań widzę wyrachowanie i interesowność. Wszystko co robi musi być nagłośnione i mieć audytorium. Każdy swój czyn potrafi odpowiednio dowartościować a nawet przewartościować i nawet bzdura urasta w jej wykonaniu do wielkiego przedsięwzięcia, za które należy jej się chwała i cześć. Czasem się zastanawiam, czy uważa innych za idiotów, którzy uwierzą w to co mówi. Nieraz próbuję ją sprowadzać na ziemię i póki co nie obraża się, ale uważa wtedy, że mam gorszy dzień skoro mnie irytuje jej zachowanie. I dalej robi swoje. Najbardziej denerwują mnie sprzeczności pomiędzy tym co mówi, a tym co robi. Reszta jest ok.

Miało być coś na „po drugie”, ale odechciało mi się pisać. Chyba się trochę nakręciłam pisaniem o koleżance i przypomniało mi się sporo denerwujących sytuacji, a nie chcę rozpamiętywać.

Jestem rozdrażniona i mogę być złośliwa. Różne powody tego stanu chodzą mi po głowie, ale idąc dziś rano do pracy i jak zwykle rozmyślając o życiu stwierdziłam, że chyba to brak seksu. Cholera, potrzebuję faceta i nie ma co owijać w bawełnę. Dawniej tak nie miałam, a teraz tak. Coś mi się porobiło. Muszę nazwać rzecz po imieniu. I nie wiem jak ten problem rozwiązać. Im dłużej, tym gorzej. Jakiś sport uprawiać, albo co? Jakieś generalne porządki? Normalna ludzka potrzeba, a nie mogę jej zaspokoić. Wiele lat temu wyśmiałabym każdego kto by mi powiedział, że tak będę mieć. Nienawidziłam seksu i miałam swoje powody. Mógł nie istnieć. Odkryłam go na nowo po 40-ce i od tej pory potrzebuję. Z A. było cudownie i to jego zasługa, że przełamałam opór i poczułam się znowu jak kobieta. Ale A. już nie ma, a z kimkolwiek nie potrafię i nie chcę. Gdyby tylko o to chodziło, wystarczyłoby nawiązać kontakt choćby z PM. Byłby szczęśliwy. Ale nie chcę z PM. Na dzień dzisiejszy, myśląc w sposób wyrachowany, w grę mógłby wchodzić JS i M. No, nie do końca w sposób wyrachowany, bo przecież jeden i drugi jest mi bliski. Jednak JS jest daleko i w dodatku wciąż obrażony. A on byłby w tym temacie pewniejszy i bardziej zdecydowany. Jestem pewna, że gdyby doszło do spotkania, nie bałby się zmierzać do celu. Nie raz prowadziliśmy rozmowy na ten temat i nie mam wątpliwości, że obie strony byłyby zainteresowane i miały z tego przyjemność. Z M. to inna sprawa. Niby na wyciągnięcie dłoni, ale nie zainteresowany. I to mnie strasznie męczy. Jest facet, jest blisko, lubię go, lubi mnie, spotykamy się, a jednak… No właśnie. Czasem myślę, że wolałabym go nie znać, bo chyba bardziej się męczę z jego powodu. Jest, a nie mogę go mieć. Mnie skręca, a on zimny. I to zastanawianie się – dlaczego? Dlaczego nie chce niczego więcej? Dlaczego jest taki poprawny? Czy chodzi o mnie, czy o niego? Żeby młody facet był taki oporny? Musi być coś nie tak, ale wcale mi z tego powodu nie jest lepiej. Wręcz przeciwnie, bo tracę nadzieję…. Trudny jest los kobiety rozbudzonej, trudny jest los kobiety samotnej.

Dziś trochę nie mój wpis, ale dla mnie.

Ponieważ ostatnio nie jestem w zbyt dobrej formie, poszukuję sposobu aby sobie pomóc. Nie chcę tego stanu. Nie chcę się dołować. Nie chcę być smutna. Nie chcę myśleć o moim życiu tak jak myślę. Nie chcę się poddawać. Nie chcę żałować. Nie chcę się nakręcać. Ale brak mi sił, motywacji? A pomóc mogę sobie tylko ja sama. Dopiero potem inni.

