Cały czas do przodu i trochę do tyłu.

Jutro już maj. Kwiecień się kończy za 2 godziny. Za mną wydarzenia, które mnie stresowały. Ten tydzień był bardzo intensywny, ale i bardzo udany. Dałam radę i to podwójnie. Wszystko ok tylko jakoś nie zdążyłam się nacieszyć widokiem rozkwitającej wiosny. Wprawdzie zauważyłam moje ukochane mniszki w bujnej wiosennej trawie i wypatrzyłam parę razy kosa wyśpiewującego na czubku drzewa, ale tak jakoś mimochodem. Nie miałam czasu napawać się urokiem budzącej się do życia natury. Cały czas biegiem. Doba wypełniona po brzegi. Kwiecień był bogaty w wydarzenia i zleciał nie wiadomo kiedy. Z jednej strony dobrze, bo mam już za sobą to co mnie stresowało, ale z drugiej strony przeraża mnie upływający czas. Czas wypełniony przede wszystkim pracą. Aż się boję jak sobie poradzę gdy nadejdzie urlop. Zazwyczaj wystarcza mi jeden dzień lenistwa i zaczynam wariować w domu. Ale to nie pracoholizm. To ucieczka przed samotnością. Jutro zaczyna się majówka. Niby staram się nie marudzić, ale trochę mi smutno. Pamiętam jak 6 lat temu byłam zakręcona. A dzisiaj nic się nie dzieje. Wmawiam sobie, że nikogo już nie chcę i nie będę robić nic na siłę, ani o nikogo zabiegać. Co ma być to będzie. Mam pracę, mam dzieci, mam znajomych, swoje plany. Tę majówkę spędzę po swojemu. Będę odsypiać, nadrabiać zaległości filmowe, odwiedzę koleżankę, z drugą już się umówiłam na alkoholizowanie i plotki, no i będę jeździć. Muszę zacząć jeździć sama.

Trochę myślę o A. Już nie boli, ale żal jest nadal. Żal i niepewność. Co to właściwie było i czy rzeczywiście było? Rozum próbuje przeforsować swoje teorie i coraz częściej pozwalam mu na to choć serducho z nim walczy. Rozum zaczyna wygrywać. Wiosna, maj, kosy, mlecze, forsycje. Kurcze, i pięknie  i boli. Chyba sobie zapalę. A może i wina się napiję. Lampkę tylko.

Zdominowana i chyba zmęczona, ale cały czas do przodu.

Tak, na pewno ten ostatni rok był i wciąż jest intensywny i to na własne życzenie. Dużo więcej pracy, obowiązków i stresu, mało czasu dla siebie i kontakty ze znajomymi, kurs na prawo jazdy, egzaminy i mnóstwo adrenaliny, poszukiwanie auta i wreszcie ujeżdżanie mojego mustanga, nauka samodzielności na drogach i masa rozmaitych emocji od przerażenia i płaczu po radość. Jak dla mnie sporo, a nie mam dwudziestu lat. Czuję się zmęczona i czekam na majowy weekend. Jazda własnym autem wciąż doskonalona. Codziennie ćwiczę kursując po mieście, ale na razie z synem obok, bo nie mam odwagi wyruszyć w drogę sama. Zdarzają mi się rozmaite wpadki, ale praktyka czyni mistrza i z dnia na dzień nabieram pewności siebie i wyczuwam własne auto. Nie poddaję się choć dużo mnie to kosztuje, ale przecież tak chcę jeździć i cały mój dotychczasowy wysiłek nie może pójść na marne. Ze strony najbliższych trochę jestem dołowana, bo syn za bardzo się czepia, próbuje przeforsować swoje techniki i trochę mnie pogania na drodze, a mama nie ma zielonego pojęcia o prowadzeniu auta oraz zero zrozumienia dla mojego stresu, ale za to w komentowaniu moich umiejętności i obaw jest mistrzynią. Gdyby nie znajomi z prawem jazdy z różnym stażem, ich doświadczenia i opowieści o dawnych problemach gdy zaczynali przygodę z jeżdżeniem, a także swoich obecnych słabościach i niepewnościach, myślałabym, że jestem ostatnią sierotą i może w ogóle się nie nadaję do tego. Na szczęście, gdy ich posłucham robi mi się lepiej na duszy i myślę sobie wtedy, że nie jestem sama i dam radę tylko muszę dużo jeździć..

Z M. ćwiczyłam w weekend. Z nim jest fajnie i spokojnie, ale właściwie tak samo jak na nauce. Wszystkiego pilnuje, przypomina zawczasu, prowadzi, wydaje polecenia więc jestem mało samodzielna. Dlatego stwierdziłam, że ok, jeszcze z nim z raz w tygodniu pojeżdżę, ale więcej muszę z synem, choć ten mnie trochę denerwuje mądralowaniem. Jednak z synem jestem zdana bardziej sama na siebie więc mój mózg paruje od myślenia, obserwowania, analizowania i gdy wracam do domu z godzinę dochodzę do siebie. Ale tak ma być. Mam jeździć sama.

