Leniwie, leniwie, leniwie…

Aż za bardzo. Niedziela, upał, niewiele do zrobienia. Snuję się z kąta w kąt i nie bardzo wiem czym się zająć. Znowu żałuję, że nie mam choćby działki, nie mówiąc o własnym domu z ogródkiem. Taki piękny dzień, a ja zamknięta w blokowisku. Już nawet zaczęłam szukać ogłoszeń na temat ogródków działkowych, ale nie dosyć, że niewiele znalazłam, to jeszcze ceny mnie przeraziły. Muszę poszukać innego sposobu. I pomyśleć, że mogłabym prawie za darmo użytkować sobie działkę w fajnym miejscu gdyby nie fakt, że należy do moich teściów i na dodatek w zasięgu ich wzroku, bo drugą mają po sąsiedzku. To nie byłby dobry pomysł, a poza tym znając moją teściową, byłabym kontrolowana, nawiedzana, pouczana i krytykowana nieustannie więc dziękuję, nie skorzystam. Na pewno nie byłby to relaks. Szkoda, bo działeczka piękna i aż miło by było latem spędzać czas na dłubaniu w ziemi. W taki dzień jak dziś miałabym zajęcie. Wkrótce urlop i podobnych dni będzie więcej. Że też mojej mamie nigdy nie przyszło do głowy jakoś aktywniej spędzać czas. Gdy tak na nią patrzę, jestem coraz bardziej krytyczna. Zastanawiam się jakie wartości wyniosłam z domu. Zastanawiam się czy moja mama jest dla mnie autorytetem. Czego nas nauczyła. Gdybym patrzyła na nią, chyba nigdy bym niczego nie zrobiła. Moja mama to dobry człowiek, ale czasem myślę, że powinna być zakonnicą. Jej wszelkie działania ograniczają się do modlenia i wypraszania łask u boga. A bóg ma swoje plany i niekoniecznie chce załatwiać za nią jej sprawy. Mam wrażenie, że ona uważa, że nie musi nic robić, bo wystarczy się modlić i bóg wszystko załatwi. Cokolwiek by się dobrego nie stało nakładem naszych sił, to mam wrażenie, że to jej zasługa, bo ona się modliła. Pamiętam, gdy na studiach zdawałam dobrze ciężkie egzaminy, potem zawsze słyszałam, że pan bóg wysłuchał jej modlitw. A że ja zakuwałam dniami i nocami, to pikuś. W sumie mogłabym się nie uczyć. Pewnie, że wsparcie pana boga jest potrzebne, ale zdawać się tylko na niego, to moim zdaniem przesada. A moja mama uważa, że ma taką moc, że ogranicza się głównie do modlenia i gadania o tym. Temat boga i kościoła to tak drażliwy wątek, że zachowuje się jak typowa moherówka i gotowa oczy wdrapać jak ktoś jest przeciwko. W imię boga nie raz się pokłóciłyśmy i potem miała focha z tydzień. Moja mama potrafi usługiwać, zwłaszcza wszystkim facetom swojego życia, włączając w to swojego męża, partnera, syna i mojego syna. Z jednej strony miała do nich wiele zastrzeżeń, że tacy, siacy, a z drugiej traktowała ich ciągle jak wymagających opieki i niedołężnych osobników, którym trzeba podawać, przynosić, podtykać, prać, sprzątać z samego powodu, że są, a ona taka dobra. Nie rozumie, że nie na tym polega wspieranie facetów. Jej aktywność życiowa to mieszkanie i nie ma żadnych potrzeb, żeby robić coś poza tym. Może codziennie sprzątać, a świat oglądać z okna lub balkonu. Poza tym jest chytra. Nigdy nie miała potrzeby, żeby wesprzeć finansowo, choćby w najmniejszym stopniu mnie lub brata. Całe życie słyszałam, że ona nie ma i nie może, ale inni np. teściowie moi, czy brata jak najbardziej powinni. Ciągle oszczędza i odkłada, ale nikt nie wie na co i dla kogo, bo gdy była potrzeba, nawet mowy nie było, że mogłaby wesprzeć. W sumie nigdy nie dostałam od niej złotówki, a jeśli już, to była pożyczka, którą zawsze w całości zwracałam. Moje dzieci nigdy nie dostały od babci pieniędzy bez powodu typu na lody, czy ubranie, ot tak, żeby sprawić przyjemność albo mi ulżyć. Nie dostawały też prezentów. Nie pamiętam, żeby moja mama kupiła kiedyś moim dzieciom jakieś ubranko, książkę czy zabawkę, tak po prostu jak to babcia, żeby im sprawić przyjemność. Z okazji urodzin czy imienin, owszem zawsze wręczała symboliczną sumę, ale nic ponadto. Te wydatki były wkalkulowane w jej budżet domowy jako konieczny i honorowy obowiązek. Dziwna ta moja mama. Nie podoba mi się ani jej życie, ani jej światopogląd, ani jej sknerstwo. Złości mnie, gdy oczekuje od nas pewnych postaw, których sama nigdy nie prezentowała. Nie dostaliśmy z domu zbyt wiele wzorców do naśladowania. Przeciwnie, dziś uważam, że to co wyniosłam z domu utrudniło mi życie i dało fałszywy obraz na jego temat. Do dziś to działa. Pewnie dlatego muszę ciągle walczyć sama ze sobą, żeby nie zatrzymać się na takim etapie jak moja mama. Walczę sama i jestem z tego dumna, ale nieraz myślę, że mogłoby mi być łatwiej gdybym była motywowana w domu. Gdybym z domu czerpała siłę i wsparcie.

Ponarzekałam.