Znalazłam parę rad na stressfree. Jeśli dobre, to czemu ich nie stosować?

Kształtujemy nasze życie i powinniśmy mieć tego świadomość! Krok po kroku wprowadzajmy więc zmiany, by zapewnić sobie lepszy jego komfort.

1) Nie jestem śmietnikiem. Zwracaj uwagę na to, co jesz i jak jesz. Pamiętaj o zdrowym, pożywnym śniadaniu i wyznaczeniu godziny, po której wieczorem nie dasz się już skusić na przekąski. Jedzenie ma dawać siłę, energię do działania, pomagać utrzymywać organizm w odpowiedniej formie fizycznej oraz psychicznej. Oczywiście aspekt wizualny i smakowy również ma znaczenie - i warto o niego zadbać. Nie rzucaj się jednak na puste kalorie – to strata pieniędzy, zdrowia oraz frustracja wywołana podnoszeniem się wskaźnika na wadze.

2) Strzelam do czarnych myśli. Bywa, że zadręczamy się czymś, na co nie mamy wpływu lub martwimy rzeczą, która wcale nie musi się wydarzyć. Nasz organizm trwa w stanie napięcia, pojawiają się problemy ze zdrowiem, wybuchy złości, a życie zaczyna jawić się, jako nieskończone pasmo udręk. Wyobraź sobie, że każda taka czarna myśl fruwa po twojej głowie… im ich więcej, tym trudniej dojrzeć pozytywne aspekty życia… Nie możesz na to pozwalać. „Strzelaj” do każdej z nich, gdy stylo się pojawi – myślą optymistyczną… walcz o utrzymanie tej myśli.

3) Potrafię i chcę się dzielić. Być może o tym zapomniałeś, ale pomaganie innym potrafi wyzwalać w nas niesamowite pokłady radości i czynić nas samych lepszymi ludźmi. Więcej o tym w artykule: Radość dzielenia się, czyli jak i dlaczego warto pomagać innym? oraz Jesteś dla mnie ważny! Oto czas dla Ciebie!

4) Jestem dla siebie życzliwy. Kiedy ostatnio pomyślałeś o sobie coś dobrego? A może częściej kierujesz względem siebie wyrzuty? Lecą epitety, niekoniecznie mające z życzliwością cokolwiek wspólnego? Duma bez dna i postawa „co to nie ja” to jedno – a życzliwy obraz samego siebie, to coś zupełnie innego. Nie niszcz sam siebie, podkopując swoje własne poczucie wartości. Dostrzegaj w sobie dobre strony, starania, włożoną w coś pracę… (nawet jeśli zdarzają się porażki). Analizuj wydarzenia nie po to, by wpędzać się w poczucie winy i przypinać łatkę „skończonego idioty/idiotki”, lecz by uczyć się na błędach.

5) Nawyk to nie wyrok. Nasz styl życia opiera się często na różnych nawykach, niekoniecznie dobrych. Warto się im przyjrzeć i wyeliminować te, które niekorzystnie na nas wpływają. 10 nawyków, które warto wyeliminować z życia

6) Umiem wysłuchać. To bardzo trudna sztuka, bo często sami wolimy mówić, niż poświęcić czas i uwagę na wysłuchanie drugiej osoby. Bywa, że jesteśmy rozkojarzeni, wchodzimy komuś w zdanie, rzucamy setką dobrych rad…, a następnie rozpoczynamy monolog o własnych problemach lub chwalimy się osiągnięciami. Jeśli chcemy mieć dobre relacje w rodzinie, z bliskimi nam osobami ćwiczmy się w cierpliwym, uważanym słuchaniu.

7) Trenuję oddech. Wydawać by się mogło, że każdy z nas wie jak prawidłowo oddychać, bo przecież robi to od momentu pojawienia się na świecie. Nic bardziej mylnego… Zajrzyjcie do Oddech, emocje, stres – naczynia połączone oraz Oddech – najtańsze „urządzenie” do redukcji stresu!

