Poranne medytacje.

Wszyscy (sztuk dwie) śpią, ja na nogach od godziny. Budzę się regularnie przed szóstą i już nie mogę zasnąć. Nie wiem ki czort. Zawsze lubiłam pospać, a teraz ze mnie ranny ptaszek. Piję kawkę i rozmyślam. Trochę stresujący czas przede mną. Dużo pracy, ale niekoniecznie w parze z dużymi zarobkami. Trochę mnie to denerwuje. Nawet bardziej niż trochę. Po lepszym roku, ten będzie gorszy. Czy u mnie zawsze musi to iść sinusoidalnie. Nie może być za długo górka, choć to nawet nie była górka tylko pagórek. Martwi mnie to. Myślę o podjęciu studiów podyplomowych. Kolejnych. Wprawdzie buntuję się, że ileż można, ale sytuacja mnie trochę jeśli nie zmusza to przynajmniej ponagla. Tyle, że to kolejny wydatek i wcale nie mały.

Moje dziecko powinno zdecydować od nowa co ma dalej robić. I nie bardzo wie. Ja też. Ani pomysłu na szkołę, ani na pracę. Chęci za bardzo nie widzę. Siedzi w domu, mało gdzie wychodzi, mało je, chudy. Jego świat to głównie komputer i ludzie, z którymi gra.. Fajny chłopak, przystojniak, wesoły, dowcipny, ale jeszcze niedojrzały jak na swój wiek. Nie ciągnie go do świata. Nie ma potrzeby usamodzielnienia się. Nie ma dziewczyny. Dobrze mu w domu, ale tu nie ma męskich wzorców. Mieszka z kobietami. obsłużony, zaopiekowany. Martwię się o jego przyszłość.

Starsza jest zdecydowanie samodzielna, ambitna i wymagająca. Przed nią też nowe decyzje. Poszukiwanie pracy, zmiana mieszkania. Przydałoby jej się wsparcie finansowe, ale nie bardzo ma na kogo liczyć. Właściwie tylko na mnie, ale ja niewiele mogę. Staram się, ale jest mi przykro, że znowu tylko ja. Sama, sama, sama.

Jakaś zmiana nastawienia do koleżanek się u mnie pojawiła. Jakiś kryzys czy co? Może to dlatego, że jestem za mało asertywna? A może się starzeję? Jedna mnie męczy, bo już czuje jakiś niesmak patrząc na jej tryb życia i coraz mniej mam ochotę uczestniczyć w czymś z czym się nie zgadzam i co mi nie odpowiada. Nie jestem chyba aż taka nowoczesna i tolerancyjna, jak mi się wydawało, a już na pewno nie taka rozrywkowa. Nie podoba mi się to do końca i nie musi. Powinnam więc chyba trochę się odsunąć. Nie definitywnie, ale ograniczyć tę relację i postawić granice. To nie moja bajka.

Druga wiedzie życie, o którym dawniej marzyłam, a dzisiaj jest mi tak odległe, że czuję się u niej jakbym była w innym świecie. Nie pracuje, zajmuje się domem, mężem, dorosłym synem i małym dzieckiem, które się późno przytrafiło. Jest obecnie typową kurą domową i to nie tyle z powodu jej sytuacji macierzyńskiej, ile z powodu domowników, którzy ją traktują jak gosposię, służącą i kucharkę. Kobita pracuje na etacie 24/24 i nawet dobrego słowa nie usłyszy, a próba wyjścia z domu bez dziecka na dwie godziny raz na kilka miesięcy to fanaberia i problem. Dziecko jest rozpieszczone i przez to męczące. Spotkania u niej w domu to zero możliwości rozmowy, bo dziecko lat cztery, nie dosyć, że nie pozwala rozmawiać, bo nas ucisza (musi być w tym czasie tam gdzie my i oglądać tv oraz podgłaszać na cały regulator) to jeszcze wymaga, żeby gość i mama zajmowali się nim, bo ono nie chce się bawić samo. Powiem szczerze, że jeśli odwiedzam moją koleżankę raz na kilka miesięcy i słyszę na dzień dobry, że dziecko się nie mogło doczekać żebym przyszła i się z nim bawiła, to mam ochotę zrobić odwrót i uciekać gdzie pieprz rośnie. Ja nie przychodzę do dziecka tylko do niej. Kurczę, wszystko ma swój czas. Jej mała jest zdrowym, ładnym i mądrym dzieckiem i dla niej teraz całym jej światem, ale ja już ten rozdział zakończyłam i przyznam, że dzieci mnie męczą. Dlatego nie chodzę do niej za często, bo ma w otoczeniu sporo młodych kuzynek z dziećmi i w związku z tym wspólny mianownik, a ja już wypadłam z tego tematu i wcale tego nie żałuję.

