Praca zdominowała wszystko.

Kocham moją pracę, ale aktualnie mam jej troszkę aż nadto, delikatnie mówiąc. Taki czas i muszę wytrzymać. Nawet nie o to chodzi, że muszę wytrzymać, ale trzeba duuużo pracować. Tak dużo, że na życie osobiste brak siły i czasu. Zważywszy na to, że moje życie osobiste jest dość ubogie, jakoś daję radę. Mam nadzieję, że za jakieś półtora tygodnia zwolnię tempo. Ostatnio dopadło mnie przeziębienie. Nie wiem czy z powodów pogodowych, czy ze zmęczenia, ale fakt czuję się byle jak. Wbrew nadmiarowi pracy próbuję wyrwać coś dla siebie i w ostatni weekend udało mi się wyskoczyć do teatru. Siedziałam wprawdzie jak na szpilkach, bo w domu czekała robota więc nie miałam takiej przyjemności z wyjścia, jakiej oczekiwałam. Ale byłam i widziałam. Powinnam zadzwonić do moich koleżanek, ale nie mam czasu na pogaduchy. O odwiedzinach też póki co nie ma mowy. W kawiarni nie byłam już z miesiąc i nie wiem kiedy będę. Nawet z córką nie mam kiedy porozmawiać, bo jak już się zdzwonimy to godzina niewyjęta, a ja tej godziny na gadu gadu nie mam. Nie oglądam tv, nie czytam książek, nie spotykam się, nie chodzę po sklepach. Pracuję. A jak nie pracuję to śpię. Brak shoppingu wynika też z konieczności. Jakimś dziwnym trafem krucho w tym miesiącu z kasą więc unikam pokus. To tyle na dziś, bo mam jeszcze co nieco do zrobienia.

Pozory raz jeszcze.

Przeczytałam swój ostatni wpis i znowu zaczęłam rozmyślać na ten temat. Tym razem o sobie. Jak ja jestem odbierana? Przez niego, przez innych? Tylko A. znał mnie taką, jaką jestem naprawdę. Aż do bólu. Tylko przy nim byłam sobą na sto procent. Mogłam sobie na to pozwolić i nigdy tego nie wykorzystał. Szanował wszystkie moje zalety i słabości. Słabości tłumaczył dobrocią. Zachowywał się tak, żeby mnie nie ranić. Wiedział co mnie boli, a co cieszy. Przed nikim innym nie byłam tak naturalna. I przecież nie dlatego, że nie chciałabym. Wręcz przeciwnie, nienawidzę nie móc być sobą, ale często nie można się do końca ujawniać, bo ktoś to zawsze wykorzysta. Zwłaszcza jeśli się jest osobą wrażliwą. Więc na co dzień staram się nie okazywać swoich lęków, niepewności, słabości, robię dobrą minę do złej gry, chwytam byka za rogi, udaję groźną, pewną siebie, samodzielną, niezależną, samowystarczalną. Dużo się śmieję, lubię żartować, spotykać z ludźmi. Nie opowiadam o swoich kłopotach, nie proszę o pomoc. Owszem, są znajomi, którzy wiedzą jak wygląda naprawdę moje życie, ale tylko niektórzy, ci najbardziej zaufani. Znają prawdę, ale to nie znaczy, że im z tego powodu ciągle narzekam. Nie, bo wychodzę z założenia, że moje życie to mój problem i sama sobie muszę poradzić. Lubię się przed nimi czasem wygadać, ale tylko o to chodzi. Częściej właściwie słucham, nie mam ochoty na użalanie się nad sobą. No, może jedynie w kwestii samotności. Poza tym staram się cieszyć tym, co mam. Jestem zdrowa, wolna, mam pracę, którą lubię, mam fajne dzieci, znajomych, święty spokój, a reszta zależy ode mnie. Sporo jest nie tak wokół mnie, ale nie chcę się tym na okrągło zatruwać, bo na wiele rzeczy nie mam wpływu. Słyszałam nieraz, że jestem odbierana jako osoba silna, pewna siebie, dobrze sobie radząca. Super, ale to przecież dalekie od prawdy. Jednak udaje mi się. Czy to oznacza, że gram? Sama się czasem gubię. Nie, chyba jednak nie gram, bo to moja własna potrzeba żeby sobie radzić, nie zatruwać innych swoją nieszczęśliwą miną, nie użalać się, cieszyć się bzdurami, stawiać wyzwania i realizować je, choćby przez sto lat. Nie lubię, gdy się ktoś nade mną lituje. Ludzie widzą efekty. I na tej podstawie myślą, że mi lekko i łatwo wszystko przychodzi, że mam lepiej niż oni, że nie potrzebuję pomocy. Bzdura. W sumie jestem zadowolona, że tak mnie odbierają, ale czasem, gdy mi naprawdę ciężko zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby narzekać na wszystko i wyrobić postawę tej, której wszyscy powinni pomagać.

