Czas niepokoju.

Za długo dobrze być nie może. Nie może i już. Po pierwsze ni stąd, ni zowąd ulubiona koleżanka dostała wypowiedzenie. Nie wiadomo dlaczego. Szok, że ludzie mogą być tacy bezwzględni, i że można z dnia na dzień potraktować człowieka jak niepotrzebny przedmiot i zastąpić go innym, bo na pewno w grę wchodzi jakiś znajomek szanownego prostackiego prezesa, który ma słomę w butach, ale wydaje mu się, że jest bogiem. Moja dyrektorka też nie lepsza, bo nie ma ani cywilnej odwagi wyrazić swojego zdania, ani empatii w przekazywaniu tak przykrych wiadomości. Mnie też zrobiła ostatnio niedźwiedzią przysługę i mam zamiar powiedzieć, co o tym myślę. Tak się nie traktuje swoich pracowników. Nie zasłużyłam sobie na to, ale cóż, skoro sobą pozwala manipulować i nie ma własnego rozumu, to podejmuje takie „mądre” decyzje. Moja sytuacja w pracy stała się na najbliższą przyszłość niezbyt stabilna i niepokoi mnie co z tego wyniknie. Gdybym była zbyt długo zadowolona pewnie by mi się w d…. poprzewracało. Czuję żal, złość, niepokój. Jutro pewnie w pracy nie będzie za sympatycznie.

Stchórzyłam.

Miałam dziś pierwszy raz pojechać zupełnie sama, bez żadnego anioła stróża i w ostatniej chwili zrezygnowałam. Strach mnie obleciał. To miała być krótka trasa, ale przewidziałam na niej tyle ewentualnych utrudnień, że złapał mnie nerw i stchórzyłam. Potem przejechałam ten odcinek z synem i jak zwykle z jednej strony mam dość jazd z nim, ale z drugiej są momenty, w których cieszę się, że jednak był obok. Znowu trafiłam na jakiś wypadek na drodze i musiałam jechać nietypowo, a w takiej sytuacji syn się przydaje, bo pomaga mi wycofać czy zmienić trasę. Takie sytuacje powodują jednak, że nadal boję się jeździć sama. Poza tym syn działa mi na nerwy jak chyba każdy facet, który siedzi obok prowadzącej kobiety. Tak marudzi, tak się czepia, tak mi miesza w głowie swoimi radami, że czasem już sama nie wiem czy mam jeździć tak jak mnie uczono na kursie, czy tak jak on mi podpowiada. Smark jeden, tak się mądrzy, że ja się nakręcam, a to powoduje, że nie jadę spokojnie i nie mogę spokojnie myśleć. I jeszcze się kłóci, że nie można mi nic powiedzieć, bo się zaraz denerwuję. Jak mam się nie denerwować skoro sama wiem, że zrobiłam coś nie tak i jestem zła na siebie, co widać i słychać więc jego mądrości są zbyteczne i dobrze o tym wie, ale nie może się powstrzymać. Widzę moje błędy, nie chcę ich popełniać, ale wciąż się uczę i do doskonałości droga daleka. Poza tym jego uwagi dotyczą często techniki jeżdżenia i nie mam pewności czy ma rację i czy muszę go słuchać. Za każdym razem obiecuję sobie, że już z nim nie będę jeździć, a potem ze strachu znowu go zabieram. Chciałabym mieć już za sobą ten etap. Wiem, że tak będzie i kiedyś będę wspominać te początki, ale na razie trudno mi w to uwierzyć.

