Gdzie jest moje miejsce?

Czasem, a może częściej niż czasem, dopada mnie to pytanie. Unikam go, nie chcę się zastanawiać, bo wtedy nie czuję się zbyt dobrze, ale ostatnio mam chyba obniżony nastrój i zaczynam sobie pozwalać na myślenie. Wiem, że nie powinnam. Dla siebie samej nie powinnam. Należy działać, aby coś zmienić, a jeśli nie chce się działać, nie ma się siły by działać, to lepiej unikać takich przemyśleń. Przecież dobrze o tym wiem. Nikomu nie robię tym przysługi ani na złość, tylko sobie szkodzę, ale tak mnie korci. Minęły święta, były dzieci, powinnam się czuć ok, a ja czuję niepokój. Mam wrażenie, że jestem takim niepotrzebnym ogniwem. Wiem, że tak nie jest, ale nie czuję się dobrze w tym momencie mojego życia. Coś mnie omija, coś jest już nie dla mnie, coś już nigdy nie wróci, coś mnie przeraża, coś niepokoi. Owszem, mogę uciekać w pracę i uciekam, ale nie można cały czas uciekać. W święta nie mogę. Kiedyś nie będę pracować i co wtedy? Ale czego właściwie chcę? Ziszczenia jakiegoś snu? To tylko sen, a życie przecież jest inne. Więc jak żyć skoro ani sen ani życie to nie to? Niby potrafię się cieszyć byle czym i często mówię, że jest mi dobrze tak jak jest, ale chyba oszukuję innych i siebie samą. I czego właściwie chcę? Chciałabym intensywniej żyć, ale jednocześnie nie chce mi się ruszyć. Chciałabym mieszkać sama, ale przecież wtedy nikogo by przy mnie nie było i byłoby mi trudniej. Chciałbym kogoś poznać, ale nie chcę się angażować, bo nie chcę już cierpieć i nie chcę żadnych rewolucji w moim życiu, nie chcę rezygnować z wygody, z wolności, nie chcę się dopasowywać. Nawet nie wiem czy potrafię pokochać? Coraz częściej myślę, że nie. Więc czego właściwie chcę?

Chciałam więc wiem…

Teraz muszę sobie jakoś z tym poradzić. Żeby doszczętnie nie stracić wiary w to, że byłam naprawdę kochana i ważna, że byłam najważniejsza na świecie, że piękne i dobre słowa były prawdziwe, że spojrzenia i łzy były szczere, że ramiona chciały mnie ochronić przed całym światem, że to było coś wyjątkowego. Dlaczego życie musi się składać z chwil? Może to zresztą dobrze, bo skoro piękne sprawy przemijają to i te niedobre też nie mogą trwać wiecznie. Jak pogodzić się z tym, że coś co dla mnie, dla nas, było tak strasznie ważne, dziś jest niebytem. Że są dwa światy, a może jeszcze więcej światów równoległych. Na pewno więcej. Zostałam wykasowana? Co się kołacze w jego głowie? Czy nie ma w niej już po mnie śladu? Czy jest jakieś wspomnienie o mnie? Czy myśl o mnie odbija się echem obojętności? Czy wtedy gdy znikał już nie istniałam? Czy już wtedy był ktoś ważniejszy? Czy w ogóle był ktoś ważniejszy czy to może tchórzostwo, wygoda, zwykłe draństwo? A może strach, determinacja i zagubienie? Dlaczego „zawsze” nie może trwać zawsze? I co to w ogóle znaczy „zawsze”? Czy ja rzeczywiście byłam choć przez chwilę naprawdę w tym „zawsze”? Kim byłam wtedy i kim jestem teraz? Czy jest zadowolony? Czy tak jest mu dobrze? I co to znaczy, że to nie ta osoba, która powinna przy nim być? Kiedy ona się pojawiła? Czy była ważniejsza ode mnie? Co czuł gdy ja cierpiałam, gdy moja dusza rozpadała się na kawałki, gdy brakowało mi powietrza, a słońce okazało się zbyt słabe żeby rozjaśnić świat wokół mnie? Nie widział tego, bo po prostu zniknął, ale co on czuł wtedy, tam, gdzieś. Tak bardzo stałam się przezroczysta? Wiem, ja też zawiodłam. Dlaczego ze mną nie rozmawiał? Dlaczego tylko patrzył i słuchał? O czym wtedy myślał? Dlaczego się poddał? I dlaczego tak szybko ktoś mnie zastąpił? Jak mam to wszystko zrozumieć?