Jeszcze dwie inne koleżanki to młode duchy. Lubię z nimi spędzać czas, ale czasami nie nadążam i wtedy myślę sobie, że chyba nie muszę skoro dla mnie to za dużo i za często. Coraz bardziej jestem angażowana w ich sprawy osobiste i rodzinne i zaczynam się bać, że zajdzie to za daleko i nie będę potem umiała utrzymać dystansu. Tak się składa, że większość moich koleżanek, to kobiety po przejściach, co zresztą jest logiczne, bo wtedy możemy sobie poświęcać więcej czasu i wspierać się wzajemnie, ale jednak rodzi to pewne ryzyko uzależnienia się od siebie. Ja tego nie lubię. Mogę pomóc i cieszę się gdy potrafię, ale gdy widzę, że ktoś zaczyna mnie nadużywać, przestaje mi to odpowiadać. Może to dlatego, że ja najczęściej musiałam i muszę sobie radzić sama i nie bardzo umiem prosić o pomoc. Nie lubię swoimi kłopotami zaprzątać innych. Częściej słucham niż gadam o sobie. Nie udaję, ale i nie lamentuję jak mi źle więc wszyscy myślą, że mam lepiej niż mam. Cieszę się bzdurami, podczas gdy inni mają tak wielkie wymagania, że mając lepiej niż ja, narzekają. Nie chce mi się tego prostować, bo nie każdy to rozumie i czasem patrzą na mnie jak na kosmitkę. Nauczyłam się, że zawsze jakoś daję radę, choć często z nosem przy ziemi więc i inni nie powinni być za wygodni. Nie wiem czyja postawa jest lepsza. Chyba koleżanek, bo pewnie one są sprytniejsze, a to zaleta.

Trzech na raz, a może i więcej.

Tym razem nie o mnie, a o pewnej mojej koleżance, ale temat jak najbardziej mój, czyli damsko-męski. A czemu o niej? Bo zastanawia mnie jak różni są ludzie. I dobrze, że są różni, ale czasem te różnice trudno nam zrozumieć w kontekście swojej osoby. Z koleżanką jestem dość blisko. Mamy sporo wspólnego i sporo innego. Ja raczej domatorka i niekoniecznie rozrywkowa, co nie oznacza, że nie wesoła. Lubię się spotykać ze znajomymi, ale lubię bliższe relacje, szczere i jak ja to określam, na spokojnie. Wyjście do kawiarni czy knajpki, jak najbardziej, ale z raz w tygodniu albo rzadziej i najlepiej przy jednym drinku czy piwie, bo nie lubię stanu, w którym alkohol wpływa na to jak się czuję i zachowuję. Nie lubię udawać kogoś kim nie jestem, dlatego unikam ludzi, którzy przejawiają takie zachowania. Nie przepadam za blichtrem, szumem, gwarem. Wolę kameralne spotkania i często do nich dążę, bo jak już nie raz pisałam ciągnie mnie do ludzi i w domu jest mi smutno.