Poza tym nastrój mam jakiś nieciekawy. W sumie to normalne u mnie w niedzielę, ale tym razem jakoś bardziej mi smutno. Coraz częściej myślę o tym, że niedługo będę mieć sporo wolnego i choć narzekam na zmęczenie pracą, trochę mnie to zaczyna przerażać. Co ja z sobą pocznę? Czym wypełnię nadmiar wolnego czasu? Znowu będę musiała walczyć sama z sobą i to zdecydowanie bardziej niż teraz. Ja ciągle walczę z sobą  - żeby się nie poddawać, żeby iść do przodu, żeby nie myśleć, nie rozpamiętywać, żeby szukać pozytywów, żeby nie dopuszczać złych myśli. Wolny czas najczęściej spędzam w domu, a w domu jest mi smutno. Z naszej trójki (ja, mama i syn) każde ma swój pokój, swoje zajęcia i swój sposób na wolny czas. Spotykamy się kilka razy na chwilę, a to w kuchni, a to przy posiłkach, a to w jakichś innych sytuacjach, a potem każde wraca do siebie. W sumie to normalne, bo przecież jesteśmy dorośli i nie wymagam żebyśmy z sobą przesiadywali cały dzień. Nawet tego nie potrzebuję. W tej chwili w domu panuje taka cisza jakby nikogo nie było. W tygodniu, gdy jestem po pracy, te 2-3 godziny samotności i czasu spędzonego z komputerem, moim wiernym towarzyszem, są dla mnie przyjemnością. Jednak w weekend zdecydowanie za dużo mam tego towarzystwa. Wtedy myślę sobie, że nie chcę tak żyć. Tak ma być już zawsze? I znowu pojawia się problem samotności. Tak mi z nią źle, a jednocześnie coraz częściej myślę, że tak już zostanie. To takie smutne. Człowiek nie powinien być sam. Jak mam jednak poznać kogoś sympatycznego, wartościowego i zainteresowanego mną? Gdzie szukać? Na portalach randkowych? Zniechęciłam się bo odniosłam wrażenie, że tam większość facetów udaje, a w rzeczywistości szuka głównie seksu. Fajni mężczyźni są już dawno zajęci. Wczoraj na spotkaniu klasowym byliśmy w klubie. Miałam okazję poobserwować ludzi, którzy się tam bawili. Panowie nie budzili mojego zaufania, a wręcz przeciwnie, denerwowali mnie. Byłam ze znajomymi, ale i tak czułam się jak towar podlegający ocenie tychże panów. Czułam się jak na targowisku. Wkurzało mnie to. Myślałby kto, rzeczoznawcy się znaleźli. Powinnam się chyba czuć wyróżniona, że jakiś łaskawca oko na mnie zawiesił i zatańczył ze mną. Nawet nie spytał czy chcę, tylko po prostu przejął w tańcu jak rzecz. A mnie to denerwuje. Lubię tańczyć ale albo ze znajomymi albo sama. Nie lubię jak mnie dotykają i obmacują obcy faceci. Nie mam na to ochoty, a im się wydaję, że na to czekamy. W takim miejscu na pewno nie dałoby się poznać nikogo fajnego. Nie lubię poznawać mężczyzn w taki sposób. I w sumie nie lubię takich miejsc. Wolę poznawać powoli, stopniowo, poprzez rozmowę poglądy, zachowanie. Bardziej tradycyjnie i za porozumieniem stron.

Nie chcę być sama. Chcę kochać. Chcę żeby mnie ktoś kochał. Tak jak A.

Spotkanie po latach.

Oj działo się, działo. I dobrze, że poszłam, bo naprawdę było sympatycznie i co najważniejsze naturalnie. Ludzie prawie się nie zmienili, a nie widziałam większości od matury. Aż dziw, bo wydawało mi się, że przez tyle lat musieli się zmienić. Ja zresztą też. A tymczasem jakbyśmy się rozstali wczoraj. Troszkę dojrzalsze twarze i nic więcej. Te same charaktery, usposobienia, zachowania, a nawet nawyki. Była wychowawczyni, której wiek sprzyja, bo moim zdaniem wygląda lepiej niż za naszych szkolnych czasów. Były wspomnienia, wymiana informacji, wygłupy, tańce. Nie wiadomo kiedy zleciał czas spotkania, a trwało w moim przypadku 5 godzin. Niektórzy jeszcze zostali, gdy wyjeżdżałam. Było świetnie i mamy nadzieję, że teraz to już będziemy się spotykać częściej. Kurcze, tyle lat minęło, a wczoraj poczułam się jakbym była w liceum.

Czy ktoś widział słońce?