8) Potrafię odmawiać i wyrażać własne zdanie. Chciałeś powiedzieć NIE, ale „nie pasowało”. Dlaczego? Zastanów się, dlaczego tak często to „NIE” z takim oporem lub wcale nie przechodzi ci przez gardło? Przecież wszystko w tobie wyraża sprzeciw, a postępujesz zupełnie wbrew sobie… Warto nad tym popracować, by móc żyć w zgodzie z samym sobą. Wyraź swoje zdanie – odkryj w sobie asertywność!.

9) Nie pędzę na oślep. Znasz swoje priorytety, cele? Czego oczekujesz od życia, jakie chciałbyś, żeby było? Nie mając świadomości tego, bardzo łatwo obudzić się po latach i uzmysłowić sobie – „Gdzie ja jestem? To nie miało tak być”. Sens życia – kto ma czas o tym myśleć? Jeśli również tego czasu nie miałeś do tej pory, warto teraz go znaleźć. Możecie również przyjrzeć się swojemu stosunkowi do pracy - Po co pracujemy? Sens pracy i jego twarze

10) Przełamuję swój strach. Strach paraliżuje wiele naszych decyzji, staje na drodze szansom i możliwościom, jakie stawia przed nami życie. Staraj się przed każdym wyborem zastanowić się, czy aby nie kieruje tobą wyłącznie bezpodstawny strach? Jeśli jest tak w rzeczywistości… może warto zaryzykować i powiedzieć TAK?

Zmieniajmy to, co zmienić możemy. Upraszczajmy to, co da się uprościć. Świadomie i odpowiedzialnie dokonujmy wyborów drogi życiowej, biorąc pod uwagę własne priorytety i wartości. Nie utrudniajmy sobie życia „na własne żądanie”. Dbajmy o siebie i współpracujmy z życiem przy pisaniu naszego scenariusza – niech będzie długi, pełen wartości, radosnych chwil oraz optymistycznych zwrotów sytuacji.

Prawie wiosenne planowanie wakacji.

Zaklepałyśmy dzisiaj pokój na wakacje. A co. Kto pierwszy, ten lepszy więc mamy fajny pokój na całe dziesięć dni. Dziesięć dni chodzenia po górach. Wspaniale. Już tęsknię. Tam zapomnę o całym świecie. Tam będę przeżywać estetyczne orgazmy, jak to mówi mój kolega, zapalony włóczęga. Potrzebne mi orgazmy, jakiekolwiek :) Ale te górskie absolutnie nie zamiast tych innych. Te górskie są wyjątkowe. Te przepiękne widoki z góry, ten majestat, ta przestrzeń, wiatr we włosach, szybki oddech, pot na plecach, adrenalina. Wspaniałe uczucie. Tam bardziej czuję boga niż w kościele. Tam mam chęć się modlić i dziękować za cud stworzenia. Muszę tylko odpowiednio się wyposażyć. Nowe buty, bo kupione rok temu trochę za małe, kijki, plecak i kurtka. Wszystko to mam, ale potrzebuję lepszych. W miarę jedzenia rośnie apetyt i chciałabym się czuć profesjonalnie. Mam trochę czasu, ale już postanowiłam zacząć gromadzić potrzebne rzeczy. No i trenować trzeba żeby się rozruszać i zadbać o kondycję. Po zasiedziałej zimie czas na ruch. Chce mi się wędrówek a mam piękne trasy w moich stronach. Nawet  w mieście mogę uskuteczniać małe „górskie” spacery.

Poza tym jestem trochę zmęczona i to mnie denerwuje. Nie czuję się jakoś najlepiej ani fizycznie, ani psychicznie. Niby mi nic nie dolega, ale coś jest na rzeczy. Mam nadzieję, że to po zimie i minie. Może powinnam zrobić badania? Gdzie moja świetna forma z jesieni? Pogoda marcowa też jest nie najlepsza i bardzo męczy. Najtrudniej znoszę właśnie te najładniejsze dni z ostrym słońcem. Słońce, które tak kochałam teraz mnie osłabia, męczy i obnaża wszystko to, co chciałoby się ukryć. Raduje i smuci. Dziwne.