Moja koleżanka to moje przeciwieństwo pod tym względem. Fakt, że dzięki niej, ja też częściej bywam poza moim środowiskiem, ale za każdym razem czuję potem jakiś niesmak. To niekoniecznie mój świat. Ją nosi. Właściwie nie potrafi usiedzieć w domu ani jeden dzień. Lubi knajpy, alkohol i taniec z każdym kto ma chęć z nią tańczyć. Pije wtedy, moim zdaniem, za dużo i często wynikają z tego faktu takie jej zachowania, które mi się nie podobają. Jest głośna, lubi zwracać na siebie uwagę, zachowywać się śmiesznie i frywolnie. Kokietuje mężczyzn i gdy znajdzie się amator, który da się nabrać, zapomina o swoim towarzystwie i kontynuuje flirt. Właściwie to ona nie potrafi żyć bez mężczyzn. Jakichkolwiek. Mam wrażenie, że oni są jej potrzebni do dowartościowania się, robienia wrażenia na innych kobietach i wypełniania czasu. Dużo mówi o swoich facetach, co wywołuje mieszane uczucia u znajomych, bo już się gubią w tym, z kim właśnie jest. Sądzę, że wiele osób, niezbyt dobrze o niej myśli. Sama czuję czasem niesmak. Aktualnie ma trzech, jak to ona nazywa, kolegów. Czynnych kolegów, co do których, choć jestem w temacie, nie do końca jestem pewna czy ich można nazywać tylko kolegami. Spotyka się z nim bardzo często i regularnie na zmianę. Nieźle kombinuje, żeby się wzajemnie o swojej roli w jej życiu nie dowiedzieli. Znam ich wszystkich. Z jednym podobno lubi tylko rozmawiać, bo do niczego innego się nie nadaje, gdyż jest gruby, brzydki i za dużo pije. On zawsze wypełnia jej czas, gdy tylko ona tego potrzebuje, jest z tego powodu zadowolony i z tego co wiem, traktuje ją jak swoją dziewczynę i tak o niej mówi w swoim towarzystwie. Dostaje od niego prezenty i często u niego bywa, a nawet z nim czasem wyjeżdża. Drugi, jest jej oficjalnym partnerem od kilku lat. Nie łączy ich uczucie, przynajmniej z jej strony, lecz wzajemna pomoc w codziennym życiu i pokazywanie się razem, ale w jej i jego otoczeniu. Trzeci jest na pewno kochankiem. Każdy jest jej do czegoś potrzebny i trzyma wszystkich na raz. Oprócz nich zdarzają się epizody z innymi panami np. z wakacji, sanatorium itp. To tak pokrótce. No i tego właśnie nie mogę pojąć, że można tak funkcjonować i że ona się z tym czuje dobrze i nie potrafi zrezygnować z żadnego z nich i nie ma problemu z tym, że ich oszukuje. A może oni o tym wiedzą i to im pasuje. W końcu wszyscy Ci mężczyźni są samotni, mają swoje lata i każdy z nich na swój sposób po bliższym poznaniu, a nawet i na oko, nie są atrakcyjni dla kobiet i nie bardzo nadają się do poważniejszego związku. Dlatego nie bardzo to rozumiem. Ja nie lubię półśrodków. Jeśli z kimś jestem to tylko z nim i dlatego, że jest mi bliski. Nie potrzebuję wtedy innych. Jeśli coś mi się nie podoba, nie potrafię trwać na siłę i udawać, że jestem zaangażowana. Po co? Tylko dla korzyści? Szczerze mówiąc nie podoba mi się to. Wolę chyba swoją samotność.

Wróżby.