W relacjach z mężczyznami, nie wiem jak jestem postrzegana. Myślę, że zwłaszcza od czasów mojego małżeństwa i czasów A., na pewno boję się być szczera. Wydaje mi się, że uważają, że jestem wyzwoloną, rozrywkową i pewną siebie kobietą. Dbam o swój wizerunek. Nie chcę pokazać, że na kimkolwiek mi zależy. Czekam na pewne sygnały, z ich strony, ale sama wszystko traktuję jak żart. Nie ufam im. Nie wiem, czego chcą. Żart jest dobry na przykrycie prawdziwych uczuć. Boję się odkryć przed nimi. Bronię się przed okazywaniem im swojej wrażliwości, swojej ciepłej kobiecej natury, domatorskiej natury, potrzeby uczuć, najzwyklejszych, najszczerszych. Udaję obojętność albo, że mi nie zależy. Udaję zawsze zadowoloną i wesołą. Taką, którą niełatwo dotknąć, zranić. Nie dopuszczam ich do mojego świata. Zachowuję się nie tak, jak bym chciała, a potem się złoszczę, że nie wiedzą jaka jestem.  Nie wiem, jak się zachowywać. Głupia jestem w tym temacie.

A pozory czasem mylą.

Otóż, troszkę więcej wiem na temat życia osobistego obiektu mojej sympatii i trochę inaczej zaczynam go postrzegać. I znowu myślę sobie, jak to nieraz odbieramy ludzi zupełnie innymi niż są naprawdę, tylko dlatego, że tak się zachowują. A zachowują się tak a nie inaczej z różnych powodów. Często jest to samoobrona. Jak zatem można się zbliżyć do człowieka, którego trudno poznać, który nosi maskę? Często zachowania, które odbieraliśmy jako skierowane na przykład do siebie, mogły mieć zupełnie inne znaczenie, choćby dlatego, że nie znaliśmy ich przyczyny. Wprawdzie nie mam pewności, że tak jest na pewno, ale jest to bardzo prawdopodobne. Mój ulubiony znajomy ma kobietę, która traktuje go byle jak. Nawet nie wiem czy to w ogóle jego kobieta? Może on chciałby żeby nią była i stara się o to? Może on coś czuje, a ona nic? Może to po prostu przyzwyczajenie i nie potrafi z niej zrezygnować? Może oboje są ze sobą bo nie mają nikogo innego i on się stara żeby było miło a ona te starania łaskawie przyjmuje, ale nic w zamian nie daje? Podobno są od dawna, ale najwyraźniej ona go potrzebuje tylko do pomocy i wysługiwania się nim. Nie jest ani sympatyczna, ani ciepła, ani miła, ani ładna, ani zgrabna. Wiem z kilku źródeł i widziałam na własne oczy. To typ kobiety trochę nieprzystępnej i babochłopa. Nie wzbudziła mojej sympatii. On się trochę żalił (nie mnie) na nią. Właśnie na to, że taka zimna, że nic w niej ciepła, że nie chce z nim