Małe spięcie w relacjach z mamą.

Nie lubię, gdy mnie o wszystko wypytuje. Nie lubię i już. Niby rozumiem, że ona nie ma żadnego swojego życia, tylko żyje naszym, ale i tak mnie to drażni. Bo chce wiedzieć wszystko – gdzie, z kim, kiedy, po co, na co, ile, a kto, komu, kiedy, byłaś, zrobiłaś, dzwoniłaś, rozmawiałaś, wysłałaś. Wypytuje do bólu o wszystkie szczegóły i to w sprawach, które są tylko moje i nie mam ochoty z nią o nich rozmawiać. Nigdy nie była moją przyjaciółką. Nie wtedy, gdy tego potrzebowałam. Wtedy jej to nie obchodziło, a teraz ja nie chcę, nie umiem i nie potrzebuję z nią rozmawiać jak z koleżanką ani opowiadać się jej jak nastolatka z wszystkich moich kroków. Nie da się wszystkiego nadrobić. Mam żal o przeszłość. Nie nawiązały się wtedy właściwe relacje. Wtedy brakowało mi matki przyjaciółki, matki troskliwej, matki czujnej, matki cierpliwej i wyrozumiałej. Teraz już nie chcę i nie potrafię. Coś zmarnowała po części z własnej winy. Najważniejsze młodzieńcze lata mojego życia była obok, ale nie ze mną, nie z bratem. Pozwoliła na to, żebyśmy mieli spaprane życie. Chyba bardziej myślała o sobie niż o nas. My mieliśmy być najedzeni, ubrani, uśmiechnięci i nie sprawiać kłopotów. Co się działo w naszych duszach, chyba jej było obce. A teraz ma o coś pretensje i niczego nie chce zrozumieć. Nie chce słuchać. Ma żal, że my mamy żal, że nie tacy dobrzy jesteśmy, że nie tacy wspaniali, serdeczni, a ona nie na piedestale. I dzisiaj kolejne pytanie, które ostatecznie wywołało jej złość. Niby bzdura, bo pytanie o to ile zapłaciłam za paliwo. Oczywiście jedno z setek szczegółowych pytań, które zadaje i które mnie irytują więc może dlatego nie potrafię czasem normalnie odpowiedzieć. Trochę z irytacją odrzekłam, że po co jej to wiedzieć, do czego jej to potrzebne? No co ona, że nie mogę normalnie odpowiedzieć? Tyle mnie to kosztuje trudu? Ja, że nie chodzi o trud, tylko o to, że nie lubię takich pytań i dobrze o tym wie, bo już ją kilka razy prosiłam, żeby mnie tak o wszystko nie wypytywała. No i za chwilę w jej głosie pojawił się jad, który doskonale znam jeszcze z dzieciństwa. Czasem się zastanawiam skąd go tyle w stosunku do własnych dzieci nawet jeśli powiedzą lub zrobią coś nie po jej myśli. Wtedy nie zachowuje się jak matka, ale jak wróg, który chce dopiec za wszelką cenę. Dowiedziałam się wtedy min., że ona musi wychodzić do sąsiadki, żeby porozmawiać, bo ja z wszystkimi mogę rozmawiać tylko nie z nią. Nie uważam tego za coś niestosownego. Do sąsiadki wychodzi raz w tygodniu na godzinę. Poza tym siedzi non stop w domu i nie odwiedza ani nie przyjmuje nikogo, bo nie chce. Skąd sobie ubzdurała, że teraz na starość ma spełniać dla mnie rolę koleżanki, albo odwrotnie, oczekuje, że ja jej będę teraz dotrzymywać towarzystwa, bo ona jest sama. Kiedyś bardzo tego pragnęłam, kiedyś, dawno temu, ale wtedy wolała inne życie, a teraz… Mieszkamy razem w trójkę. Relacje mamy normalne. Rozmawiam z nią o tym, o czym chcę rozmawiać jeśli chodzi o moje sprawy, ale ona chciałaby wiedzieć wszystko. Jest moją mamą i niech tak zostanie.

Niedzielna twórczość własna, czyli z nudów trzeba pomarudzić.

Zauważyłam, że większość moich wpisów ma miejsce w niedzielę. To najgorszy dzień mojego tygodnia. Zazwyczaj najbardziej smutny i samotny więc zbiera mi się na rozmyślania o sobie i żale. Potem przychodzi poniedziałek i życie znowu nabiera tempa. Aktualnie mam urlop więc tempo już nie takie, ale wystarczy, że słyszę gwar na ulicy, a od razu robi mi się lepiej. Nie żebym tak lubiła ten hałas i bliskość ulicy, wręcz przeciwnie, ale zawsze to jakieś życie, coś się dzieje.

