Może już wreszcie troszkę z górki?

Zjazd za mną. Niezbyt owocny w wiedzę, za to nieznacznie powiększyła się moja orientacja w dużym mieście. No i najeździłam się w tę i z powrotem. Dobrze, że czasowo jakoś do zniesienia. Po powrocie padałam jakbym taczki ziemi woziła. Stara już jestem jak nic, bo ciągle potrzebuję odpoczywać. Jak biegam, to biegam na całego, nawet 10 godzin z rzędu, ale jak wracam do domu to padam i koniec. Muszę się przespać i to prawie od razu po przekroczeniu progu mieszkania. No może nie od razu. Najpierw konsumpcja, a zaraz potem myk pod kocyk na około godzinkę. Na szczęście nie dłużej i potem jestem jak młody bóg. Jestem uzależniona od drzemki popołudniowej i nie walczę z tym uzależnieniem, bo pomaga mi funkcjonować wieczorem. Niektórzy nie lubią tego, bo twierdzą, że po obudzeniu nie nadają się do życia. Ja przeciwnie więc jak najbardziej nie walczę.

A zatem zjazd przeżyłam, brak weekendu przeżyłam, i dużą sprawę w pracy przeze mnie organizowaną i prowadzoną też przeżyłam. Zostało jeszcze trochę zadań, które co roku psują mi spokój i radość z wiosennych miesięcy i powodują, że chciałabym żeby szybko minęły, choć tak bardzo je lubię i wyczekuję ich z utęsknieniem. Kolejny raz potwierdzam, że w życiu nie ma tak, że tylko same przyjemności. Równolegle dzieją się rzeczy piękne i trudne lub wręcz przykre. I trzeba dawać radę. I nie pozwalać im, tym trudnym, zabić radości z tych pięknych. Taka jestem mądra.

A w sferze uczuciowej wieje nudą. I nawet wiosna nie ma na mnie rady.

Kwiecień plecień – dekalog.

Więc trochę tego i owego z ostatniego czasu. W dziesięciu punktach. Po pierwsze, wiosna i w dodatku w moim odczuciu jakaś przyspieszona, bo są już moje łąki z „mleczykami” i to co najmniej od tygodnia, a w poprzednich latach pojawiały się dopiero w drugiej połowie kwietnia.

Po drugie kocham jeździć i nie mogę jednego dnia wytrzymać bez przejażdżki. Do doskonałości droga jeszcze długa, ale i tak jest o niebo lepiej niż pół roku temu, gdy zaczynałam systematycznie prowadzić auto. Sam fakt, że jestem spokojna i nie biegam do wc przed każdym wyjazdem :-). I na drodze bardziej wyluzowana. Nie śledzę już tak bardzo czy aby za mną ktoś nie jedzie i nie trzęsę się jeśli kogoś za sobą za blisko widzę. Dałam wreszcie prawo innym do jeżdżenia za mną :) Jadę, gra radio, ja śpiewam i jestem wolna. Warunek – jadę znaną trasą. Jednak żeby nie było, co i rusz modyfikuję te znany trasy i próbuję to tędy, to owędy. Znaczy się walczę :) Aha, i moje autko kocham.

Po trzecie, w pracy robi się dla mnie gorąco, jak zwykle w kwietniu, ale dam radę. Też jak zwykle.

Po czwarte uczyć się znowu będę, choć zarzekałam się, że nie będę.

Po piąte, M1 i M2 milczą, ale za to odezwał się przemiły JS. Pogadaliśmy sympatycznie i pewnie wystarczy na kilka miesięcy. Stwierdzam, że mnie już nic a nic nie rusza. Ani on, ani obaj M, ani nikt. Tylko na myśl o A robi mi się zawsze ciepło na duszy i wciąż mam nadzieję, że go kiedyś jeszcze zobaczę i choćby tylko porozmawiam. O A myślę często, codziennie. I wtedy myślę też o sobie, że go zraniłam i zawiodłam. Coraz częściej myślę właśnie tak. Że może jestem egoistką, i z racji swoich doświadczeń i przewrażliwienia zraniłam go bardziej niż sobie to wtedy wyobrażałam. Zapatrzona w siebie, nie chciałam zrozumieć i byłam zbyt bezwzględna. Może nawet bez serca. Tak właśnie dziś oceniam pewne swoje decyzje, pewne słowa  i czuje żal do siebie, że byłam taka zawzięta i taka okrutna.

Po szóste, coraz częściej myślę, że wcale nie jestem dobrym człowiekiem, że coś się wypaliło we mnie, zużyło i coraz bardziej patrzę własnej wygody, nawet w stosunku do najbliższych. Epoka poświęcania się już za mną. Po siódme, martwię się jednak o przyszłość moich dzieci, bo już dziś widzę, że będą miały pod górkę. I tak mnie wtedy boli serce. Z bezsilności i złości na pewne osoby.

Po ósme, podniósł mi się poziom krytycyzmu wobec innych i drażliwości na ludzkie przejawy bezmyślności i…. uwaga…. na próby wykorzystywania mnie i niedoceniania mojej inteligencji oraz umiejętności oceny pewnych sytuacji. Z tego powodu usłyszałam nawet niedawno, że zrobiłam się roszczeniowa. No mój boże, jak ja śmiałam. No cóż, jeśli ktoś ze mną postępuje uczciwie, jestem do dyspozycji i można na mnie polegać, ale jeśli ktoś mi robi świństwo, niech nie oczekuje oddania. Najwyższa pora stać się asertywną i zacząć szanować swój czas, wiedzę i umiejętności zwłaszcza w odniesieniu do ludzi, którzy w tym temacie mają niewiele do zaoferowania, ale spore wymagania i nieograniczone zdolności do bezmyślnego wykorzystywania.

Po dziewiąte, leniwa jakaś jestem. Niewiele mi się chce. Ani papierosów, ani wina, ani piwa, ani spotkań. Siedząca się bardziej zrobiłam. Brzuch mi rośnie, plecy bolą. Niedobrze. Muszę pilnować kondycji, bo kolejne szczyty do zdobycia latem, a ruchu tyle co nic. I autko robi swoje. Rozmiar wciąż jeszcze 36/38, ale czasem zdarza się i 40 w biodrach (albo brzuchu). Pierwszy raz w życiu! A we wrześniu ważyłam 50 kg. Nic to, wracam do ćwiczeń, które przerwałam tydzień temu. I trzeba wprowadzić wycieczki w życie. A mam gdzie pospacerować.

I po dziesiąte, hmmm… co by tu napisać. Jest trochę nudno w moim życiu, ale spokojnie i nie wiem, co będzie jeśli tak zostanie. Chcę spokoju mego ducha, ale nie chcę, żeby mi się już nic nie chciało. Nadzieja w wiośnie, słońcu i w lecie. I w moich młodszych energicznych koleżankach. Może znajdą na mnie sposób. Może coś się jeszcze zdarzy?