I jeszcze ten upływający czas. Mam wrażenie, że jeszcze bardziej przyspieszył i wyciska piętno na moim ciele. Tak trudno się z tym pogodzić. Tyle zabiegów trzeba. A słońce nie pomaga.

Zauważyłam, że mam powodzenie u panów 60+. Bezczelni :) Jestem tym zdruzgotana.

Bardziej optymistycznie, choć bez większych zmian.

Weekend mija i nawet nie był taki zły. Stwierdziłam jednak, że muszę nad sobą popracować i to na różnych platformach. Po pierwsze, gimnastyka, bieganie itp. żeby wszystko było na swoim miejscu. I to od dziś, ale nie wiem jak to będzie, bo aktualnie popijam grzańca, a po nim to mi się zwykle chce spać. Czyli od jutra. Poniedziałek to dobry dzień na rozpoczynanie tego i owego. Po drugie, zmiana w myśleniu na temat siebie. To nie będzie łatwe, ale dzisiaj jakieś światełko w tunelu się pojawiło i jak tylko nie zgaśnie to będę za nim podążać. Broń boże nie dosłownie.

Narobić się nie narobiłam, bo ja od pewnego czasu prezentuję w kwestii prac domowych skrajny minimalizm. No bo mama i tak póki co jest królową więc niech panuje jak najdłużej. W ogóle mnie to nie kręci od kiedy nie mieszkam u siebie. Zresztą czy ja kiedykolwiek mieszkałam u siebie? Może mi się to wszystko śniło? W każdym razie wraz z powrotem do muzeum złych wspomnieć czyli mojego rodzinnego domu, odechciało mi się. A mama mnie skutecznie zniechęca, bo narzuca swoje rytuały, których nie pojmuję i  z którymi się nie zgadzam, ale że nie jestem u siebie to robię co konieczne i milczę. Mamy się nie zmieni więc dlaczego ja mam się zmieniać. W sumie to obie już się dotarłyśmy, tyle że jej się wydaje, że ja już uległam, a ja wciąż wierzę, że jeszcze będę na swoim. Ale zrobiłam wczoraj pyszną zapiekankę na obiad i w dodatku improwizowaną.

Wieczorkiem, a właściwie późnym popołudniem wybrałam się do kawiarni z nie-przyjaciółką. Weekend bez wyjścia z domu jest smutny. Kto by pomyślał, że tak mnie będzie nosiło. Kiedyś typowa domatorka, a teraz w domu mi się przykrzy. Inna sprawa, że nikt mnie tu nie odwiedza, dlatego wolę wychodzić do ludzi. Jeden dzień mogę wytrzymać, a potem mnie ciągnie w świat. Pogadałyśmy, wypiłyśmy piwo, zapaliłyśmy i było nawet sympatycznie. Lepiej niż gdy jestem u niej. Grunt neutralny chyba lepiej nam służy.

Wcześniej korzystając z okazji, że się odezwał, próbowałam wyciągnąć na kawę M. Naiwna. Oczywiście wykręcił się grzecznie. Znowu się wkurzyłam. Potem chyba jednak sumienie go ruszyło i zaproponował na dzisiaj pewien wyjazd. Randką bym tego nie nazwała, absolutnie. Raczej z poczucia winy, zmobilizował się do pewnej przysługi, którą mi obiecał wcześniej. Niech będzie. Zauważyłam u niego kolejną prawidłowość. Nie lubi wychodzić z domu, unika spotkań na gruncie prywatnym, a woli na swoich warunkach bardziej formalnych. Zatwardziale trzyma dystans. Coś jest na rzeczy. Wciąż nie wiem co. Zastanawiam się czy nie szukać dojścia do jakichś jego znajomych, żeby się dowiedzieć czegoś o nim. Spędziliśmy z sobą ze cztery godziny, jak zwykle sympatyczne i jak zwykle bezpłciowe. Ale dzisiaj zauważyłam, że ma ładne niebieskie oczy. Takie błękitne. To tyle w tym temacie. Wciąż jesteśmy kumplami. Nie istnieję dla niego jako kobieta :(

JS milczy. Urażona ambicja pewnego siebie samca?