Kto wymyślił święta?

Chyba nie lubię świąt. Nie od zawsze, ale od dawna. Zastanawiałam się dziś kiedy to się stało i doszłam do wniosku, że nawet bardzo dawno temu. I nie dlatego, że coś mam do świąt, ale dlatego, że święta kojarzą nam się z radością, ciepłem, szczęściem, spokojem, rodziną, a jeśli coś jest nie tak to po prostu bolą i wprowadząją zamieszanie w codzienną rzeczywistość, a ja chyba tego nie lubię. Wolę chyba te dni podobne do siebie. Może przesadzam, może to moja przewrażliwiona natura robi z tego problem? Cieszyły mnie święta, gdy byłam dzieckiem. Może do 10 roku życia, może trochę dłużej, a może krócej. To zależało od ojca. Od tego jaki był w tym czasie, a od tego zależało jaka była mama, a od tego co czułam ja. Potem święta na wiele lat zepsuł mi B. Zdominował dom, mamę i wszystko co się w domu działo. Święta były fajne gdy nie było B, ale on był… przez osiem lat. Święta były fajne, gdy studiowałam. Wtedy nie było już B. Była mama, brat, ja i znajomi. Potem wyszłam za mąż i właściwie dobre święta może były przez dwa, trzy lata, a potem były znowu smutne, bo zwykle atmosferę przygotowań i radości z ich nadchodzenia, psuł małżonek pod wpływem alkoholu, nieobecny duchem, a jedynie ciałem zalegającym na kanapie lub nie wiadomo gdzie. Zwykle docierało do niego cokolwiek w Wigilię lub Sobotę Wielkanocną, gdy mieli zjawić się jego rodzice. A ja wtedy miałam już wszystkiego dość. I potem uśmiechanie się, że jest ok, święta takie fajne, posprzątane, ugotowane, choinka wystrojona, dzieci ładnie ubrane, wszystko u nas w porządku. A przez cały okres przygotowań byłam zdana na siebie, wykończona nerwowo, zdołowana, cierpiałam widząc zaprzyjaźnione lub obce małżeństwa wspólnie zaangażowane w przygotowania i ukrywająca, że u mnie jest aż tak źle. Przed wszystkimi. Emocjonalnie święta zawsze mnie wykańczały. To był zwykle czas pozornego spokoju i zgody. I co z tego, że w Wigilię przebaczałam, skoro po świętach wszystko wracało do chorej normy. A potem już przestałam przebaczać. A dzisiaj? Właściwie jest inaczej. Nie ma ojca, nie ma B., nie ma męża. Jest spokój i wesoły śmiech, są moje dzieci, jest mama, brat, mój chrześniak. Jest właściwie miło, ale….. i tak nie przepadam za świętami. Dziwna jestem?

