Muszę się ogarnąć.

Muszę dla siebie i bliskich. To do niczego dobrego nie prowadzi. Muszę się zbudzić i znowu zacząć żyć. Nie tylko pracować, ale żyć. I dać sobie spokój z przeszłością i z tym co było. I wybaczyć sobie swoje błędy. Innym też. Zacząć się angażować w codzienność, którą odrzuciłam. Powinnam do niej wrócić. Przestać się skupiać na sobie i użalać się jak mi źle albo manifestować, że wszystko mam gdzieś. Nie mam i nie jest mi tak źle, a przynajmniej mogę coś zrobić żeby tak się nie czuć tylko muszę ruszyć tyłek i zwyczajnie chcieć. Może powinnam sobie zrobić badania na hormony, bo wyraźnie czuję huśtawkę i widzę zmiany fizyczne. I więcej się ruszać. Dam radę, nie mogę się nakręcać, że jestem sama i sobie nie poradzę. Wszystko mi się uda. Przecież tak naprawdę nie jestem sama. Może wystarczy głośno powiedzieć, a znajda się osoby, które mnie wesprą. Dlaczego nie potrafię prosić o pomoc? A przecież tak jest łatwiej. Dziś wyrzuciłam z siebie przed Ewą, to co mnie od kilku dni dręczyło i ona zrozumiała, wysłuchała, przetłumaczyła na tyle, że gdy się już wygadałam i wyryczałam, poczułam ulgę. Myślę, że jeszcze muszę o tym porozmawiać z jedną osobą, ale i tak mi lepiej. W kwestii samochodowej też nie powinnam panikować. Przecież nie ja jedna się nie znam i nie mnie pierwszej to się zdarza. Mężczyźni też się muszą zdać na mechaników, a mnie pomaga i M i M3 i syn. I pieniądze aktualnie mam na naprawę więc świat się nie wali. A ludzi mogłoby być więcej wokół mnie, ale to ja przed nimi uciekam, to ja się wycofałam. Jutro idę na piwo z PA i to z mojej inicjatywy. Ucieszyła się, tak dawno nie byłyśmy w kawiarni. M dzwoni co dwa dni więc chyba nie ma mnie „gdzieś”. To wciąż kumpel i inaczej nie będzie, bo nawet ja go już tylko tak postrzegam, ale dobrze mieć kumpla. Koleżanka z dawnych lat upomina się o odwiedziny. Mam teraz trochę czasu, ale nie mam auta i leń nie pozwala jechać autobusem na drugi koniec miasta. Nowo poznany I pisze ze mną od miesiąca codziennie i może mogłabym się z nim spotkać na kawę, gdybym tylko chciała. Inna sprawa, że zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi, bo na początku zagadywał o spotkanie, ale gdy dałam mu odczuć, że nie lubię presji przyjął to do wiadomości i przestał nalegać. I tak mu zostało. Rozmawiamy za pomocą sms-ów, rzadziej przez telefon, ale kontakt jest codzienny i relacje na bieżąco Przyzwyczaiłam się do niego, jak do jakiegoś znajomego zza oceanu, a mieszka całkiem blisko. Sama już nie wiem czy mam chęć się z nim widzieć, bo chyba nie jest dla mnie materiałem na kogoś ważniejszego. Łatwo się jednak przyzwyczaić, że ktoś jest trochę bliżej niż zwykły znajomy i czasem można porozmawiać tak bardziej od serca.

A Ewie życzę szczęścia. I muszę bardziej widzieć innych.

Gdzie jest moje miejsce?

Czasem, a może częściej niż czasem, dopada mnie to pytanie. Unikam go, nie chcę się zastanawiać, bo wtedy nie czuję się zbyt dobrze, ale ostatnio mam chyba obniżony nastrój i zaczynam sobie pozwalać na myślenie. Wiem, że nie powinnam. Dla siebie samej nie powinnam. Należy działać, aby coś zmienić, a jeśli nie chce się działać, nie ma się siły by działać, to lepiej unikać takich przemyśleń. Przecież dobrze o tym wiem. Nikomu nie robię tym przysługi ani na złość, tylko sobie szkodzę, ale tak mnie korci. Minęły święta, były dzieci, powinnam się czuć ok, a ja czuję niepokój. Mam wrażenie, że jestem takim niepotrzebnym ogniwem. Wiem, że tak nie jest, ale nie czuję się dobrze w tym momencie mojego życia. Coś mnie omija, coś jest już nie dla mnie, coś już nigdy nie wróci, coś mnie przeraża, coś niepokoi. Owszem, mogę uciekać w pracę i uciekam, ale nie można cały czas uciekać. W święta nie mogę. Kiedyś nie będę pracować i co wtedy? Ale czego właściwie chcę? Ziszczenia jakiegoś snu? To tylko sen, a życie przecież jest inne. Więc jak żyć skoro ani sen ani życie to nie to? Niby potrafię się cieszyć byle czym i często mówię, że jest mi dobrze tak jak jest, ale chyba oszukuję innych i siebie samą. I czego właściwie chcę? Chciałabym intensywniej żyć, ale jednocześnie nie chce mi się ruszyć. Chciałabym mieszkać sama, ale przecież wtedy nikogo by przy mnie nie było i byłoby mi trudniej. Chciałbym kogoś poznać, ale nie chcę się angażować, bo nie chcę już cierpieć i nie chcę żadnych rewolucji w moim życiu, nie chcę rezygnować z wygody, z wolności, nie chcę się dopasowywać. Nawet nie wiem czy potrafię pokochać? Coraz częściej myślę, że nie. Więc czego właściwie chcę?

