Dobrze spędzony długi weekend.

Tak, tym razem było szybko, aktywnie i bardzo przyjemnie. Miałam w domu wszystkie najbliższe memu sercu osoby, była nas pełna chata, było wesoło, były wypady na wycieczki, piękna pogoda i spotkanie z koleżankami i kolegami z dawnych lat. Każdy dzień wypełniony i tym razem nie narzekałam, że mam za dużo wolnego czasu. W czasie wycieczek zachowywałam się jak szaleniec zachwycając się majem i biegając z aparatem po krzakach i innych zakamarkach natury w poszukiwaniu ciekawych obiektów przyrodniczych do sfotografowania. Uwielbiam robić zdjęcia naturze i wyłapywać rozmaite osobliwości, na pozór normalne i pospolite, ale w rozmiarze makro ujawniające swe piękne i niepowtarzalne oblicze. Poczułam się jak w wakacje podczas górskich wędrówek. To był wstęp do tego co przede mną, w lipcu. Naprawdę odpoczęłam i podładowałam akumulatorek. W tym roku, korzystając z faktu, że jestem zmotoryzowana, mam zamiar częściej wypadać w różne ciekawe miejsca w mojej okolicy. Dość nudnych niedziel. Jest tyle piękna wokół nas.

Piątek, piąteczek itd…

Weekend, znaczy się w rzeczy samej :) I do tego nareszcie ciepło. Na dworze, bo w domu siedzę pozawijana w koc. No cóż, nie mam możliwości włączenia centralnego, które już zakończyło sezon zimowy. Jakby tak dłużej słonko pogrzało, to może i mieszkanko się nagrzeje. Jakby…

Ten weekend mam wolny. Nie mam zjazdu, ani jakiejś specjalnej pracy domowej absorbującej czas i umysł. Zatem z jednej strony fajnie, a z drugiej trochę nie wiadomo co robić, bo jak już wiele razy powtarzałam, w domu na relaks potrzebuję jednego dnia a potem mnie ciągnie do ludzi. U mnie zawsze musi być jakaś „ta druga strona”. Na szczęście nie zawsze marudna. Jak jest coś nie halo, też szukam tej drugiej, lepszej strony. Trochę żal, że nie ma tego kogoś w moim życiu, ale na pewno mniej żal niż choćby rok  temu. Przyzwyczajam się? Jeśli dziś mi kogoś brak to tylko po to żeby porozmawiać, iść na spacer, rower, wycieczkę czy do kawiarni. Nawet „te sprawy” mnie nie ruszają. Nie wiem czy to dobrze? Nie wiem. Osiadłam. Dziś na fb widziałam zdjęcia z wycieczki do Rzymu, mojej dawnej troszkę starszej koleżanki. Z mężczyzną, z którym jest z 6-7 lat. Regularnie widuję ich razem zwiedzających Europę. Trochę mi się smutno zrobiło, bo też mogłabym mieć taki staż, gdyby wszystko potoczyło się inaczej i gdybym trafiła inaczej. Jej się najwyraźniej udało. Wyglądają na szczęśliwych. Jednak czy ja na jej miejscu byłabym szczęśliwa podejmując takie a nie inne decyzje i postępując w taki a nie inny sposób? Chyba nie. Moje szczęście za wszelką cenę? Może więc jednak wolę moje spokojne sumienie. Jednak zazdroszczę jej trochę przede wszystkim tych wycieczek. Pięknie wyglądają, to fakt. Fajna para na zdjęciach. Koleżanka bardzo często publikuje swoje fotki z życia prywatnego. Wiem gdzie aktualnie wylatuje i kiedy już wraca, gdzie je kolacje i pije wino, a gdzie lody, gdzie spaceruje i co podziwia, kiedy odwiedza rodzinę. Wszystko takie słodkie, kolorowe, och i ach, a ja trochę wiem jak jest naprawdę więc nieraz zastanawiam się ile z tego jest na pokaz. No cóż, w sumie nie moja sprawa, tyle że jak tak patrzę na te jej fotki to czasem się zapominam i wydaje mi się, że u niej wszystko takie różowe, a u mnie nie i wtedy muszę sobie poprzypominać całą resztę, żeby trzeźwo spojrzeć na sprawę i nie zazdrościć jej tego co na zdjęciach widzę.