Co za popaprana pogoda? Maj pomału mija, a ciepła i słońca jak na lekarstwo. I na dodatek pogoda w kratkę. Jak jednego dnia nadzieja na lato, to następnego zaraz chmury i deszcz. Diabli wiedzą jak się ubierać. Zazdroszczę koleżance, która wybrała się na urlop do południowego kraju. Przynajmniej tam się dogrzeje.

Jutro wybory prezydenta. Kolejny dylemat, bo trzeba wybrać lepszego kandydata, a żaden mi nie odpowiada. Myślę, że większość rodaków ma podobny dylemat. Głosować trzeba, ale na kogo?

W pracy się dzieje i odczuwam zmęczenie psychiczne i fizyczne. Przydałby się wypoczynek, ale trzeba jeszcze poczekać. Moje zmęczenie objawia się przede wszystkim potrzebą snu. Za dużo tego snu, a i tak rano ciężko wstać pomimo, że pora roku sprzyja wstawaniu porannemu, bo i jasno i ptaki hałasują.

Na wakacje planuję chodzenie po górach, ale wciąż się zastanawiam, czy nie wziąć się za remont w mieszkaniu. Aż się prosi, a ja odkładam to z roku na rok. Trochę poważnych wydatków w tym roku miałam więc powinnam chyba wybrać – albo wakacje albo remont. No i czasu wtedy na wyjazd zabraknie. Hmmm, nie wiem jeszcze co robić.

Dziś mam spotkanie ze znajomymi w okrągłą rocznicę matury. Nie widziałam ich kupę lat. Większości właśnie od matury. Ciekawe jak będzie?

M. nadal mnie wkurza, ale pomału mam to w nosie. Z taką inicjatywą to on ani na przyjaciela ani na kochanka się nie nadaje. Pewnie nie bez powodu jest wciąż kawalerem.

To na razie tyle. Idę sprzątać i robić zakupy, bo dziś dzień gospodarczo-kulinarny, czyli sobota.

PS – Brakuje mi A.

Nie lubię niedorobionych facetów!

Wkurza mnie M. i męczy już. Diabli wiedzą, co ten człowiek myśli i jakie ma zamiary. Jest tak ciężki w obcowaniu, że już zaczynam mieć go dość. Nie mam pojęcia czy chce się ze mną przyjaźnić nie mówiąc już o jakimś innym zainteresowaniu. Nie wiem, czy się odzywa tylko ze zwykłej grzeczności, czy jednak z sympatii. Nie wiem czy spotyka się ze mną dla przyjemności czy tylko z jakiegoś obowiązku. Nie potrafi się szczerze zachowywać. Ciągle jakaś maska. I nie daj panie boże czegoś miłego powiedzieć albo cieplejszego odruchu okazać. Czy okazać komuś sympatię to do cholery taka ujma na honorze czy drętwus tego nie potrafi i pewnie dlatego jest do tej pory sam. Żadna kobieta tego dłużej nie zniesie. Facet albo adoruje kobietę, albo traktuje jak przyjaciółkę ale wtedy nie boi się być sympatyczny. A ta choroba nie potrafi zachowywać się normalnie. Ani z nim pogadać szczerze do końca, bo pewne wątki omija, ani się umówić na kawę jak smutno bo się wykręca, jakby miał mnie gdzieś albo bał się, że mu coś zrobię. I w ogóle nie czuję się przy nim jak kobieta. Pierwszy raz w życiu tak mam. Może już nie jestem kobietą? Jakby jakiś cud-miód był i łaskę mi robił. W nosie mam jego łaskę. Myślałby kto. Jak odpuszczam go sobie to się nagle odzywa i niby szuka kontaktu, ale ciągle jak pies do jeża. Łooo jejku, przecież to nie ma sensu.Ja chcę normalnego mężczyzny, który nie boi się działać i mówić, i albo chce albo nie chce. Albo szczerego przyjaciela. Podobno mężczyźni są konkretni. Aha. A pomału to już w ogóle nikogo nie chcę. Chciałabym mojego A.

Takie tam to i owo.