nigdzie wyjść, że ich spotkania trwają krótko, że nie ma w nich czułości, że nie rozmawiają, że pamięta o nim tylko gdy jest jej do czegoś potrzebny. Wierzę w to. Poza tym kiedyś widziałam ich spotkanie, bo ona mieszka niedaleko. Nawet do domu nie wszedł po całym dniu pracy. Rozmowa na podwórku, a całe spotkanie trwało może pół godziny. Żadnego buziaka, żadnego przytulenia ani na dzień dobry ani na do widzenia. Żadnych uśmiechów. On chyba próbował być miły, ale ona trzymała go na dystans. Wręcz odsuwała się od niego. Absolutnie nie zachowywali się jak para. Raczej jak skłócona para w konflikcie i rozpadzie. Wszystko pasowało do moich wcześniejszych spostrzeżeń. Przecież nigdy wcześniej nie wspominał o niej, a kiedy już zaczął to nie były to ciepłe słowa. Mam wrażenie, że to nie jest uczucie. Raczej zasiedzenie. Jest już dojrzałym 40-letnim facetem i pewnie myśli o założeniu rodziny i pewnie jeszcze bierze ją pod uwagę bo znają się wiele lat, ale to raczej rozsądek niż zaangażowanie. I jeszcze jedno mi przyszło do głowy. Gdy widziałam jak odsuwa się od niego, przypomniałam sobie, że on też kilka razy odsuwał się gdy byłam zbyt blisko. Wtedy myślałam, że z nim coś nie tak albo ze mną. Dziś wydaje mi się, że chodzi o coś innego. Któregoś dnia kilka miesięcy temu poczułam, że niezbyt ładnie pachnie mu z ust. Nie wiem, czy tak jest zawsze czy tylko czasami? Nie miałam z nim aż takich bliskich kontaktów. Mam dwóch znajomych, z którymi nie da się z bliska rozmawiać z tego powodu i zastanawiam się jak ich partnerki znoszą bliskość. Może on ma ten sam problem i dlatego ona tak się od niego odsuwała gdy tylko chciał się zbliżyć? Może dlatego nie chciała buziaków? Może również dlatego świadomie odsuwał się ode mnie żebym nie poczuła? Może to była ucieczka przed sobą, a nie przede mną. Przecież wiem, że mnie szanował i uważał za zadbaną, elegancką i atrakcyjna kobietę. Dlaczego miałby bać się stać zbyt blisko mnie? Przecież nigdy nie zachowywałam się w taki sposób żeby mógł się czegoś obawiać z mojej strony. W sumie to mi go trochę dzisiaj żal. To dobry człowiek. Może prosty, może trochę gruboskórny, może zgrywa niedostępnego, a w rzeczywistości boi się odrzucenia, bo ma świadomość swoich niedoskonałości? Może myśli, że zasługuje tylko na tyle ile od niej dostaje i jest dobry tylko wtedy gdy pomaga. Nie wiem co o tym myśleć do końca, ale smutno mi trochę.

Historia pewnej znajomości.