Korzystając z wolnego powinnam wybrać się do lekarzy i zobaczyć jak tam ze mną jest. Nie mam już wymówki, że nie mam czasu. A ja tak tego nie lubię. Jak nic nie boli to wychodzę z założenia, że jest ok i nie ma co szukać dziury w całym. Wiem, że to błędne założenie, lecz tak już mam. Ostatnio jednak tyle się nasłuchałam od koleżanki o jej dolegliwościach, że się trochę wystraszyłam. Fakt, że jej zdrowie sporo szwankuje. Każda nasza rozmowa jest właśnie zdominowana przez ten temat. Czasem mam wrażenie, że rozmawiam nie z moją koleżanką równolatką, a z jakąś babcią, bo wydaje mi się, że bardzo lubi podkreślać ile i co jej niedomaga. Nie żebym umniejszała powagę jej zdrowotnych problemów, ale za każdym razem czuję, że upodabnia się do swojej mamy, licytując komu co więcej dolega. I denerwuje się, że jej mama wciąż narzeka na zdrowie, a przecież ona (koleżanka) ma tyle kłopotów i nie mówi o tym na okrągło. No nie wiem, mnie się wydaje, że na okrągło. Trudno mi z nią pogadać, bo ja faktycznie za bardzo nie lubię tych tematów, a za każdym razem wysłuchuję jakie ma wyniki, co może a czego nie i co nowego jej się pojawiło. Może to dlatego, że siedzi w domu i nie pracuje więc ma czas żeby się wsłuchiwać w siebie. Zwłaszcza, że dawniej w tym temacie była podobna do mnie. Nie, to nie tak. Jestem niesprawiedliwa. Ona faktycznie ma słabe zdrowie, a w dodatku jest mamą małej czteroletniej i bardzo absorbującej dziewuszki i chyba późna ciąża też swoje zrobiła. Gdy słucham co jej dolega i ile musi się nabiegać po lekarzach, myślę sobie, że ja to jestem okaz zdrowia i wtedy dopada mnie strach, że to nie może tak być, żeby jej się tyle przytrafiało, a u mnie było ok. Może mam w sobie coś, ale o tym nie wiem? Tak stuprocentowo doskonałego zdrowia to nie mam. Mam pewną przypadłość, która jest moim krzyżem w życiu, ale miałam tyle czasu, żeby się do niej przyzwyczaić, że choć mi doskwiera i ogranicza bardzo, to nie myślę o niej w kategorii choroby, a raczej pewnej odmienności od stanu naturalnego. Z tego też powodu czasem myślę nieskromnie, że może „góra” już mi da spokój i oszczędzi innych kłopotów. W każdym bądź razie nie lubię wyszukiwać u siebie chorób i myśleć o nich na zapas. Staram się funkcjonować zdrowo, a na resztę nie mam wpływu. Powinnam jednak posprawdzać kobiece narządy, odwiedzić dentystę, okulistę i porobić sobie badania ogólne. Lewa noga ostatnio jakby się wyciszyła. Zdążyłam się zaopatrzyć w kilka buteleczek pastylek z glukozaminą, ale na razie nie miałam czasu brać ich regularnie. Teraz mogę pilnować kolejek i działać profilaktycznie, zwłaszcza że przede mną wędrówki po górskich szlakach. Przydałoby się jeszcze zbadać moje naczynia, bo to rodzinna genetyczna słabość i niestety działa. Jak dla mnie to strasznie dużo wizyt u lekarza i wiem, że będę kombinować jak je ominąć.

Na razie wystarczy medycznych rozważań, bo mi prąd wyłączyli.

Lato wszędzie.

Nareszcie pogoda jak na lipiec przystało. Zawsze można ponarzekać na upał, ale nawet nie próbuję, bo pewnie za kilka dni śladu po nim nie będzie i znowu nastanie pogoda byle jaka. Czerwiec zleciał nie wiadomo kiedy. Nie zdążyłam się nim zachwycić nie tylko dlatego, że dużo pracy i w ogóle, ale przede wszystkim dlatego, że był nieudany pogodowo. Maj i czerwiec w plecy jako lato. Nadzieja w lipcu i w sierpniu. Większość dnia przesiedziałam w domu, bo za gorąco na spacery. Wczesnym rankiem odbyłam przejażdżkę autkiem na drugi koniec miasta po syna, który zapragnął wrócić do domu po całonocnej imprezie. Ma szczęście, że wciąż ćwiczę samotne podróże i korzystam z każdej okazji by się przejechać. W przeciwnym wypadku sam by musiał dotrzeć do domu. Synka przywiozłam w bardzo kulturalnym stanie i tyle go widziałam co w drodze bo zaraz po powrocie zasnął i spał prawie do wieczora. Młodość…

Snułam się leniwie po domu. Trochę internet, trochę telewizja, trochę książka, trochę rozmowy z koleżankami. Jak zwykle, niedziela do przetrwania. Jutro przyjeżdża moja mądra córeczka więc będzie trochę weselej.