Nie jest to czas andrzejek, wiem. I nie bardzo w to wierzę, a nawet trochę się boję. No i nigdy tego wcześniej nie robiłam. Żadnych cyganek, tarocistek, kuloczytaczy itp. Aż do wczoraj. Koleżanka zaprosiła mnie do pewnej knajpki na spotkanie ze znajomą tarocistką, która była tam atrakcją tego wieczoru. Kobieta, opowiadała o tym co robi, na czym to polega i w jaki sposób podchodzić do tego, co ona z tych kart wyczytuje. Potem w specjalnym pokoju każdy chętny mógł zadać po trzy pytania, na które chciałby otrzymać od niej odpowiedź. Trochę z ciekawości, a trochę pod wpływem namów znajomych, którzy też skorzystali z okazji, zaryzykowałam. Nie czułam się pewnie. Nie do końca wiem o co tu chodzi i jak to działa. Niby nie wierzę , a jednak… Poza tym mam koleżanki, które korzystają z takich wróżb i twierdzą, że się sprawdziły. No więc zaczęłam się zastanawiać o co zapytać, żeby to nie były jakieś bardzo ważne pytania, które potem by mnie dręczyły, jeśli odpowiedź by mi nie pasowała. Taka asekuracja, żeby spróbować, ale nie ryzykować. W sumie odpowiedzi jakie otrzymałam były raczej po mojej myśli, a dużo zależy ode mnie, co sama akurat wiem. Jedna odpowiedź mnie trochę rozbawiła, bo było to pytanie o mężczyznę. Niby miałam na myśli jednego, ale gdy zaczęłam słuchać tego co ona tam z tych kart wyczytała, to zastanawiałam się o którym ona właściwie mówi? Bardziej mi opis pasował do kogo innego. Fakt, że w mojej głowie aktualnie jest trzech mężczyzn, o których w jakimś tam stopniu myślę i może podświadomość podyktowała kartom nie tego, którego dotyczyło pytanie. Może się za bardzo nie skupiłam? A może po prostu ona konkretnie nazwała cechy, które po krótszym zastanowieniu pasują do dwóch z trzech panów panów i dlatego mnie zmyliły. W sumie to mi trochę namieszała, bo jak ostatnio pisałam, mam zamiar sobie ich wszystkich odpuścić i tyle. Tymczasem dowiedziałam się, że ten o którego spytałam, jest po mojej stronie i jest zaangażowany, tyle, że to i tamto i owo (co sama zauważyłam więc się zgadzało), więc nie powinnam rezygnować, ale powinnam być cierpliwa i stanowcza w pewnych kwestiach. No i masz babo placek. Niby się z tego uśmiałam, ale coś mi tam w głowie zostało. W końcu nie zawsze z tych kart wychodziły pomyślne odpowiedzi dla zainteresowanych. Mojej znajomej karty odpowiedziały, że niestety, ni widzą na razie na jej drodze tego jedynego wymarzonego, a chłopak jej córki to nie jest jeszcze ten do ołtarza. Wierzyc nie wierzyć? Na pewno mam do tego dystans, ale skoro karty nie powiedziały, że nic z tego, bo on ma  mnie w nosie, to może jeszcze popróbować? Pożyjemy, zobaczymy. Życie pisze różne scenariusze. Mam czas :)

I jakoś leci, a ja nad sobą pracuję i to jest w sumie fajne, ale…

„Ale” jest jak zwykle. „Ale” jest moim nieodłącznym towarzyszem. Bez „ale” nic się nie dzieje.

Tydzień spędzony poza domem okazał się bardzo wyciszający choć początkowo podchodziłam do wyjazdu jak pies do jeża. Nie zachęcał mnie pobyt w dużym mieście, w upał i kilka innych powodów działało zniechęcająco, ale chciałam pobyć z córką, obiecałam jej to, chciałam zmienić otoczenie i oderwać się od mojej rzeczywistości. Zamierzałam pobyć kilka dni, a spędziłam tydzień i mogłabym dłużej. Naprawdę odpoczęłam, pogadałyśmy, pozwiedzałyśmy, pobiegałyśmy po sklepach, poczytałam, wyciszyłam się. I nie bardzo chciało mi się wracać. Tam panował jakiś spokój, na zewnątrz i w środku mnie. Wróciłam i już dziś jestem jakaś niespokojna. Nie da się uciec przed pewnymi sprawami. A chciałabym. Mam chęć na papierosa, ale nie ma mojej E. Nie mam się z kim umówić na fajkę. Wyjechała na wakacje. Szkoda.