Nic ciekawego się nie dzieje. Pogoda nijaka. Przeziębienie nadal mnie trzyma więc kicham, smarkam i kaszlę. Najgorszy ten kaszel, bo dopada w różnych najmniej odpowiednich chwilach i nie można go powstrzymać. Wszędzie chodzę z wodą, bo to jedyny ratunek gdy przychodzi atak. Głowa mnie już boli od tego, bo ile można kaszleć. Wstrząsu mózgu dostanę w końcu albo co. Na noc thiocodin żeby spać, na dzień syropy żeby pomogło, ale poprawa póki co mała. Do tego wysiada mi głos. Nic dziwnego skoro gardło zdarte kaszlem. Nie mam kiedy iść do lekarza. Aha, i noga mnie boli. Lewa.

W życiu osobistym pustka. Rok temu o tej porze był PM. Nie żałuję, że go nie ma, ale coś się działo. Z drugiej strony związki niespasowane i na siłę niczemu nie służą. Może wprowadzają urozmaicenie w życie, ale rodzą też dylematy, rozterki i niepokój, a to nie jest komfortowe. Chyba więc lepiej teraz niż wtedy. Jeśli ma ktoś być, to niech będzie przyjemność z obcowania i nadzieja na rozwój związku. JS był świetnym materiałem, ale… no właśnie, ale za daleko i za świetnym nie tylko w moim, ale chyba i jego własnym mniemaniu. Fajnie się jednak rozmawiało, odpowiadała mi jego inteligencja, dowcip i te gierki, które prowadziliśmy. Cóż, JS jak się obraził, tak mu zostało. Trudno. Inna sprawa, że po tylu przegadanych godzinach, coraz częściej zaczęłam wyczuwać sentyment i może uczucie do jego byłej żony. Nie wprost, ale jednak. Odnosiłam wrażenie, że nawet gdyby było coś więcej to i tak ona byłaby pierwsza. Podobało mi się to, że zawsze z szacunkiem i nawet jakimś takim ciepłem o niej wspominał, ale jednocześnie wiedziałam, że musiałabym z nią rywalizować, a to mi nie odpowiada. Zresztą, jeśli nadal ją kocha, bo tak mi się coś wydaje, to taki związek nie ma sensu. Zawsze byłabym tą drugą.

Więc wracam myślami do A. Wciąż tęsknię, ale już nie boli. To dziwne. Być z kimś przez kilka lat tak blisko, że bliżej nie można. A potem bez słowa zakończyć związek. Nagle, z godziny na godzinę. Jednego dnia nawet gestem nie okazać, że ma się taki zamiar. Wręcz przeciwnie, dzień wcześniej był ciepły i kochany jak zwykle. Wieczorem dostałam jeszcze sms-a z ciepłymi słowami i z dedykowaną piosenką, z której wynikało, jak jestem ważna dla niego. A rano, gdy dzwoniłam telefon już był wyłączony. I tak już zostało. Czy tak się robi? Czy tak się kończy? Tego do dziś nie pojmuję. To jest największy szok. Zostałam sama bez słowa wyjaśnienia, bez pożegnania, z niepokojem. Jedno cięcie. Nigdy bym się nie spodziewała takiego zachowania z jego strony. Nie w jego wykonaniu. On miał być zawsze. Do dziś się zastanawiam, co właściwie się stało? Co było głównym powodem takiej jego decyzji? Jego telefon milczał, jego syna też, jego brata i jego kolegi również. Na listy nie było odpowiedzi. Tak bardzo się bałam. W końcu użyłam fortelu i udało się, zadzwonił. Kamień spadł mi z serca, że jest cały i zdrowy. Radość trwała jeden dzień, bo potem znowu zamilkł i tak już zostało. Nie zdążyłam z nim poważnie porozmawiać, nie zdążyłam się zapytać, a on niepotrzebnie, powiedział, że nic się z jego strony nie zmieniło. Po co to powiedział, skoro potem znowu wyłączył telefon?  Nie wiem. Poddałam się jednak. Wiedząc, że nic mu nie jest, zaakceptowałam jego decyzję. Nie rozumiem jej do dziś, ale skoro uznał, że tak chce postąpić i nie widzi potrzeby uczciwej rozmowy ze mną, nie pozostało mi nic innego jak wycofać się. Żal jest do dziś.

