„Zawsze” się rozwiało w dym…

Oto ja. Sentymentalistka, choć mnie to złości, bo sentymentalizm boli. Egocentryczka, bo za bardzo ja się stałam ważna. Zadośćuczynienie za dawny czas, gdy nie potrafiłam o siebie zadbać? Nie wiem. Może? Wiele lat czułam się nieważna dla nikogo. Bardzo wiele lat. Od dzieciństwa. Najpierw w domu rodzinnym, potem w małżeństwie. Wtedy nie wiedziałam, jak się bronić. Czułam się winna i chciałam uszczęśliwić cały świat kosztem siebie. Rozumiałam wszystkich i moje potrzeby spychałam w kąt, choć to nie znaczy, że nie cierpiałam. Wspomnienie z dzieciństwa, młodości, małżeństwa – samotność, choć nie byłam sama. Samotność emocjonalna. Zawsze ktoś był bardziej potrzebujący niż ja. Zawsze „czyjeś” było ważniejsze. Zawsze coś musiałam znosić, wytrzymywać, rozumieć. I myślałam, że tak być musi. Znosiłam, wytrzymywałam, rozumiałam i… marzyłam, że kiedyś będzie inaczej, że to się zmieni, że stanę się wreszcie ważna. Długo tak wytrzymywałam. Albo krótko, bo co to jest 30 lat? Pamiętam, że w tym wieku przestałam marzyć i chciałam być już starą, żeby wszystko było już za mną, to co się wtedy działo i to co jeszcze musiałam przeżyć. Bałam się, że nie wytrzymam i nie chciałam takiego życia, a nie potrafiłam tego zmienić. Byłam sama. Gdyby nie dzieci, nie wiem czy bym się nie poddała. Raz byłam o krok. O jeden raz za dużo i do dziś mam o to do siebie pretensje. Ale wtedy byłam taka krucha, bezsilna i osamotniona w walce. Wytrzymałam jeszcze 13 lat. Nie warto było. Dla nikogo. Bo nie służyło to nikomu, nawet jemu, bo przecież i tak został sam. Szkoda życia, ale wtedy jeszcze tego nie byłam pewna. Szukałam powodów, aby w tym trwać. Bo dzieci, bo rodzina, bo znajomi, którzy o niczym nie wiedzą, bo nie dam rady, bo muszę uciec do tego domu, który nie był dobry, bo co tam ja. Jednej nocy zdeterminowana podejmowałam decyzję że koniec wreszcie, a rano wstawałam i oszukiwałam siebie, że może jeszcze spróbuję wytrzymać. W sumie 19 lat! Głupia, ktoś powie. Pewnie i głupia, bo sama żałuję. Byłam tchórzem więc zapłaciłam za to wieloma straconymi latami. Przeszłości nie zmienię. I tak dobrze, że w końcu odeszłam. Ogromną rolę odegrał w tej decyzji A. Nie namawiał, ale po prostu zjawił się w moim życiu niespodziewanie i dał wszystko to czego potrzebowałam, żeby dokonać wreszcie zmian. Uwierzyłam, że jeszcze może się w moim życiu wiele zmienić jeśli tylko sama o to zawalczę. Zjawił się ktoś, kto utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jestem sama, że jestem dobra, wrażliwa, ciepła, zasługuję na przyjaźń, miłość i szacunek, że jestem wspaniałą matką i kobietą. Sama podjęłam decyzję, ale dzięki niemu uwierzyłam w siebie. Siłę dała mi jego miłość i przyjaźń. Miłość, w którą już przestałam wierzyć, na którą nie czekałam, która zdarzyła mi się…

I tak, i nie.

Smętno mi trochę. Nie chcę nikomu marudzić, to sobie tu posmęcę. W końcu od tego mam to miejsce w cyberprzestrzeni żeby inni nie wiedzieli. Inni, czyli znajomi. Zarobiona jestem po pachy więc już nie muszę narzekać, jak poprzednio, że nudno i leniwie. Zarobiona zawodowo. Aż nie myślałam, że będzie tak dużo – siedem dni w tygodniu, bo dochodzą zjazdy na uczelni, a wymyślili sobie zjazdy co tydzień. W innym mieście więc w weekendy podróżuję i się uczę. No, może tak strasznie się nie uczę, częściej ciałem jestem, ale to nie zmienia faktu, że wracam późno i nie nadaję się do niczego innego jak odpoczywanie. A odpoczywać spokojnie nie mogę, bo głowę zaprzątają różne obowiązki zawodowe i nie pozwalają się zrelaksować. A tych obowiązków się zrobiło wyjątkowo dużo i czekam kiedy to się wreszcie trochę uspokoi, bo chciałabym film jakiś obejrzeć i na piwo wyjść z koleżankami. Jedynie książki jakoś udaje mi się czytać, ale to chyba na przekór tej robocie. Dziś akurat mam wyjątkowo wolną sobotę. Sama sobie zrobiłam, bo powinnam się uczyć, ale ileż można? :) I co? Przypomniałam sobie, że wolne dni mi nie służą za bardzo. Popracowałam rano nad papierami, posprzątałam, ugotowałam… a potem jakoś tak smutno trochę się zrobiło. Pojechałam w końcu z synem na zakupy do galerii, ale też mi nie pomogło, bo za dużo ludzi i… za dużo par, rodzin. Wciąż mnie to rusza. Nie jestem jednak pogodzona ze swoim losem. A myślałam, że jestem. Nie do końca. Czegoś mi brak. Może już nie tak jak kiedyś, ale jednak. Czegoś pięknego, prawdziwego i poukładanego. Z drugiej strony już chyba w nic nie wierzę i nie czekam, a jednak czasem coś tam w środku zatęskni, zamarzy. Mój czas mija, moje odbicie coraz bardziej mi się nie podoba.