Właściwie to nic nowego.

Sama nie wiem czy pisać, czy nie pisać? Ale jak napiszę to mi trochę lżej, tyle że jak potem to czytam, to widzę, że ze mną nie za dobrze. I tak wiem. Muszę z siebie powyrzucać. Nie mogę ciągle udawać, że wszystko ok. Źle się czuję psychicznie, fizycznie, samotnie i boję się. Po prostu mi źle. Boli mnie często głowa i ciągle mi szumi w uszach. Już mnie to zaczyna doprowadzać do szału. Dzwoni, szumi… wciąż. Bolą mnie w nocy plecy i źle śpię, rzucam się, wiercę, budzę. Tyję i za dużo jem, a właściwie odwrotnie. Od wczoraj postanowiłam to zmienić póki jeszcze nie jest za późno. Starzeję się, niestety, i trudno mi to zaakceptować. Kupiłam dziś nawet jakieś leki ziołowe na menopauzę. Co się tu oszukiwać, przyszedł czas i na mnie i ma w nosie czy jestem na to gotowa czy nie. A do tego za kilka miesięcy ważna uroczystość mojego dziecka, a ja jestem nią przerażona. Boję się jak to wszystko ogarnę, jak przeżyję, jak się spotkam z eks i jego rodziną. Mam tyle lęków związanych z tym wydarzeniem, bo wiele rzeczy jest nie tak i nie ma obok mnie kogoś kto by mnie wsparł, dodał otuchy, nie mówiąc o pomocy. Więc się boję, ale nie mogę mówić, że się boję bo nie mogę pokazać mojemu dziecku, że to co dla niej takie ważne, dla mnie jest źródłem ogromnego stresu. Mieszkanie wymaga remontu, a w związku z tym wydarzeniem wręcz natychmiast, ale nie mam pieniędzy, żeby włożyć w remont, bo potrzebuję na uroczystość. Nie mam męskich rąk w rodzinie do pomocy żeby wiele rzeczy zrobić samodzielnie. Potrzeba faceta, choćby jednego. Mój syn jest niestety lewy do takich prac. Może by coś przesunął albo pomalował, ale i tego nie jestem pewna. Gdyby na miejscu był chłopak córki sprawa wyglądałaby inaczej ale oni nie mieszkają w moim mieście więc odpada. Swoją drogą myślę sobie jak wiele zależy od chęci. Chłopak córki jest wprawdzie dziesięć lat starszy od syna, ale też był wychowywany właściwie bez ojca, a mimo wszystko jest samodzielny i zna się na różnych męskich robotach i chętnie się nimi zajmuje. Mój syn nie ma o niczym zielonego pojęcia i wcale mu to nie przeszkadza. Martwi mnie to. Patrzę na otoczenie, w jakim żyję i jest mi źle, bo nie tak powinno to wszystko wyglądać. Mam wszystkim tłumaczyć, że dałam się wykorzystać rodzinie mojego eks i zostawiłam mu wszystko? Mam wszystkim opowiadać dlaczego tak się stało? Mam się użalać, że moja mama nie wspiera mnie w dokonywaniu zmian w domu, który wygląda tak jak wtedy, gdy ja byłam nastolatką, a już wtedy wiele było do życzenia. Jej nic nie przeszkadza, a do tego nie ma za grosz poczucia estetyki więc tak zagraciła mieszkanie, że nie ma czym oddychać i nie ma jednego ładnego miejsca. Poza tym wszystko gromadzi, nawet stare zepsute graty, ciuchy, tandetne bibeloty, wszędzie pudełka, opakowania, gazety, miliony obrazków świętych, firanki sprzed 30 lat, narzuty, meble. Byle było czysto, reszta jej nie przeszkadza. Zrobić remont choćby mały to najpierw trzeba by czarodzieja, który spowodowałby że wszystko niepotrzebne by znikło. Ale co zrobić z tymi jej rzeczami, przynajmniej w tych pokojach, które my zajmujemy? Ona do wszystkiego jest przywiązana, każdy przedmiot kogoś pamięta, każda rzecz to jej pieniądze wydane 100 lat temu, ale wydane. Moja mama jest przesadnie oszczędna, żeby nie powiedzieć skąpa.Nie bardzo mogę liczyć na to, że uszczknie coś ze swojej kupki i pomoże mi w remoncie. Pieniądze to jej drugie bóstwo. Są wartością samą w sobie. Całe życie słyszałam, że ona na nic nie ma i musi mieć oszczędności więc nigdy nie prosiłam jej o żadne wsparcie finansowe. Nawet nie pożyczam, a jeśli już to zawsze oddaję, nieważne czy chodzi o 2 zł, 20 czy 200. Zresztą dwieście nie pożyczam. Więc rozglądam się od pewnego czasu po mieszkaniu i nie mam pojęcia od czego zacząć żeby choć trochę zyskało na wyglądzie. Po prostu nie wiem co zrobić, czy mam tyle pieniędzy i czy zdążę. I tak mi brakuje męskiej pomocy. Kombinuję co zostawić, co odnowić, co dokupić i kończy się bólem głowy, bo mama od lat nic nie zmieniała. Wszystko jest stare. I nawet nie mam się kogo poradzić, bo wstyd mi przyznać, że tak jest. Zresztą nawet nie ma z kim pogadać na ten temat. Może z M1, ale on ciągle zajęty pracą i w tym temacie pewnie nie pomoże. JS odzywa się tylko wtedy, gdy sam mnie potrzebuje, a potem znika. Przykre ale prawdziwe. IR pisze i pisze codziennie ale nie za dużo i diabli wiedzą czemu ma służyć taka lakoniczna znajomość skoro nie ma czasu, a może i chęci żeby się spotkać. Wiecznie praca, zmęczony, albo zajęty, albo chory. Do czego mu właściwie jestem potrzebna nie wiem. On mnie w sumie chyba też do niczego. Wkurza mnie to pomału. Z takim dziwakiem jeszcze nie miałam do czynienia. Chyba mu wystarcza sama świadomość, że jest ktoś do kogo można napisać dzień dobry i dobranoc. I tak już od trzech miesięcy, a mieszka na sąsiednim osiedlu. Facet od auta mnie też wkurza i to kolejna przyczyna mojej frustracji. Od kilku miesięcy właściwie jestem bez samochodu i to mi bardzo utrudnia życie. Jedna poważna i kosztowna rzecz zrobiona więc myślałam, że już będę jeździć, ale okazało się że jeszcze coś nie tak. Tym razem miała być jakaś drobna ale upierdliwa usterka, a samochodu nie mam już drugi tydzień i żadnych informacji co się dzieje. Nie raczą mnie informować i nie wydaje im się, żebym potrzebowała samochodu i diabli wiedzą ile to będzie kosztować, niezależnie od tego co zrobią. Czasem mam wrażenie, że płacę za dobę hotelową w warsztacie. Na moje zapytania dostaję sms-a na odczep się, albo… cisza. Może ukradli to auto? I znowu brak mi mężczyzny, który zająłby się tą sprawą. Martwię się, że może nie da się naprawić i może trzeba sprzedać, a tymczasem się okazało, że samochód do pracy muszę mieć od przyszłego tygodnia koniecznie. Ryczeć mi się chce na to wszystko. I ryczę po kątach. I Ewa zajęta swoim szczęściem też już mnie nie potrzebuje. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że szczęście rodzi egoizm. Coś w tym jest. Może by się wina napić na wieczór? Guzik pomoże ale może chociaż spać będę lepiej? Przesadzam?