A może to przesilenie wiosenne, zimowe czy jakieś tam?

Dziś nie jest specjalnie lepiej. Jestem wciąż smutnawa i jakaś podenerwowana. Dziewczyny w pracy twierdzą, że to pewnie trudne dni. Fakt mam. Chodzę jak osa i uprzedzam, że mogę żądlić. I jeszcze złamałam sobie paznokieć. Paznokcie szczęścia nie dają, ale mam wyhodowane długie i pomalowane na niebiesko, a teraz jeden nie pasuje. Przeżyję to.

Dziś znowu piękny wiosenny dzień. Skończyłam pracę trochę wcześniej niż zwykle i nie chciało mi się wracać od razu do domu. Przeszłam się więc do galerii w centrum miasta, pooglądałam co ciekawego w sklepach i wciąż niezbyt radosna, ale dumna z siebie, że niczego nie kupiłam, wróciłam do domu. Wystarczy, że w niedzielę kupiłam sobie na Dzień Kobiet bluzkę i naszyjnik. Dzień Kobiet minął, zaczął się rok mężczyzn, jak to mówi mój syn :) Z tego wszystkiego zapomniałam, że dzisiaj Dzień Mężczyzny. A przecież w pracy obdarowałyśmy upominkami i wyściskałyśmy naszych panów. A jednak ja o moich mężczyznach zapomniałam na amen. Naprawdę coś ze mną nie tak. Przypomniałam sobie po południu i czym prędzej wysłałam sms-y. Lepiej późno niż wcale. Trzech odpowiedziało, czwarty milczy, a piąty siedzi w pokoju obok i pałaszuje smakołyki, które dostał aż mu się uszy trzęsą. Jemu dużo nie trzeba :)

Wczoraj wieczorem odezwał się w pewnej formalne sprawie M. Ponieważ wiadomo jaki miałam humor więc trochę się poużalałam, ale niestety bez żadnej reakcji z jego strony. A tak chciałam, żeby choć jedno dobre słowo przesłał. Cokolwiek. Gdzie mój A? On by natychmiast wyczuł, że mi smutno i potrzebuję wsparcia. Wkurzyłam się w końcu, a że już byłam wcześniej nakręcona, wiele nie potrzebowałam. Dałam mu do zrozumienia, że jest trudnym facetem, brak mu empatii i zwykłych ludzkich odruchów. A on co? Nic. Po wymianie kilku sms-ów, jego zimnych, moich żalących i ochrzaniających nastała cisza. Ani odczep się, ani jutro będzie lepiej, ani to nieprawda, ani dobranoc. Przysłowiowe ani be, ani me, ani pocałuj mnie w d…. . Wkurzyłam się jeszcze bardziej. Co za gbur. Jak się z kimś kończy rozmowę to się pisze pa, cześć itp, a nie nie odpowiada. Poszłam spać jeszcze bardziej rozżalona i żałowałam, że w ogóle pozwoliłam sobie przed nim okazać, że mi źle. Znowu mnie zawiódł. Zimny drań. Jeszcze się zastanawiałam czy aby się nie obraził za te moje docinki. Rano już trochę na spokojnie stwierdziłam, że czego ja właściwie od niego oczekiwałam. Czyż nie sprawdziłam już kilkakrotnie, że tak się właśnie zachowuje? Czy to dla mnie nowość? Czy to jego wina, że ja wciąż próbuję coś z niego wykrzesać, a on się nie poddaje, bo nie potrafi albo najzwyczajniej nie chce? A ja się wkurzam na własne życzenie. Powinnam być zła sama na siebie. Stwierdziłam, że te moje wczorajsze sms-y były bez sensu. Czepiam się faceta, który zachowuje się nie tak jakbym tego chciała, ale przecież konsekwentnie. Oczekuję od niego czegoś czego on nie czuje i nie chce, a potem się wściekam. Robię z siebie idiotkę, bo on nie widzi we mnie kobiety. Może nawet w żadnej kobiecie nie widzi kobiety. Może go wystraszyłam tymi wczorajszymi sms-ami. Przypomniałam sobie, jak opowiadał, że kiedyś jakaś kobieta chyba się w nim zakochała i prześladowała go telefonami, sms-ami itp. Dłuższy czas nie mógł się od niej uwolnić i twierdził, że chyba miała z głową coś nie tak. Hmmm, tego to ja nie wiem. Może miała, może nie miała. Może zwyczajnie zaangażowała się, a on był taki jaki jest w stosunku do mnie, czyli kumpelsko obojetny. Nieważne. Pomyślałam sobie, że nie chciałabym żeby potem o mnie tak myślał i gadał. Wysłałam mu więc dzisiaj krótkiego sms-a z przeprosinami za wczoraj i wytłumaczyłam, że miałam zły dzień i tyle. Tym razem odpisał, że jest ok i on to rozumie, bo też mu się zdarza. I dobrze. A ja mam nauczkę, żeby wreszcie dać sobie z nim spokój. Na przyjaciela też się nie nadaje i już. Zrozum to wreszcie kobieto. To do mnie.