M. to już mój dobry kolega. Ostatnio sporo mi się zwierzał i przegadaliśmy prawie tyle samo co i przejeździliśmy. Gadał więcej niż ja. Im bliżej się znamy tym chyba więcej dystansu do niego nabieram i coraz mniej mnie interesuje w kategorii relacji damsko-męskich. Właściwie chyba już wcale. Nawet chyba w drugą stronę zaczyna to działać. Lubię go, ale już inaczej. Fajnie z nim pojeździć, spotkać się, pogadać, pożartować, dobrze mieć jego wsparcie w sprawach samochodowych. Dobrze mieć w nim przyjaciela, bo to dobry facet.

Znowu lody przełamane i duch walki obudzony.

Tego mi było potrzeba. Jazdy z M. Rano na samą myśl, że mam na drogę wyjechać już mnie brzuch bolał i czułam się jakbym miała ponownie zdawać egzamin. Przyznałam mu się do tego na dzień dobry, bo cóż będę chojraka zgrywać jak za chwilę przeżyję sromotną porażkę i wstydu się najem. Przyjął spokojnie i powiedział to co i ja wiem, że problem tkwi w głowie i z tym trzeba coś zrobić,a zatem ćwiczenia i nabieranie pewności siebie poprzez ujarzmianie własnego autka. Na rozgrzewkę pojeździłam jego samochodem żeby sobie przypomnieć obsługę i jazdę po mieście. I najpierw byłam spięta, ale po pewnym czasie zaczęłam jazdę jak dawniej. Czułam się bezpieczna, bo on siedział obok, nad wszystkim czuwał i w razie czego miał te swoje pedały do reagowania, ale dbałam, żeby ich nie musiał używać. Potem przesiadka do mojego auta i najpierw proste ćwiczenia, a potem znowu w miasto. Tym razem stres znowu powrócił, bo wszystko u mnie jest inaczej, no i nie ma dodatkowych pedałków z boku, ale M. był bardzo spokojny, w porę coś niecoś podpowiadał lub uspokajał i po chwili zapomniałam, że nie jadę elką tylko moim autem. Było małe napięcie, ale wróciła przyjemność prowadzenia. I na koniec powiedział, że dobrze jeżdżę tylko muszę nabrać pewności i nie stresować się tak, bo stres mnie wybija z rytmu i wtedy robię błędy. To wiem. M. zdecydowanie bardziej mi służy niż mój syn, który mnie tylko dołuje, a poza tym nie mam przy nim tego poczucia bezpieczeństwa, bo on sam nie jest jeszcze niedoświadczony w tej kwestii, choć zdecydowanie zdolniejszy ode mnie, albo po prostu młodszy i tyle. M. był dzisiaj wspaniały i kochany, oczywiście z powodu roli jaką dziś dla mnie pełnił. Cała reszta bez zmian. Kumplowanie i tyle. Ale i tak go kocham za to, że mi tak pomaga. Dzięki niemu znowu uwierzyłam, że będę jeździć. Każdy nadaje się do czego innego. On w tej swojej roli jest naprawdę dobry i cieszę się, że na niego trafiłam. Do tego jest również życzliwy i pomocny bezinteresownie. I wiem o tym nie tylko ze swojego przykładu, a dzisiaj kilka razy zrobił mi pewne przysługi z własnej i nieprzymuszonej woli i w ogóle jest bardzo zaangażowany w pewne moje sprawy za co jestem mu naprawdę wdzięczna. Pewnie, że chciałabym żeby mnie choć trochę adorował, ale już się przyzwyczajam, że jestem dla niego fajną koleżanką, którą niewątpliwie lubi i przy której czuje się swobodnie. Więc przymykam oczy i czasem uszy na jego pewne zachowania i myślę, że dobrze go mieć za przyjaciela.

I gdzie ta wiosna?