I tak to jest z facetami. Moja znajoma, o której już kiedyś wspominałam, ma przyjaciela. Znają się od dawna, ale ich drogi na długo się rozeszły. Spotkali się kiedyś ponownie przez przypadek, jako ludzie w zaawansowanym już wieku. Ona od lat rozwiedziona, on tuż po rozstaniu z wieloletnią partnerką. Wymienili się telefonami, po czym on zaczął starać się o spotkanie przy najbliższej okazji. Znajomość odżyła. On często zabiegał o spotkania, ona zaczęła się angażować. Spotykali się u niej, u niego, w kawiarniach. Dużo rozmawiali, imponował jej inteligencją i mądrością. Jak na swój wiek był świetnym kochankiem. Wiązała z nim spore nadzieje na wspólne życie, bo stali się sobie bliscy, a przecież oboje byli samotni. Martwiło ją jednak, że on nie przedstawia jej swoim znajomym ani dorosłym dzieciom, że spotykają się tylko sam na sam lub na gruncie neutralnym, że nigdzie razem nie wyjeżdżają, i że w sumie na co dzień jest sama. Ona przeciwnie, osoba otwarta, odważna wprowadziła go w swój świat prywatny, towarzyski i rodzinny. Pomagała mu, wspierała go psychicznie i była na każde zawołanie. Inna sprawa, że nie był jej jedynym przyjacielem, ale takim, którego traktowała najpoważniej jako partnera na przyszłość. Wiem, że spotykali się bardzo często chociaż nie do końca podobał mi się charakter tychże spotkań. Miałam wrażenie, że on nie traktuje jej poważnie, a jedynie jako osobę, która może mu dać to czego on potrzebuje. A potrzebował czego innego niż ona. Próbowałam jej to delikatnie uzmysłowić i chyba sama to widziała, ale ona relacje z mężczyznami traktuje inaczej niż ja więc chyba z premedytacją się na to zgadzała. Ich spotkania bardzo często inicjował ten mężczyzna i z tego co wiem, najbardziej chodziło o seks i rozrywkę. Jednocześnie utrzymywał kontakty z byłą partnerką, której rzekomo pomagał w prowadzeniu interesu, ale która ponoć już się w jego życiu osobistym nie liczyła. Coraz bardziej zażyła znajomość z moją koleżanką trwała ponad rok, aż do niedawna. Kilka tygodni temu koleżanka będąc w pubie, w gronie swoich przyjaciółek, będąc na rauszu, ściągnęła do tego lokalu również owego pana. Bawili się, tańczyli, rozmawiali, pili. Wszystko było ok do momentu, gdy mężczyzna nie potknął się i nie przewrócił na tyle groźnie, że znalazł się szpitalu na kilkanaście dni. Od tej chwili wszystko się zmieniło. Koleżanka poczuła się w obowiązku zaopiekować nim i interesować jego zdrowiem i naprawdę się zaangażowała, czego byłam świadkiem.. Jednakże on zapragnął bardziej pomocy i wsparcia byłej partnerki. Wtedy okazało się, która kobieta jest dla niego ważniejsza. Nie ta rozrywkowa, z którą miło spędzał czas gdy tego potrzebował, ale ta z którą był w wieloletnim związku i która mogła się nim zająć tak jak tego potrzebował. Ta druga była dyspozycyjną domatorką, samotna, bez rodziny. Mogła go przyjąć do domu. U niej poczuł się bezpiecznie, bo wrócił na stare śmieci. Do mojej koleżanki nawet nie zadzwonił. Przypomniał sobie o niej dopiero wtedy, gdy doszedł do siebie na tyle, że chyba poczuł, że znowu może wrócić do dawnej aktywności. A moja koleżanka, niby taka mądra, a jednak próbuje chyba samą siebie oszukiwać, a może mnie, że on jednak ją docenił i nie chce z niej zrezygnować. Guzik prawda. Ona nie potrafi żyć bez adorowania i towarzystwa przez siedem dni w tygodniu, a on chce mieć u niej to czego potrzebuje, a nie ma z tamtą. Pokręcone to wszystko i jak dla mnie skomplikowane i nie do przyjęcia. Ona jednak chyba w to wejdzie ponownie.

W życiu go nie zrozumiem!