Hormonalna huśtawka nastroju, czy po prostu smutek?

Smutno mi coś. Dzień był dziś taki piękny, wiosenny i w sumie ok, a jednak nie mam nastroju. W pracy było całkiem przyjemnie, koledzy zachowali się fajnie, złożyli nam życzenia, wręczyli bukiety tulipanów i przynieśli tort. Było bardzo miło. Wczoraj prawie cały dzień spędziłam w domu. Dostałam życzenia i prezencik od synka, sms-y z życzeniami od wszystkich mężczyzn, na których liczyłam, ale to nie to co na żywo. JS spełnił grzecznie swój obowiązek i nadal milczy obrażony. Nawet dziki M. przesłał życzenia, czym mnie mile zaskoczył, bo sądziłam, że się nie odważy. Jednocześnie ulżyło mi, że jednak trochę o mnie pamięta. Brakuje mi rozmowy z JS. Brakuje mi pogaduch z M. Nikt mnie nie potrzebuje. W dodatku wracając dziś z pracy zauważyłam przejeżdżającego M. On też mnie dostrzegł. Przesłaliśmy sobie szybkie uśmiechy i machnięcia łapkami i od tego momentu zrobiło mi się smutno. Głupia jestem i tyle. I mam ochotę na papierosa, albo wino. A właściwie to na jedno i drugie. I chyba to zrobię i pójdę spać. Mam w nosie wszystkich facetów tego świata, którzy mnie nie chcą i w nosie tych, których ja nie chcę. W ogóle powinnam przestać o nich myśleć i o tym, że ich potrzebuję i skierować energię na coś innego, bardziej pożytecznego. Wszystko przez A. Znowu za nim tęsknię, a powinnam go nienawidzić. Gdyby był, nikt inny nie byłby ważniejszy od niego. Gdzie jesteś? Czemu muszę sobie zaprzątać głowę jakimiś zastępczymi typami, gdy żaden z nich nie jest nawet w części podobny do Ciebie? Kogo oszukuję? Siebie, żeby nie myśleć, żeby nie tęsknić, żeby nie pamiętać. Każdy z nich jest zamiast. Wystarczy, że znikną, a moje myśli znów biegną do A. Nawet gdy są, moje myśli biegną do A. Przypominam sobie, porównuję. Sześć lat temu…. Jak znieść te wiosny. Tak chciałabym poczuć swoje dłonie w jego dłoniach. Tak chciałabym się przytulić i pomilczeć w jego ramionach. Nic więcej. Tylko żeby był.

Dzień Kobiet bez mężczyzny.