Podobno z dnia na dzień ma być cieplej. Ciekawe? Śnieg nie pada więc jest nadzieja :) W pracy miałam dziś ciężki dzień i to podwójnie, ale zaliczone i jutro powinno być lepiej. Wracając minęłam się z M. Cieszył michę i machał łapą. Odmachałam i ja. To miłe. Ciekawe co on myśli na mój temat? Przypomniała mi się sytuacja, gdy kiedyś czekał na mnie w aucie. Obserwowałam go z okna szykując się do wyjścia i w pewnym momencie zauważyłam, że wyciągnął jakąś wodę i zaczął się pachnić. Rozbawiło mnie to i pomyślałam sobie, że to chyba dla mnie. Ale czy to miało znaczyć coś więcej niż to, że zwyczajnie chciał się odświeżyć? Wczoraj wieczorem dostałam od niego sms-a z zapytaniem o to jak minęły święta. Trochę jednak o mnie myśli, ale co, to już jego słodka tajemnica. Nadal nic a nic go nie rozumiem. Nie tak dawno rzucił tekst, w którym padło hasło „moja laska”. Byłam w takim szoku, że nawet tę „laskę” jakoś przetrawiłam choć nie lubię gdy dojrzały facet używa takich określeń. No chyba, że rzeczywiście nie jest nikim więcej niż tylko jakąś tam laską. W życiu nie słyszałam żeby kogoś aktualnie miał, nigdy nawet słowem nie wspomniał, zawsze dyspozycyjny i zawsze w pracy lub w domu. Jak się kogoś ma to się w pewnych sytuacjach o nim wspomina i jest się od niego w jakimś stopniu zależnym i lojalnym wobec niego. Mnie samej poświęcił sporo swojego czasu w dowolnych dniach tygodnia włącznie z niedzielami, w rozmaitych godzinach i miejscach i nigdy nie słyszałam, żeby choć raz coś mu nie pasowało z powodu innej osoby. Żeby choć raz o kimkolwiek wspomniał. Coś mi się nie widzi żeby kogoś miał. Co to miałby być za związek? W takim razie po co to powiedział? Nie mam pojęcia. Przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Albo chciał wzbudzić jakąś zazdrość we mnie i podnieść swoją atrakcyjność w moich oczach, albo chciał podtrzymać dystans, żebym nie wymagała od niego za dużo. Dziwny człowiek. Zaskoczył mnie jednak tym tekstem o lasce tak, że zapomniałam języka w gębie. Na szczęście aż tak bardzo mnie to nie ruszyło na obecnym etapie naszej znajomości i szczerze mówiąc jakoś to zignorowałam. Chyba nie do końca też uwierzyłam. Niech sobie zresztą ma kogo chce i niech będzie moim przyjacielem. Potrzebuję przyjaciela.

Medytacje pewnej kobiety niepewnej.

Jeszcze nie tak dawno cały świat chciałam zdobywać, a teraz jakby mi się skrzydełka połamały. Wciąż sobie muszę wmawiać, że dam radę, że nie wolno mi się poddawać, a mimo to, w środku czuję jakiś  niepokój i brak pewności siebie. Może mi się nie uda? Może się nie nadaję? Przede mną trudny miesiąc w pracy. Sporo się wydarzyło w ostatnim roku i chyba mnie zwyczajnie dopadło zmęczenie oraz skutki wcześniejszego stresu. Tyle mi się udało osiągnąć, a teraz dopada mnie zwątpienie. Boję się jeździć sama. Czuję jakiś strach jak na egzaminie i mam wrażenie, że wszystko zapomniałam. Boję się ruchu na drodze, skrętów, świateł, omijania, parkowania. Chyba wszystkiego. Co się stało z moją przyjemnością jeżdżenia? Trudno mi uwierzyć, że byłam wtedy taka wyluzowana, że sprawiało mi to taką niesamowitą frajdę, że mogłam jeździć godzinami, gadać i śpiewać,   że robiłam te wszystkie manewry. Jak to możliwe? Co się w takim razie stało, że teraz jest to dla mnie stres i nakręcam się nim, a potem robię głupoty, które jeszcze bardziej mnie wytrącają z równowagi i rozwalają pewność siebie. Boję się wyjechać na drogę. Boję się swoich reakcji, boję się o auto, boję się kolizji. Jak to pokonać? Tyle mojego trudu nie może pójść na marne. Przecież to moje marzenie. Tymczasem za kierownicę wsiada mój syn i świetnie sobie radzi, a ja siedzę obok. To moje auto i ja mam jeździć. To początek i mam nadzieję, że ten strach minie, ale muszę próbować coś z tym zrobić. Myślę, żeby pojeździć jeszcze z M., ale nie jego autem tylko moim. Muszę się z nim oswoić, muszę je poczuć. Boję się jednak, że w obecnej mojej kondycji tylko się skompromituję. Taka ogromna odmiana. Nie chciałabym żeby widział we mnie ostatnią sierotę i tępą strzałę. Poznał mnie jako waleczną i ambitną kobietę. Taką  mam być, a nie malutką, słabą i bojaźliwą dziewczynką. Bardzo dużo mi pomógł i jestem mu naprawdę wdzięczna. Wiem, że mogę na niego jeszcze liczyć. Relacje wciąż koleżeńskie i tutaj nic się nie zmieniło, ale niech będzie i tak. Potrzebuję go. Zresztą inna znajomość nie miałaby chyba sensu. Sporo nas różni i dzieli, coraz mniej mi imponuje. Są zachowania, które mi się w nim nie podobają. Nie wiem czy chciałabym być z takim mężczyzną. Mam mu sporo do zarzucenia choćby w sposobie obcowania z kobietami, ale jako koledze, mogę to odpuścić. On mnie też traktuje jak dobrego kumpla. I nie ma w tym żadnej przenośni, bo tak się właśnie przy nim czuję – jak kumpel. Nigdy nie byłam kumplem faceta, ale czemu nie? Zobaczymy jak długo będzie mi taka rola odpowiadać i jak daleko on się w tym kumpelstwie posunie. Trudno, to nie mężczyzna dla mnie, ani ja kobieta dla niego. Chciałabym mieć w nim jednak przyjaciela, tyle że przyjaciela delikatniejszego. Cóż, nie można mieć wszystkiego.