Jakoś tak… nijako.

Ani dobrze, ani źle. A może bardziej dobrze niż źle. I powinnam się cieszyć,tylko że czegoś mi brak. Tak się jakoś nudno zrobiło. Jakieś mnie ogólne lenistwo dopadło. I dość mi z tym dobrze, ale martwię się, że tak mi zostanie i starość mnie dopadnie ostatecznie. Z dziewczynami za często spotykać mi się nie chce, palić też nie (to akurat dobrze), na alkohol nie mam ochoty, nawet na lampkę wina, po którą wcześniej chętnie sięgałam, i mężczyzny mi jakoś nie brakuje, chyba pierwszy raz od czasów A. A przecież wiosna się zaczęła i rok temu tak mnie nosiło w tym temacie, a dziś nic a nic. Z dziewczynami znudziło mi się już odwieczne narzekanie na los, facetów, brak kasy i wysłuchiwanie ich dylematów. Zwłaszcza gdy widzę, że same nie wiedzą czego chcą, albo nie są do końca szczere w tym co mówią. Jedna tkwi w jakimś toksycznym układzie, o którym słyszę już ponad rok i nie rozumiem z tego nic a nic. To znaczy nie rozumiem jej postawy, bo dla mnie sprawa jest oczywista. Wiem, że mnie łatwiej ocenić, bo mnie to nie dotyczy. Poza tym sama kiedyś swoje przeszłam i wiem, jak trudno coś zmienić, zwłaszcza gdy nasza decyzja nie dotyczy tylko nas i gdy nie bardzo mamy wsparcie albo możliwości, aby dokonać rewolucji w swoim życiu. I rozumiem te wszystkie jej dylematy i tę huśtawkę. Na tej huśtawce jestem z nią już przeszło rok i im bardziej jestem w to zaangażowana, tym bardziej mam jakąś złość do koleżanki, że pozwala sobą tak manipulować i zachowuje się tak niekonsekwentnie wobec niego. Mam chęć uciekać od jej problemów, bo jestem bezsilna. Mogę jej tylko towarzyszyć, ale za dużo mnie to kosztuje, bo nie da się nie angażować. To wszystko bardzo skomplikowane, a jednocześnie wydaje się, że rozwiązanie jest proste, tylko że ona nie potrafi się odciąć. Więc wkoło macieju wałkujemy to samo i już mi się chyba znudziło. Na jej usprawiedliwienie działa chyba tylko wiek, bo to dość młoda osoba i wciąż wierzy w jakiś cud. Tak jak ja kiedyś.  

Mała tęsknota.

Tęsknię za A. Tak bym chciała zobaczyć go choć z daleka. Tak chciałabym usłyszeć jego głos. Dowiedzieć się co u niego. Ponad dwa lata minęły od naszego ostatniego spotkania a on wciąż jest dla mnie ważny i bliski. Myślę o nim często. Chyba codziennie. Nigdy tego nie zrozumiem.

Wydaje mi się, że jest dobrze tak jak jest. Po krótkiej lecz intensywnej znajomości z M2 doceniam moje obecne życie i wolność. Im dłużej jestem sama, tym trudniej mi sobie wyobrazić siebie w związku. Przyzwyczajam się do tego, że jestem panią swego czasu i swoich decyzji. Nie jestem od nikogo zależna, nie muszę się do nikogo dostosowywać i żyje sobie spokojniej. Jeszcze nie tak dawno byłam nieszczęśliwa z powodu samotności, a mężczyzny potrzebowałam na dobre i na złe, czyli do poważnego związku na co dzień. Może i jeszcze gdzieś tam w zakamarkach duszy marzy mi się coś takiego, ale chyba już nie wierzę w taką możliwość. Ludzie w moim wieku mają już swoje jakoś tam poukładane życie, swoje przyzwyczajenia, dziwactwa, lenistwa, swoje potrzeby. Nie chce im się dopasowywać do drugiej osoby ani zmieniać swojego wygodnego życia. Widzę to po sobie. Związek z M2 był interesujący, ale mnie zmęczył. Nagle musiałam być dyspozycyjna, musiałam mieć czas na codzienne rozmowy, na częste wyjścia. Zaczęło mi brakować czasu dla moich znajomych, na moje książki, zaangażowanie w pracę. Musiałam ukrywać kontakty z pewnymi znajomymi, bo budziły foch. Zaczęło mi się robić głupio, że nie jestem taką gospochą, jakiej oczekiwał. A nie jestem, bo nie muszę. Mam ten luksus, że dom prowadzi mama i nie muszę codziennie zajmować się obiadem. I takie tam różne. Byłam sprawdzana, testowana, oceniana. Przez chwilę może być fajnie, ale na dłuższą metę – dziękuję. Nie chce mi się. Przyzwyczaiłam się do swojego życia i jest mi dobrze. Związek z M2 właśnie mi to uświadomił i to jest niewątpliwa korzyść z naszej znajomości. Czasem jednak brak mi czyjegoś zainteresowania, rozmowy, spotkania. Nie czyjegoś. Mężczyzny. Bo przecież na brak kontaktów z przyjaciółkami i w pracy nie narzekam. Z M1 też mogę zawsze pogadać, ale to nie to. I pomyśleć, że rok temu wariowałam na jego punkcie :-) Dziś mnie nie rusza, ale sympatia została. No i zawsze pomoże, gdy go potrzebuję. Doceniam to.