Nie lubię takich świąt, nawet jeśli wraz z koleżankami udajemy, że nam jest dobrze i możemy się bawić same. Niby nie przykładam wielkiej wagi do tego, a jednak gdy widzę jak mężczyźni w różnym wieku biegną z tulipanami czy różami do swoich kobiet to mi trochę smutno. Wiem, wiem, oni mogą biec i do swoich matek, sióstr czy ciotek, ale wyobraźnia działa i uprzykrza ten dzień. Lepiej jak wypada w dniu roboczym, ale tym razem jest akurat w weekend i jakoś go muszę przeżyć. Wczoraj byłam z tej okazji na babskim meetingu w restauracji. Bawiłyśmy się świetnie i wróciłam zadowolona i zrelaksowana, ale to było wczoraj, a dziś jest sobota i nie mam co ze sobą począć.

No więc rozmyślam o tym i owym. Aktualnie o mojej koleżance i o tym, jak ona bardzo dba o swój wizerunek, jak ją nosi i nie potrafi usiedzieć w domu i jak krytykuje niektóre koleżanki za to, że wyglądają staro lub nie stosują specjalnych zabiegów aby się odmłodzić, a do tego spędzają czas w nudny domowy sposób. I tak sobie myślę, że ona nie ma racji. One nie tyle o siebie nie dbają co akceptują swój wiek w sposób naturalny i nie starają się tak bardzo zatrzymać czasu. I wcale nie wyglądają staro, tylko tak jak się wygląda w ich wieku. Spędzają czas w domu z najbliższymi, nie biegają po kawiarniach, bo mają udane życie rodzinne i nie muszą wypełniać w taki sposób swej samotności, ani na siłę poszukiwać towarzystwa. Nie muszą za wszelką cenę starać się wyglądać młodziej bo maja swoich partnerów, z którymi od lat wspólnie spędzają życie. A moja koleżanka, która chlubi się swoim wyglądem i aktywnością towarzyską, po prostu robi to z konieczności, determinacji i potrzeby wypełnienia czasu i ułożenia sobie życia, aby nie zostać samą. Wiem, co piszę, bo ją dobrze znam i sama doświadczam czegoś podobnego. Ubolewam nad zmianami w moim ciele, staram się wyglądać młodo, źle mi w domu i chciałabym zwłaszcza w weekendy jak najmniej w nim przebywać, ale to wszystko z samotności. Czy przeżywałabym upływający czas tak samo, gdybym miała normalną rodzinę, udane małżeństwo? Chyba nie. Zawsze byłam domatorką. Wcale mnie nie nosi po świecie i wolałabym spacery, czy wspólny czas we dwoje lub z najbliższymi. Nie stresowałabym się tak tym, że już nie jestem już taka młoda, bo nie myślałabym o sobie jak o kobiecie, która poszukuje partnera i w związku z wiekiem ma coraz mniejsze szanse być atrakcyjną dla mężczyzn. Dlatego nie przypisywałabym tej mojej koleżance takich wielkich zasług i przy najbliższej okazji zwrócę jej na to uwagę, bo przy całej sympatii do niej, drażni mnie jej postawa w tej kwestii i bezkrytyczna ocena innych. Koleżanki, które tak krytykuje wcale nie wyglądają staro. Wyglądają i dbają o siebie tak jak inne kobiety w ich wieku, które nie muszą udawać młódek. A ona z kolei, często przesadza w samochwaleniu siebie, ujmowaniu sobie lat i ubiorze czasem wręcz niesmacznym. Niby jej sprawa, ale jeśli ocenia i krytykuje innych…. ?

M. od czasu do czasu napisze sms-a, ale takiego kumpelskiego więc tak jak sobie obiecałam już nie będę jakoś specjalnie o niego zabiegać. Myślę, że on jest jakiś inny i nie chodzi o to, że akurat mnie nie podrywa. On w ogóle nie mówi o kobietach tak jak inni mężczyźni i nie zachowuje się wobec nich jak typowy facet  i sama nie wiem, ale wydaje mi się, że coś z nim nie tak. Zero zainteresowania kobietami. Chyba zero, wszystko na to wskazuje.

Z JS ostatnio trochę się pokłóciłam. Może za dużo powiedziane, ale zaistniała pewna sytuacja, która wpłynęła negatywnie na nasze relacje.

No więc, czy pisałam już, że nie lubię Dnia Kobiet?