 

A więc tak…

Majówka za nami. Nic szczególnego. W sumie przechorowałam. W piątek wybrałam się do znajomych i na tym zakończyło się moje majówkowe bywanie. Ledwo dotarłam, a zaraz zaczęło mnie boleć gardło i z godziny na godzinę bolało coraz bardziej. Do domu wróciłam chora i tak jest w sumie do dziś. Sobotę spędziłam w domu pokładając się co chwila. W niedzielę to samo. Nie dałam się więc namówić koleżance na spotkanie, bo zwyczajnie nie miałam siły. Dzisiaj w pracy na szczęście wyjątkowo krótko więc jakoś przeżyłam i liczę, że z dnia na dzień będzie coraz lepiej. Albo się zaraziłam od koleżanek w pracy, albo ze stresu i zmęczenia mam mniejszą odporność i złapałam coś z powietrza. Tak, że majówka była nudna. Córka nie przyjechała, bo tym razem odwiedziła rodzinę chłopaka, a to nie po drodze do mnie. Synek siedział w domu, ale jak zwykle w swoim pokoju i z komputerem. Normalne. Od czasu do czasu gdzieś wyskoczył i znowu do pokoju. No i do mnie od czasu do czasu wpadał na parę minut zagadać, uściskać i znowu do swojej dziupli. Aha, i jeszcze pojeździliśmy trochę każdego dnia. Taki to synek. Panowie o mnie zapomnieli na amen. Dziwne, czasem jest ich kilku na raz, czasem ani jednego. W sumie to od dawna ani jednego tak na prawdę. Tylko A. był mój i dla mnie. Reszta to egoiści. Pomału oswajam się z myślą, że jestem sama i być może tak już zostanie. M. mnie trochę zawiódł, bo liczyłam, że się spotkamy, pojeździmy i pogadamy, a tymczasem „nie dał rady”. Dobrze, że byłam chora, bo mniej mnie to dotknęło. Była nadzieja na niedzielę, ale nie odezwał się do dziś więc i ja odpuściłam. Czasem wydaje mi się, że może się narzucam. Wciąż mi go trudno zrozumieć. Jest taki nieczytelny, taki nieokreślony, jakiś taki dziki. Nawet jako tylko kolega. Niby robi wrażenie, że mnie lubi, że czuje się swobodnie, że ma chęć się wygadać, pożartować, że życzliwie i przy okazji chce mi pomóc. Widzę, że na spotkanie przychodzi ostrzyżony, ogolony i ładnie ubrany. Dostrzegam to, bo dawniej różnie bywało. A jednak czegoś mi brakuje. Szczerości i zaangażowania. Widocznie jemu kontakty ze mną są mniej potrzebne niż mnie z nim. W ogóle jego potrzeby są zupełnie inne. Mnie ciągnie z domu, na spacery, na wycieczki, na pogaduchy. On chyba tego nie potrzebuje. Ja nie wytrzymuję i co jakiś czas wyślę mu sms-a z pytaniem „co słychać”, zwłaszcza, że wiem o pewnych jego kłopotach i wspieram go jak potrafię. On tylko odpowiada, ale sam z siebie nie zadziała pierwszy. Więc co to za przyjaciel? Właściwie to go chyba niewiele obchodzę i dlatego trochę mi smutno. Powinnam odpuścić sobie tę znajomość nawet jako koleżeństwo, bo jednak oczekuję od niego trochę więcej niż od zwykłego znajomego, a on tego nie potrzebuje. Odpowie, pomoże, jak poproszę. Poza tym żadnej inicjatywy zwrotnej. Co tu się oszukiwać. Jest jaki jest, obojętny i poprawny, a do tego trochę duży dzieciak. No cóż, kawaler stale mieszkający z rodzicami i widać, że nie odpępowił się jeszcze. I kto wie, czy potrafi to zrobić, czy chce? Dziwny jest.

P.S. A na poprawę nastroju mam nowe skórzane pantofle, dwa super porządne i świetnie leżące staniki i czerwoną sukienkę :) Dla siebie, skoro nie mam dla kogo. I w sumie wyczerpałam już miesięczny limit wydatków na siebie. Teraz pozostał mi tylko zdrowy rozsądek. Ale w sumie po co?