A M2 mnie zawiódł. Kolejna sytuacja dla mnie niepojęta. Kolejny raz wyszła ze mnie naiwniaczka. Najpierw mnie wręcz przymusił do znajomości i spotkań. Był taki happy, otwarty i pełen entuzjazmu aż mi się to udzieliło. Narzucił szalone tempo. Wydawał się taki zainteresowany i dojrzały w tych swoich marzeniach i oczekiwaniach. W końcu to naprawdę poważny i zasadniczy człowiek. Realista, który albo na chwilę stracił głowę po dłuższej samotności, albo aktor i kłamczuch, który dążył do ustalonego przez siebie celu. Albo widział we mnie kogoś innego niż jestem, i odpuścił. Okazałam się nie taka uległa, nie taka głupiutka i nie wpatrzona w niego z uwielbieniem. Mająca własne często odmienne zdanie, radząca sobie bez niego, dyskutująca, krytykująca. Parę razy nacisnęłam panu na odcisk. I nagle z euforii przeszedł do zimnej obojętności. Nagle spadło mu coś różowego z oczu i zaczął widzieć nasz związek tak jakbym to ja go osaczyła. Zapomniał o swoich słowach, czynach, propozycjach, decyzjach i wyszło, że to ja coś narzuciłam, wymusiłam, przyspieszyłam. Byłam w szoku, gdy odwracał kota ogonem. Wystarczy przeczytać wszystkie sms-y, które ja mam a on nie, bo z powodu braku pamięci w telefonie kasował co jakiś czas. A może z innego powodu? W każdym razie mam czarno na białym, kto kogo przekonywał i urabiał. I mam przyjaciółkę, która towarzyszyła mi w tej znajomości od pierwszej chwili i jest świadkiem moich dylematów, moich obaw i jego zaangażowania. I nagle mu się odwidziało. Ale tak mu się odwidziało, że gdy chciałam szczerej odpowiedzi, że znikamy ze swego życia, to nie miał odwagi i sam proponował, żeby od nowa zacząć, ale zwolnić. No i zwolnił na amen. Ja już na to machnęłam ręką, ale nie mogę zrozumieć, że można najpierw kogoś tak bardzo lubić i być w jego życiu każdego dnia, a potem nagle go skreślić. Gdyby był jakiś poważny powód to rozumiem, ale tutaj nie było takowego, żeby aż z dnia na dzień z intensywnego związku przejść do totalnego nierozmawiania i zapomnienia. Nie było żadnej zranionej miłości, która boli i każde się wycofać. Myślałam, że chociaż z pewnej ważnej okazji, o której doskonale wiedział, zadzwoni po starej znajomości. Niestety, zignorował mnie.

Tymczasem, niespodziankę sprawił mi w tym dniu JS. Zadzwonił po kilkumiesięcznej ciszy i przegadaliśmy cały wieczór. Ale JS to człowiek z innej półki. Kiedyś myślałam, że M2 też jest mężczyzną tej kategorii, ale pomyliłam się.

I w ten sposób nie mam ochoty na kolejnych mężczyzn w moim życiu. Tęsknię za A., bo to było coś pięknego. Wtedy jeszcze chciałam życia we dwoje z kimś kochanym. Wierzyłam, że to właśnie jest ten i chciałam świat przewracać do góry nogami. Byłam zaangażowana do granic możliwości i wciąż twierdzę, że to jedyna miłość w moim życiu. Wszystkich do niego porównuję i chyba nikt nie ma szansy go zastąpić więc coraz mniej wierzę w to, że kiedykolwiek pokocham tak jak wtedy. Bez miłości nic się nie uda.