I chyba dlatego od początku mnie tak intryguje. No, jak mało kto. I o co tu chodzi? A może na tym właśnie polega jego metoda? A może to nie jest żadna metoda, ale jednak działa na kobiety i on sam się już gubi w zeznaniach. Oczywiście mowa o M. Tak, wiem, obiecałam odpuścić definitywnie i odpuściłam. W 99 procentach. Jeden sobie zostawiłam tak na wszelki wypadek, ale tylko jeden. Co to jest jeden procent? Prawie nic. Ale po kolei. Szłam sobie w niedzielę pod wieczór do domu ze spaceru po mieście. Sama jak palec, bo tak wyszło, że moja koleżanka, towarzyszka w samotności i nienałogowym paleniu papierosów, nie mogła mi towarzyszyć. Niedziela jak wiadomo, jest dla mnie zawsze najtrudniejszym dniem więc korzystając z pogody wyszłam się przejść, popatrzeć na ludzi i zapalić w spokoju. Pogoda piękna, upał więc ubrałam się w ulubioną sukienkę na ramiączkach, która ładnie podkreśla moja figurę, opaleniznę i dekolt. Ot tak sobie, żeby ładnie wyglądać i lepiej się poczuć. Na upał zresztą jest doskonała. Sama sobie się tego dnia podobałam, co nie często się zdarza. Poszłam sobie do centrum obserwując przy okazji ludzi, zwłaszcza pary i rodziny i jak zwykle ckliwie mi się zrobiło, ze ja taka sama jak palec. Przypomniałam sobie A. i nasze spacery i przez chwilę już byłam gotowa podjąć decyzję o ponownej próbie dotarcia do niego. Kocham go i tak będzie zawsze. Jednak potem pomyślałam sobie, że nie potrafiliśmy zawalczyć o siebie wtedy, gdy byliśmy tak blisko więc co możemy zaoferować sobie teraz. Nawet nie wiem czy on o mnie myśli w taki sposób jak ja o nim. Czy tęskni tak jak ja? A jeśli nawet tak i spotkalibyśmy się ponownie to czy potrafilibyśmy pokonać to co nas wtedy rozdzieliło? Obawiam się, że nie. Więc po co wracać i cierpieć? Jeśli nie umiałabym pogodzić się z tym co mi wtedy przeszkadzało, to po co mam zawracać mu głowę i ranić go. To już nie chodzi o to, że ja tęsknię. Chodzi o spokój człowieka, którego kocham. Nie można się bawić czyimiś uczuciami. Nie chcę żeby cierpiał. Dziś nie mam żadnej pewności, że mój tok rozumowania jest słuszny i być może on wcale sobie tym nie zawraca głowy, ale nieważne. Wiem co ja czuję i wiem, że pragnę żeby był szczęśliwy. I w ten sposób zrezygnowałam z próby poszukiwania kontaktu z A.

Kontynuowałam spacer i zauważyłam, że niektórzy panowie całkiem wyraźnie na mnie spoglądali. Pocieszyłam się, że jeszcze chyba nie jest ze mną tak źle tyle, że średnia wieku tychże panów trochę mnie martwiła. Ale co tam, dobre i to. W końcu kupiłam sobie lody i usiadłam w parku na ławce popatrzeć na spacerujących i łabędzie. Przysiadł się zaraz mężczyzna i strasznie zebrało mu się na rozmowę.Gadał  i gadał, a ja mało co odpowiadałam, bo jakoś nie przypadł mi do gustu. Ostatecznie zdecydowałam wracać do domu tym bardziej, że i druga koleżanka, na którą liczyłam nie mogła się ze mną spotkać. Smutno samej w domu i smutno samej wśród ludzi.