JS się chyba na mnie obraził. Nie pierwszy raz w sumie, ale co mi tam. Chciał mnie wyciągnąć przy okazji mojego studiowania na spotkanie w dużym mieście. I chciał, żebym została na drugi dzień. Wystraszyłam się i odmówiłam pod byle pretekstem. Miałam się odezwać i nie zrobiłam tego. Boję się, że może znowu zaproponować spotkanie, a ja chyba nie mam ochoty. Dobrze jest jak jest. Na odległość i przez telefon.

M1 czasem dzwoni i chyba jestem jego kumplem, bo żaden facet nigdy ze mną nie rozmawiał w taki sposób jak on. Nawet się już do tego przyzwyczaiłam. Wciąż go lubię i tez już tylko wyłącznie jak kolegę. Dużo mu zawdzięczam i wiem, że mogę go prosić o pomoc w potrzebie. Na samą myśl o tym czuje się bezpieczniej. Dobrze wiedzieć, że gdzieś ktoś jest…

M2 zapomniał o moim istnieniu na amen. I A też. M2 się jednak  bardzo przydał, bo to on przyczynił się do mojej odmiany i to dzięki niemu doceniłam moje własne samotne życie. Odegrał ważną rolę. Nawet nie wie jak ważną. I w sumie jestem mu wdzięczna. Zrozumiałam czego na pewno nie chcę.

A poza tym pobiegałam (czyt. pojeździłam) dziś po mieście i wydałam trochę kasy na wiosenne fatałaszki. Po pierwsze kupiłam pantofle, a to nie jest łatwa sprawa w moim przypadku. Jestem właścicielką wrażliwych stóp i większość butów się nie nadaje dla mnie do chodzenia. To za luźne, to za sztywne, to za cienkie podeszwy. Nota bene, teraz wszystkie buty mają cienkie podeszwy. To wysokość niewłaściwa, to kolor nie taki, to rozmiar mój, ale nie pasuje. Powinny być jednak połówki numerów. W końcu kupiłam, całe ze skóry i miękkie, a czy wygodne w chodzeniu to się okaże. I lepiej żeby tak, bo kasy sporo kosztowały więc będę musiała się z nimi zaprzyjaźnić. Kiedyś buty kupowałam często i namiętnie i w większości chodziłam. Dziś to niestety niemożliwe. Za to nadrabiam innym szaleństwem. Uwielbiam spódniczki i apaszki. Spódniczki wyłącznie ołówkowe i przed kolano. Szaliczki i apaszki to już chowam przed rodziną, bo się pukają w czoło. A i tak jak mam gdzieś wyjść to marudzę, że jeszcze mi brakuje takiej lub siakiej. Są dla mnie ważnym dopełnieniem stroju i ważnym elementem grzewczym. Mam wrażliwe nie tylko stopy ale i szyję. Lubię mieć ją zawsze otuloną, bo inaczej jest mi zimno. Jak mi zimno w szyję, to mi zimno wszędzie i się przeziębiam. Może to stąd, że mam też wrażliwe gardło. Nie wiem. Tak więc, szaliczki noszę wiosną, jesienią i zimą na okrągło oraz latem wieczorami i każdego dnia gdy pogoda jest niewyraźna.

Miałam jeszcze o czymś napisać, ale jak to zwykle u mnie bywa, moje myśli zdążyły rozbiec się w tylu kierunkach, że palce na klawiaturze nie zdążyły za nimi i już mi przeszła chęć żeby je gonić. Poczekam aż same wrócą. Tymczasem idę poczytać. Mogę dziś pomarkować, bo jutro wreszcie pobudka siłami natury. Budzik ma wolne przez najbliższe dwa dni :)

     

Jakoś leci i nawet całkiem szybko. Chyba za szybko.