W ramach godzenia się z byciem samą i pokonywania siebie zaczynam sama jeździć autem. Muszę się uwolnić od mężczyzn, włącznie z moim synem. Dam sobie radę. Za każdym razem czuję lęk i niepewność i aż mnie korci żeby zrezygnować, ale w końcu wsiadam i jadę. Nie ma wyjścia. Skoro chcę to muszę. Najgorzej się zdecydować, wsiąść i ruszyć. Potem już leci, tzn. jedzie :) Sprawia mi to przyjemność i jednocześnie czuję jakiś niepokój. Nie czuję się pewnie, ale muszę to pokonać.

Nie wiem czy to ma jakiś związek ze mną, ale nie mam już żadnego wglądu na konto syna A. Nie mam już żadnej możliwości kontaktu. Może i dobrze. Przecież on nie szuka kontaktu.

M też się totalnie i bezczelnie odciął. OK. Nie wnikam nawet czemu. Ma swoje powody i trzeba je uszanować. Dałam tyle sygnałów, że gdyby chciał, podjąłby wątek. Nie chce. Udowodnił.

JS też milczy. Nawet nie raczył odpisać na moje dwa sms-y. To trochę chamskie zważywszy na to, że to taki dżentelmen. Sms-y były grzecznościowe i bez ryzyka mógł odpisać na nie. To nieładnie z jego strony. Trochę mnie tym dotknął, ale cóż. Biorę i to na klatkę. Rozumiem, że mu się już znudziło.

A w ogóle to panowie XXI wieku są do niczego. W dużym mieście zepsuł nam się samochód. Dwie babki w upał stoją na chodniku i grzebią pod maską sterowane telefonicznie przez faceta z drugiego końca miasta. Oczywiście nie bardzo wiedziałyśmy czego tam szukać. Panowie nas mijali w swoich mustangach, patrzyli, uśmiechali się, nawet coś podpowiadali, ale żaden się nie zatrzymał żeby pomóc. M też nie zadzwonił potem żeby się dowiedzieć jak się sprawa zakończyła. Ehhh…

Odcinam i biorę wszystkich za świadków.

Definitywnie przestaję. Poddaję się. Nie myślę. Nie łudzę się. Nie oszukuję się. Nie piszę. Nie dzwonię. Nie rozmawiam. Nie szukam. Unikam. Trzymam fason. Głowa do góry. Kamienna twarz. Nie to nie. W ogóle chyba odpuszczam. Mam wszystko w nosie. Przykro mi. Zawsze byłam sama. Muszę liczyć na siebie.

Najlepiej się odciąć i nabrać dystansu, tylko jak?