W drodze powrotnej spotkałam M. jadącego autem. Zauważył mnie z daleka (w końcu ma doskonały wzrok) i ucieszył buźkę na mój widok, co było całkiem sympatyczne. Zatrzymał się, wysiadł i zaczęliśmy rozmawiać jak za dawnych czasów. Z godzinę tak gadaliśmy. Jak to z nim, czyli na każdy temat, ale nic osobistego. Nic osobistego, ale na tematy damsko-męskie jak najbardziej. Wiem, że to może samo sobie zaprzeczać, ale ktoś kto zna M. wiedziałby o czym piszę. Wracał od dziewczyny. Sama go o to zresztą zapytałam, bo jechał z jej ulicy, a ja przecież coś tam wiem na ten temat tyle, że niewiele. Potwierdził, ale zaraz zaczął mówić o niej w taki sposób jakby cały ten związek z nią to był niewypał. Potem z kolei pokazał mi zdjęcie w telefonie – swoje z nią. Normalna dziewczyna, nie wiem w jakim wieku. Zdziwiło mnie tylko, że ciemnowłosa, bo gdzieś tam kiedyś wywnioskowałam, że blondynka. Mnie już wcześniej ten jego związek wydawał się dziwny i jakby coś w rodzaju alibi dla innych kobiet. Co to za para, która prawie się nie spotyka. To dojrzali ludzie, a nie nastolatki. Czemu nie mieszkają razem? On pracuje po kilkanaście godzin i po pracy goni do swojego rodzinnego domu. W soboty i niedziele również. W święta też z nią nie jest. Wspomina o niej bardzo rzadko i jakby w ostateczności. Nawet w tą niedzielę widzieli się tylko godzinę, bo wcześniej mówił mi, że skończył prace o 18, a spotkaliśmy się na ulicy kwadrans po 19. I nawet jeśli o niej mówił to wcale to nie było ciepłe. Wcześniej poświęcił mi sporo czasu i nigdy nie przeszkadzała mu w tym żadna dziewczyna. Więc jak to jest? Miłości to ja tu żadnej nie widzę. Moja koleżanka, która go zna, myśli o nim podobnie. Ki czort? Nawet mnie ta rozmowa o dziewczynie bawiła z tego powodu. I nawet próbowałam mu przyjacielskich rad udzielać w tym temacie, a wtedy jeszcze bardziej krytycznie się o niej wypowiadał. Dziwny jest. Rozmawiało nam się przyjemnie i wciąż go lubię, sama nie wiem za co. Bardzo ładnie wyglądał. Jak sobie przypomnę dzień gdy go poznałam (brrr) i ostatnie spotkanie, to jest przepaść. Jak nie ten sam facet. Ja zauważyłam poprawę już wkrótce po pierwszym kontakcie i wydawało mi się, że to ze względu na mnie za drugim razem był już ostrzyżony, ogolony, lepiej ubrany, ale i tak jeszcze mu było daleko do tego jak jest dzisiaj. To nie ten sam facet i muszę przyznać, że wygląda atrakcyjnie i tym razem na swoje lata, a nie na więcej. Aż go skomplementowałam, co połknął jakby mu się należało, ale ja w zamian nic nie dostałam. Nie, to nie w jego stylu powiedzieć coś miłego. Tyle, że w dekolt mi łypał na 100 procent i na ramiona też. I tłumaczył pewne zawiłości rysując patykiem na ziemi tuż przy mojej opalonej szczupłej nodze odsłoniętej powyżej kolana. I wcale nie odsuwał się daleko, jak niegdyś bywało. Pierwszy raz mnie widział w takiej letniej kreacji, która sporo odsłaniała -plecy, ramiona, nogi, spory dekolt. Zadowolona byłam, że właśnie tę sukienkę tego dnia założyłam. I nie mógł się spodziewać, że to specjalnie, bo spotkanie było przypadkowe. Niech widzi, że mam ładniejsze ciało niż niejedna dziewczyna. Niech mnie trochę wreszcie potraktuje jak kobietę. Rozstaliśmy się jak zwykle po kumpelsku, ale i tak byłam zadowolona, bo ewidentnie zauważyłam, że zerkał na mnie z przyjemnością, ciekawością, zaskoczeniem. Tak jak facet. I to by było na tyle w tym temacie. I niech sobie ma tę swoją laskę, która go wkurza.