Czas najwyraźniej przyspieszył i nie chce przystopować ani trochę. Ledwo zacznę nowy tydzień, już jego koniec. Weekend wyczekiwany, wiadomo, ale czemuż tak szybko mija tydzień za tygodniem. Niedawno obchodziłam okrągłe urodziny i przeżywałam je jak mrówka nie powiem co, a tymczasem już sobie żyję z tą świadomością mego wieku prawie trzy miesiące i nawet przywykłam do tej liczby. Nawet mi się trochę zaczyna podobać.Nie mam wyjścia, ale jakby tak ten rok zatrzymał się na jakieś dziesięć lat, byłabym wdzięczna. Jak to mówią, lat mamy tyle na ile się czujemy więc, jestem młoda, a metryka niech się schowa do archiwum. Nie jestem za tym żeby za wszelką cenę oszukiwać naturę i zgrywać młódkę, bo to czasem bywa śmieszne i niesmaczne, ale nie mam zamiaru udawać dostojnej matrony tylko dlatego, że stuknęło mi tyle i tyle. Chyba nigdy nie będę matroną, bo to po prostu nie leży w mojej naturze. Zauważyłam jednak pewne plusy swojego wieku. Dziś bardziej siebie akceptuję i lubię. Pogodziłam się z pewnymi faktami i nie odejmuję sobie wartości z ich powodu. Jestem bardziej świadoma tego czego potrzebuję i bardziej krytyczna i wymagająca, ale jednocześnie otwarta i ciepła. Nie zamykam się, nie uciekam w siebie jak dawniej. Łatwiej mi mówić, co czuję. Lubię ludzi. Lepiej panuję nad moimi emocjami i unikam samonakręcania się w kierunku dołowania, co kiedyś stosowałam nagminnie. Dbam o swoją psychikę i samopoczucie Wzrosła moja pewność siebie i częściej otwarcie wyrażam swoje zdanie. Jestem bardziej świadoma tego co mogę, co potrafię. Staram się postępować uczciwie i zgodnie z własnymi zasadami. Przyjaźń, lojalność i sprawiedliwość to dla mnie bardzo ważna sprawa. Wychodzę z założenia, że dobro zawsze wraca, ale baczniej obserwuję ludzi i pobudki, jakimi kierują się oczekując ode mnie dobra. Staram się po prostu być mniej naiwną. Cieszy mnie fakt, że wokół mnie są ludzie, którzy mnie lubią, lgną do mnie, ufają mi, potrzebują i liczą się z moim zdaniem. Od czasu do czasu mówią mi słowa, od których się rumienię i krępuję, bo to dobre słowa, a ja wcale nie czuję, żebym była specjalnie dobra. O nie, często myślę, że nie jestem dobra, że powinnam więcej i lepiej, i ze szczerego serca. I wiem, co piszę. Bardzo kocham moją mamę i chciałabym zapomnieć o wszystkich pretensjach, jakie do niej mam i móc ją częściej przytulić i porozmawiać. Staram się nie myśleć o przeszłości, ale to nie jest łatwe, choć coraz lepiej sobie z tym radzę. Podsumowując, mam teraz lepszy czas, jestem spokojniejsza, pogodniejsza, bardziej zadowolona ze swojego życia, bardziej pogodzona z przeszłością, i z apetytem na życie większym niż kiedykolwiek. Świat jest piękny, moje dzieci są kochane, lubię moją pracę, ludzie są fajni, a niefajnych omijam szerokim łukiem. Wiem, że nie zawsze tak się da, ale mnie na szczęście się to udaje. To piszę ja, kobieta dojrzała :-) I niech tak zostanie.

Miało być o czymś innym, a zebrało mi się na podsumowanie.