Około 18-tej wydawało się już przyjemniej na dworze więc wybrałam się na spacer. I prawie po sąsiedzku natrafiłam na auto M. Nie zdziwiło mnie to specjalnie, bo wiem, że ma jakąś tzw. laskę (brrr, ale to jego określenie) na tej ulicy więc ją pewnie odwiedził. Co to za znajomość nie mam pojęcia, bo M. to dziwny facet, ale jednak u niej bywa. Gdy wracałam po godzinie już go nie było więc zastanawiałam się czy już pomknął do domu, a wtedy co to za randka, czy gdzieś razem do miasta wybyli. Niestety, nie widziałam jak odjeżdżał więc mogę tylko zgadywać. W sumie to już tylko ciekawość zwykła, bo on w ogóle nie zachowywał się jakby kogokolwiek miał, a poza tym taki dzikus i jakiś anty w stosunku do kobiet. Nie anty, żeby coś do nich miał, ale anty w sensie damsko-męskim. Facet, który zachowuje się tak, jakby nie istniał seksapil, a kobieta w ogóle na niego nie działała. Żadna, nie tylko ja. Takie mam spostrzeżenia dlatego tak mnie zastanawia ta jego relacja z moją, w pewnym sensie, sąsiadką, której na oczy nie widziałam, a której jestem bardzo ciekawa. Jak to baba, czyli w jakim wieku, czy ładna, czy zgrabna itp., no i czy w ogóle to jest relacja normalna, czyli jest to jego dziewczyna czy tylko jakaś koleżanka i  zwykły kamuflaż.

Do mnie M. się nie odzywa. Gdy mnie spotka na ulicy, jak najbardziej widzi i śle promienne uśmiechy. Kiedyś nawet zauważył mnie z daleka tzn. on jechał autem, a ja parkowałam przy hipermarkecie. Słyszę, że coś trąbi, a ja na klaksony jestem uczulona, bo zaraz myślę, że znowu coś zrobiłam nie tak. Widzę z daleka auto podobne do jego, ale myślę sobie, że gdzieżby tam na mnie z takiej odległości trąbił i po co. Czekam jednak chwilę, bo widzę, że to auto chyba jedzie w moi kierunku i faktycznie okazało się, że to on. Tak, że nie ucieka przede mną jak przed zarazą :) A że nie potrzebuje kobiet i nie lubi być z nimi sama na sam to inna sprawa. W każdym bądź razie dałam sobie spokój z zaczepianiem go sms-ami, po to żeby choćby pogadać. Nie to nie. Jakby chciał to by sam się odezwał. A czy ja znowu tak bardzo chcę? Raczej mnie wkurza fakt, że mnie zbywa niż mi na nim zależy.

I pomyśleć, że fajniejsi mężczyźni potrafią być mili, odezwać się, zadzwonić, umówić na piwo, a taki zwykły M. taki obojętny. Wiem, ze głupie to co napisałam, ale złości mnie więc jestem złośliwa. Ostatnio, zupełnie przez przypadek spotkałam na dworcu autobusowym dawnego kolegę z pracy, który zresztą miał do mnie pewną słabość. Aż się go trochę bałam :). Mężczyzna atrakcyjny, wykształcony, na stanowisku. Na mój widok (siedziałam w autobusie) oczy jak pięć złotych, od razu wszedł do środka, wyściskał, wycałował, wykomplementował i chciał ze sobą zabrać na wakacje, bo właśnie wyjeżdżał gdzieś nad wodę na kilka dni. Nie miał żadnego problemu, żeby okazać sympatię i radość i przypomnieć mi że wciąż jestem fajna kobitką. Mało tego, za godzinę zadzwonił, bo wciąż był pod wrażeniem spotkania. Przegadaliśmy sporo czasu, interesował się co u mnie i moich dzieci, stwierdził, że jestem super atrakcyjną babką (tak mi dobrze, tak mi mów) i koniecznie musimy się spotkać jak wróci. I na koniec dodał jedno zdanie, które dawniej często słyszałam i które do dziś za każdym razem powtarza, gdy rozmawiamy, nawet raz na dwa lata – „i tak Cię kiedyś będę miał”. Myślę, że gdy kiedyś nie doda tego zdania, to będzie znaczyć, że ze mą źle. Kurcze, są faceci, którzy nie boją się traktować kobiety jak kobiety, nawet jeśli to tylko żarty.