Upału ciąg dalszy. Dziś w południe w słońcu zanotowałam 51 stopni C. W słońcu lepiej nie przebywać. Najlepiej w domu, ale po południu robi się duchota. Przydałby się wentylator. W nocy nie mogłam zasnąć. A jak nie mogłam to co robiłam? Oczywiście myślałam. A o czym? No przecież, że nie o czymś miłym. A skąd? O tym co mi najbardziej doskwiera, czyli samotności. I z tego myślenia jeszcze bardziej zasnąć nie mogłam więc wypaliłam na balkonie dwa papierosy, a w końcu sięgnęłam po wino. Chciałam się zamulić i jeśli nie zasnąć od razu to przynajmniej może wypłakać się nad sobą. Że taka mała, taka sama, taka niekochana. Cholera, nawet płakać ostatnio nie mogę. Już wypłakałam wszystkie łzy czy co? Fakt sporo tego w życiu było, ale żeby mogło zabraknąć? Po północy dostałam sms-a od M. Nie żeby tak sam z siebie. A skąd. Kilka godzin wcześniej wysłałam mu pewne zapytanie natury zupełnie obojętnej, ale chyba nie odczytał go, bo nie odpowiedział. Trochę się ponakręcałam tym, choć tłumaczyłam sobie, że zapewne jak zwykle podłączył telefon do ładowania po całym dniu pracy i gania gdzieś po domu. Pewnie tak było, ale jak minęło sporo czasu odpuściłam sobie czekanie na odpowiedź. I wtedy, po północy gdy przewracałam się z boku na bok, odpowiedział. Nawet się zdziwiłam, że o tej porze odpisał. Odpowiedział na moje wcześniejsze pytanie, a potem dodał, że nie może zasnąć. Czyli tak jak ja. Podjęłam wątek z nadzieją, że pogadamy trochę, ale już się nie odezwał. I tak to z nim jest. Wcześniej jeszcze po południu odprowadziłam koleżankę do niego na lekcje. Miałam przy sobie torbę z z zaległym prezentem imieninowym od innej koleżanki, z która spędziłam kilka godzin w mieście.Zainteresowało go co i od kogo, ale specjalnie (ach te gierki) zostawiłam jego zapytanie bez odpowiedzi, a raczej z odpowiedzią dającą do myślenia. W sumie to byłam zła, że za chwilę oni będą spędzać czas razem, a ja sama. Zazdrość. Inaczej się tego nie da nazwać. Podobno podbierał koleżankę, czy coś wie na temat tego prezentu, od kogo, może od faceta. Dobre i to, ale to pewnie zwykła ciekawość i tyle. Żal mi tych naszych wspólnych przegadanych i przeżartowanych godzin. Powinnam jednak zmądrzeć. Po pierwsze przecież już przechodziłam z nim relacje damsko-męskie (a właściwie ich brak). Po drugie on jest młodszy, a dzisiaj są tendencje do dobierania sobie partnerek młodocianych, a nie starszych. Jakie ja mam szanse choćby przy mojej koleżance? Co z tego, że mam fajne ciało, jestem szczupła, zgrabna, opalona, apetyczna (słowa znajomego górala), wesoła i młoda duchem. Nawet owa koleżanka stwierdziła, że niejedna nastolatka mogłaby mi pozazdrościć figury. Co z tego? Doceniają to panowie w wieku 50-60 lat. A ja nie chcę takich panów. No, może jeszcze tych 50-latków. Po trzecie mogę mu się w ogóle nie podobać. Przecież już dawno stwierdziłam, że jestem dla niego tylko kumplem więc czemu jeszcze się łudzę. Powinnam się odciąć i unikać kontaktu, bo nie jest mi obojętny i za chwilę będę się męczyć. Trochę żałuję, że koleżanka ma z nim lekcje, bo za często teraz o nim słyszę i mogę porównywać jak jest z nią, a jak było ze mną. To trochę boli. Dlatego dla własnego dobra powinnam się wycofać i odsunąć jak najbardziej. Chodzi już tylko o mnie.

