Co ma być, to będzie. I tyle.

Czuję się nie najlepiej. Fizycznie. Głównie z powodu przeziębienia i aury za oknem. Tak sobie siedzę w domu, leżę, czytam, oglądam tv za wszystkie czasy. Nawet trochę gram sobie w jakieś logiczne gierki. Totalne lenistwo. Do niczego się nie zmuszam. Skrajny minimalizm. Staram się tym za bardzo nie przejmować, bo przecież nie mam męża, ani płaczących małych dzieci. Nie muszę wypełniać jakichś codziennych obowiązków. Za kilka dni wracam do pracy i życie znowu nabierze tempa więc jest ok. Wprawdzie miałam na przykład odwiedzić koleżankę, ale nie czuję się za dobrze na odwiedziny, a poza tym chyba jakoś nie służą mi rozmowy z nią. To się stał bardziej obowiązek. Nie jest moją przyjaciółką. Jest moją dawną koleżanką przez zasiedzenie, ale nie mam jakiejś wielkiej przyjemności z obcowania z nią. Chodzi mi głównie o płaszczyznę porozumienia. Nasłucham się natomiast od niej tyle rzeczy, że potem dochodzę do siebie i obiecuję sobie, że szybko się już z nią nie spotkam. Więc odwlekam.

Z M2 nijako. Zweryfikowałam swój stosunek do niego i postanowiłam, że spróbuję inaczej. To i tak już nie to samo, co na początku więc w sumie mam czas. Co ma być to będzie, a na siłę nic się nie da zrobić. Albo jestem mu obojętna, albo coś tam próbuje przeczekać, sprawdzić. Sama nie wiem. Daję sygnały, że jestem otwarta, ale wielkiej reakcji z jego strony nie widzę. Raczej powinnam się wkurzać na jego postawę, jednak doszłam do wniosku, że gdy go atakuję, on się zacina jeszcze bardziej, a potem ja się z tym źle czuję i żałuję. Lubię go choć mnie strasznie złości jego zachowanie. Nie chcę na razie palić za sobą mostów zanim się nie upewnię, że to nie ma żadnego sensu. Póki co, nawet trochę za nim tęsknię, ale nie powiem mu tego, bo jakiś się zrobił odporny na moje ciepłe odruchy, a to mnie dotyka więc buzia na kłódkę. Trzyma mnie na dystans. Na zimno, ale grzecznie i spokojnie. I nie martwi się tym, że sobie pomyślę bóg wie co. Jakby miał mnie w nosie. Wczoraj obiecał, że się wieczorem odezwie. Do dziś cisza, choć się upominałam o kontakt. Raz. Więcej nie poproszę, ale staram się nie przejmować tym za bardzo. Na szczęście nie jestem zakochana. Ale jestem wciąż zainteresowana.

Na spokojnie, choć nie tak, a może jednak tak lepiej?

Przewrotny i pokręcony tytuł, ale tak to właśnie u mnie wygląda. Jednak fakt, jestem spokojna. A co dalej, nie wiem. W tej chwili odpoczywam. Od pracy, od przeziębienia i od M2. Chociaż od M2. to raczej nie do końca, bo przecież absorbuje moje myśli i zmusza do zastanowienia się nade mną, nad nim, nad nami. Chciałabym go zrozumieć. Naprawdę. To prawda, gdy mi zarzuca brak zrozumienia, ale jak można zrozumieć człowieka, który jest dość trudny i trochę staroświecki, zasadniczy, nie wyraża się wprost w kwestii uczuć i relacji, potrafi być zacięty, błyskawicznie oceniać i podejmować decyzje, stosuje jakieś gry i każe zgadywać, co autor miał na myśli, a jeśli nie zgadnę, to nie pasuję. I jestem bezsilna, bo nie daje mi szansy na zrozumienie i poznanie go. Najpierw chciałabym wiedzieć czego ode mnie oczekuje, o co mu chodzi, a potem zdecydować, czy mogę być taką, jaką chciałby żebym była. Nie zmieniać się pod jego dyktando, bo to nie wchodzi w grę, ale może ja już taka jestem? A on nie rozmawiając, nie dając mi szansy na wyjaśnienie, nie dowie się tego. Bo on mnie blokuje, stwarza dystans, powoduje, że i ja z nim gram, żeby nie dać się zranić. I nie wiem się, o co jemu chodzi. Ja też potrzebuję z jego strony wytłumaczenia pewnych zachowań. Nie wiem, czy postępuje ze mną tak, bo mu zależy i pragnie tego co ja, czy dlatego, że jest już takim typem i po prostu tak ma być. Jeśli chcemy tego samego i spieramy się, bo obojgu nam zależy, wtedy jeszcze jest sens i można się dogadać. Ale jeśli to jakieś dziwactwa charakteru (czego się obawiam) to idźmy w swoje strony. Rany, jakie to pokręcone. A przecież wszystko można wyjaśnić, wystarczy tylko chcieć. Ale przecież go nie zmuszę. On wie swoje.

Fajerwerki, motyle, zachwyty i wielkie boom.