Chciałam więc wiem…

Teraz muszę sobie jakoś z tym poradzić. Żeby doszczętnie nie stracić wiary w to, że byłam naprawdę kochana i ważna, że byłam najważniejsza na świecie, że piękne i dobre słowa były prawdziwe, że spojrzenia i łzy były szczere, że ramiona chciały mnie ochronić przed całym światem, że to było coś wyjątkowego. Dlaczego życie musi się składać z chwil? Może to zresztą dobrze, bo skoro piękne sprawy przemijają to i te niedobre też nie mogą trwać wiecznie. Jak pogodzić się z tym, że coś co dla mnie, dla nas, było tak strasznie ważne, dziś jest niebytem. Że są dwa światy, a może jeszcze więcej światów równoległych. Na pewno więcej. Zostałam wykasowana? Co się kołacze w jego głowie? Czy nie ma w niej już po mnie śladu? Czy jest jakieś wspomnienie o mnie? Czy myśl o mnie odbija się echem obojętności? Czy wtedy gdy znikał już nie istniałam? Czy już wtedy był ktoś ważniejszy? Czy w ogóle był ktoś ważniejszy czy to może tchórzostwo, wygoda, zwykłe draństwo? A może strach, determinacja i zagubienie? Dlaczego „zawsze” nie może trwać zawsze? I co to w ogóle znaczy „zawsze”? Czy ja rzeczywiście byłam choć przez chwilę naprawdę w tym „zawsze”? Kim byłam wtedy i kim jestem teraz? Czy jest zadowolony? Czy tak jest mu dobrze? I co to znaczy, że to nie ta osoba, która powinna przy nim być? Kiedy ona się pojawiła? Czy była ważniejsza ode mnie? Co czuł gdy ja cierpiałam, gdy moja dusza rozpadała się na kawałki, gdy brakowało mi powietrza, a słońce okazało się zbyt słabe żeby rozjaśnić świat wokół mnie? Nie widział tego, bo po prostu zniknął, ale co on czuł wtedy, tam, gdzieś. Tak bardzo stałam się przezroczysta? Wiem, ja też zawiodłam. Dlaczego ze mną nie rozmawiał? Dlaczego tylko patrzył i słuchał? O czym wtedy myślał? Dlaczego się poddał? I dlaczego tak szybko ktoś mnie zastąpił? Jak mam to wszystko zrozumieć?

Kto wymyślił święta?

Chyba nie lubię świąt. Nie od zawsze, ale od dawna. Zastanawiałam się dziś kiedy to się stało i doszłam do wniosku, że nawet bardzo dawno temu. I nie dlatego, że coś mam do świąt, ale dlatego, że święta kojarzą nam się z radością, ciepłem, szczęściem, spokojem, rodziną, a jeśli coś jest nie tak to po prostu bolą i wprowadząją zamieszanie w codzienną rzeczywistość, a ja chyba tego nie lubię. Wolę chyba te dni podobne do siebie. Może przesadzam, może to moja przewrażliwiona natura robi z tego problem? Cieszyły mnie święta, gdy byłam dzieckiem. Może do 10 roku życia, może trochę dłużej, a może krócej. To zależało od ojca. Od tego jaki był w tym czasie, a od tego zależało jaka była mama, a od tego co czułam ja. Potem święta na wiele lat zepsuł mi B. Zdominował dom, mamę i wszystko co się w domu działo. Święta były fajne gdy nie było B, ale on był… przez osiem lat. Święta były fajne, gdy studiowałam. Wtedy nie było już B. Była mama, brat, ja i znajomi. Potem wyszłam za mąż i właściwie dobre święta może były przez dwa, trzy lata, a potem były znowu smutne, bo zwykle atmosferę przygotowań i radości z ich nadchodzenia, psuł małżonek pod wpływem alkoholu, nieobecny duchem, a jedynie ciałem zalegającym na kanapie lub nie wiadomo gdzie. Zwykle docierało do niego cokolwiek w Wigilię lub Sobotę Wielkanocną, gdy mieli zjawić się jego rodzice. A ja wtedy miałam już wszystkiego dość. I potem uśmiechanie się, że jest ok, święta takie fajne, posprzątane, ugotowane, choinka wystrojona, dzieci ładnie ubrane, wszystko u nas w porządku. A przez cały okres przygotowań byłam zdana na siebie, wykończona nerwowo, zdołowana, cierpiałam widząc zaprzyjaźnione lub obce małżeństwa wspólnie zaangażowane w przygotowania i ukrywająca, że u mnie jest aż tak źle. Przed wszystkimi. Emocjonalnie święta zawsze mnie wykańczały. To był zwykle czas pozornego spokoju i zgody. I co z tego, że w Wigilię przebaczałam, skoro po świętach wszystko wracało do chorej normy. A potem już przestałam przebaczać. A dzisiaj? Właściwie jest inaczej. Nie ma ojca, nie ma B., nie ma męża. Jest spokój i wesoły śmiech, są moje dzieci, jest mama, brat, mój chrześniak. Jest właściwie miło, ale….. i tak nie przepadam za świętami. Dziwna jestem?