Głupia, głupia, głupia…

I w sumie powinnam już skończyć ten wątek. Głupia i niedorosła dojrzała kobieta. Głupia i naiwna. Głupia i romantyczna mimo wszystko. Czy ja kiedyś dorosnę wreszcie? We mnie ciągle siedzi mała dziewczynka. Nawet wiem jak ona wygląda. Mam ulubione zdjęcie z dzieciństwa, które doskonale oddaje stan mojego ducha dziś, a mam na nim z 5 lub 6 lat. Gdy na nie patrzę, wydaje mi się, że ta mała ja ciągle we mnie jest i nie może dorosnąć. Kocham tę dziewczynkę. Wiem, co ją czeka. Wiem, jakie będzie jej życie i nic nie mogę zrobić żeby ją przed tym uchronić. A ona sobie siedzi w szarym pokoju na krześle, obok konik na biegunach, w jasnej zwiewnej sukieneczce z falbankami, krótka ciemna czuprynka zasłania czoło, zadarty nosek, opalone nóżki w białych sandałkach, opalona rączka pięknie ułożona na drugiej, patrzy w bok, gdzieś daleko,daleko, poważna jak na dziecko, zamyślona, może rozmarzona, a może już coś przykrego przeżyła. Zdjęcie naturalne, nie pozowane, ale uchwyciło sedno mojej natury. Piękne. Patrzę na nie i widzę siebie dzisiaj. A tę dziewczynkę tak bym chciała przytulić. Obronić.

Wakacyjna melancholia w związku z brakiem bratniej duszy.

Pogoda super. Upał. Męczy, ale i tak go kocham. Słońce daje energię do życia i wywołuje uśmiech na twarzy. Można chodzić w koszulkach na ramiączkach i krótkich gaciach. Łapię opaleniznę choć wiem, że to niezdrowe, ale ładne. Całkiem ładnie się ozłociłam podczas górskich wędrówek. Kolejne szlaki zaliczone, a moja kondycja lepsza niż rok temu. Uwierzyłam, że mogę wleźć wszędzie gdzie się da wleźć więc za rok planuję najwyższe górki. Co dobre to się szybko kończy dlatego szlaki już za mną. Powrót do domu to powrót do zostawionych emocji. Tych niedobrych. I co tu z tym wszystkim zrobić? W ciągu dnia, zwłaszcza ładnego, biegam, załatwiam, działam, spotykam się i jest w miarę ok. Przychodzi wieczór i wraca tęsknota. Za kimś bliskim, za kimś moim. Czy nauczę się żyć sama?

Najbardziej tęsknię za A. Wciąż. Bardzo. A on? Kim dziś dla niego jestem? tak bym chciała porozmawiać, usłyszeć jego głos. Spieprzyłam?

JS już nie obrażony. Zaczepiłam go kiedyś podstępnie sms-em i wyjątkowo szybko zareagował więc chyba mu przeszło. Gadamy sobie od czasu do czasu, ale już troszkę inaczej niż dawniej. Chyba z większym dystansem i mniejszą chemią. No cóż. Zresztą i tak nic większego nie może być z naszej znajomości. Poza tym wydaje mi się, że to typ, którego ciągle trzeba słuchać, podziwiać i uwielbiać. Słucham, owszem, podziwiam, ale nie uwielbiam. Czasem coś i ja poopowiadam lecz muszę przyznać, że w porównaniu z nim wypadam marnie. Ale potrafię go rozbawić. To już coś :) Nic tam. Dobrze,że jest bo mogę napisać, że mi smutno i zwykle oddzwania. Dobrze, że ktoś wtedy oddzwania.

Inna sprawa z M. I sama się w nią wkręciłam. Naraiłam mu koleżankę na dodatkowe lekcje. Piękna, bezpośrednia, młoda dziewczyna. I teraz mnie skręca mała zazdrość. Niby już miałam do niego stosunek z grubsza obojętny, a teraz mam jakiś problem. Ciekawe czy będzie się tak samo zachowywał jak przy mnie? Może jednak nie jest taki obojętny na kobiety? Koleżanka, dobra obserwatorka, ma wprawdzie podobne spostrzeżenia, ale w sumie nic nie wiadomo. Widzę, że jednak też go polubiła i to szybko. W sumie ma z nim do czynienia trzeci raz. Widzi w nim sporo pozytywnych cech i jak o tym mówi, to mi czegoś żal. No cóż.Ona uważa, że on ma jakiś uraz do kobiet, bo może taki w porządku, a trafił na niewłaściwe kobiety. Czy ja wiem? Może i tak.