W nowy rok weszłam sama. Podobnie jak rok temu. Czy tak już zostanie? A przecież mogło być zupełnie inaczej i jeszcze dwa tygodnie temu nie pomyślałabym, że tak się stanie. Znowu jakiś mężczyzna obraził się na mnie tak bardzo, że przekreślił wszystko w pięć minut. I co ja mam o tym myśleć? Co ja mam myśleć o sobie? Myślę, że może ze mną coś nie tak? Nie nadaję się do związku, sama nie wiem czego chcę, szukam ideału, czepiam się, narzekam, szukam dziury w całym. I w tym wszystkim wydaje mi się, że mam rację, że mam powody i nie wiem o co chodzi i jestem w szoku.Obiecywałam sobie dystans, myślałam, że przecież już jestem mądrzejsza i jakąś nauczkę wyniosłam z poprzednich związków. Guzik prawda. Człowiek się tak łatwo nie zmienia. Coś tam mam zakodowane w tym swoim mózgu i to działa podświadomie. Przewrażliwiona, zakompleksiona, niedowartościowana. Jestem trudna dla mężczyzn w bliższej relacji. Trzeba się obchodzić ze mną jak z jajkiem. Oni, mężczyźni, chyba nie są w stanie zadośćuczynić mi tego, co zrobiła ze mną przeszłość. To za duży ciężar dla nich. Dla każdego. Ja niby tego świadomie nie oczekuję, ale jednak mam takie oczekiwania wobec nich, że to zaczyna działać na niekorzyść. Uciekają? Tak czasem myślę. No więc jak mam postępować, zwłaszcza gdy mi zależy? Jak nie zależy, to łatwiej o dystans. A gdy zależy czepiam się i narzekam. I wydaje mi się wtedy, że mam rację, że przecież chcę dobrze. A potem, gdy schrzanię, myślę, że przeginałam i nie potrafiłam docenić starań. Tak myślałam w przypadku A. i tak mi się wydaje teraz. Oczywiście tak do końca się nie ukorzę, że tylko moja wina, ale patrząc z perspektywy, mogłam bardziej doceniać. Ale on też mógł się zachowywać inaczej. I tu się koło zamyka.

Nie poznaliśmy się dobrze, to na pewno. Trzy miesiące to bardzo krótki czas. Różne charaktery i podejście do życia. Wciąż podtrzymuję, że to wartościowy, ale chyba trudny człowiek. Na pewno się starał. Widziałam to. Jednak jakoś zbyt szybko się rozwinęła ta nasza znajomość, za bardzo przybrała osobisty i roszczeniowy wymiar. Za bardzo się spoufaliliśmy. Za krótki był okres podrywania i randkowania. On też tak uważa, ale przecież to on narzucił takie tempo. To nas chyba zgubiło, bo za szybko zaczęliśmy mieć do siebie prawie „małżeńskie” pretensje. I w końcu nas to przeraziło. Zauważyliśmy to chyba w tym samym momencie, tyle że ja śmiałam o tym pierwsza powiedzieć i mieć wątpliwości. To był mój błąd i w jednej chwili prawdopodobnie uraziłam jego dumę do tego stopnia, że zamilkł. I w sumie milczy do dziś. Nie chce rozmawiać, nie chce wyjaśniać, nie chce próbować naprawiać. Nie pomogły święta ani sylwester. Zaciął się i już. Odtrąca moją wyciągniętą na zgodę rękę, moje prośby o spotkanie i rozmowę. Jednocześnie ani nie rozmawia ani nie odchodzi. Potrzebuje czasu. Ile, na co, po co? Nie wiem. Twierdzi, że naciskam na niego, gdy chcę żeby się określił i nie trzymał mnie w niepewności. Bo on nie wie co dalej, ale teraz nie umie, nie może, nie chce. Ja też nie wiem, ale jak się mamy tego dowiedzieć skoro nie próbujemy czegoś naprawić? Sam czas to załatwi? Moim zdaniem tylko nas oddali. Ja już zaczynam mieć dość, bo cóż to ma oznaczać? Mam czekać na jego przyzwolenie. Zostałam sama i nawet nie wiem jaki jest mój status, bo on nie chce powiedzieć, że to koniec. Czyli, że niby mu zależy? Czy ktoś mi to wytłumaczy? I ile mam czekać? Ile on tego czasu potrzebuje? I tu jest właśnie jedna z poważnych różnic między nami. Ten sam problem widzimy zupełnie inaczej. Ja chcę rozmowy, zgody i działania. On milczy i ucieka. I nie robi tego z tchórzostwa. To jakaś kara dla mnie. Jego upór i duma.

Zatem po podjęciu wyraźnych prób dążenia do porozumienia, związanych z pokonaniem mojej własnej dumy i jawnym daniem do zrozumienia, że mi zależy, i zimnym odrzuceniu moich dobrych zamiarów i gestów przez niego, oznajmiam, że już zostałam pokonana i wycofuję się. Jeśli podejmie decyzję o spotkaniu w czasie, gdy jeszcze coś się tli, może nam się uda. Jeśli mnie przetrzyma i sobie totalnie odpuszczę, po prostu powiem – za późno. Ryzykujemy zatem. Ja już na to nie mam wpływu.