„Zawsze” się rozwiało w dym…

Oto ja. Sentymentalistka, choć mnie to złości, bo sentymentalizm boli. Egocentryczka, bo za bardzo ja się stałam ważna. Zadośćuczynienie za dawny czas, gdy nie potrafiłam o siebie zadbać? Nie wiem. Może? Wiele lat czułam się nieważna dla nikogo. Bardzo wiele lat. Od dzieciństwa. Najpierw w domu rodzinnym, potem w małżeństwie. Wtedy nie wiedziałam, jak się bronić. Czułam się winna i chciałam uszczęśliwić cały świat kosztem siebie. Rozumiałam wszystkich i moje potrzeby spychałam w kąt, choć to nie znaczy, że nie cierpiałam. Wspomnienie z dzieciństwa, młodości, małżeństwa – samotność, choć nie byłam sama. Samotność emocjonalna. Zawsze ktoś był bardziej potrzebujący niż ja. Zawsze „czyjeś” było ważniejsze. Zawsze coś musiałam znosić, wytrzymywać, rozumieć. I myślałam, że tak być musi. Znosiłam, wytrzymywałam, rozumiałam i… marzyłam, że kiedyś będzie inaczej, że to się zmieni, że stanę się wreszcie ważna. Długo tak wytrzymywałam. Albo krótko, bo co to jest 30 lat? Pamiętam, że w tym wieku przestałam marzyć i chciałam być już starą, żeby wszystko było już za mną, to co się wtedy działo i to co jeszcze musiałam przeżyć. Bałam się, że nie wytrzymam i nie chciałam takiego życia, a nie potrafiłam tego zmienić. Byłam sama. Gdyby nie dzieci, nie wiem czy bym się nie poddała. Raz byłam o krok. O jeden raz za dużo i do dziś mam o to do siebie pretensje. Ale wtedy byłam taka krucha, bezsilna i osamotniona w walce. Wytrzymałam jeszcze 13 lat. Nie warto było. Dla nikogo. Bo nie służyło to nikomu, nawet jemu, bo przecież i tak został sam. Szkoda życia, ale wtedy jeszcze tego nie byłam pewna. Szukałam powodów, aby w tym trwać. Bo dzieci, bo rodzina, bo znajomi, którzy o niczym nie wiedzą, bo nie dam rady, bo muszę uciec do tego domu, który nie był dobry, bo co tam ja. Jednej nocy zdeterminowana podejmowałam decyzję że koniec wreszcie, a rano wstawałam i oszukiwałam siebie, że może jeszcze spróbuję wytrzymać. W sumie 19 lat! Głupia, ktoś powie. Pewnie i głupia, bo sama żałuję. Byłam tchórzem więc zapłaciłam za to wieloma straconymi latami. Przeszłości nie zmienię. I tak dobrze, że w końcu odeszłam. Ogromną rolę odegrał w tej decyzji A. Nie namawiał, ale po prostu zjawił się w moim życiu niespodziewanie i dał wszystko to czego potrzebowałam, żeby dokonać wreszcie zmian. Uwierzyłam, że jeszcze może się w moim życiu wiele zmienić jeśli tylko sama o to zawalczę. Zjawił się ktoś, kto utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jestem sama, że jestem dobra, wrażliwa, ciepła, zasługuję na przyjaźń, miłość i szacunek, że jestem wspaniałą matką i kobietą. Sama podjęłam decyzję, ale dzięki niemu uwierzyłam w siebie. Siłę dała mi jego miłość i przyjaźń. Miłość, w którą już przestałam wierzyć, na którą nie czekałam, która zdarzyła mi się…

I tak, i nie.

Smętno mi trochę. Nie chcę nikomu marudzić, to sobie tu posmęcę. W końcu od tego mam to miejsce w cyberprzestrzeni żeby inni nie wiedzieli. Inni, czyli znajomi. Zarobiona jestem po pachy więc już nie muszę narzekać, jak poprzednio, że nudno i leniwie. Zarobiona zawodowo. Aż nie myślałam, że będzie tak dużo – siedem dni w tygodniu, bo dochodzą zjazdy na uczelni, a wymyślili sobie zjazdy co tydzień. W innym mieście więc w weekendy podróżuję i się uczę. No, może tak strasznie się nie uczę, częściej ciałem jestem, ale to nie zmienia faktu, że wracam późno i nie nadaję się do niczego innego jak odpoczywanie. A odpoczywać spokojnie nie mogę, bo głowę zaprzątają różne obowiązki zawodowe i nie pozwalają się zrelaksować. A tych obowiązków się zrobiło wyjątkowo dużo i czekam kiedy to się wreszcie trochę uspokoi, bo chciałabym film jakiś obejrzeć i na piwo wyjść z koleżankami. Jedynie książki jakoś udaje mi się czytać, ale to chyba na przekór tej robocie. Dziś akurat mam wyjątkowo wolną sobotę. Sama sobie zrobiłam, bo powinnam się uczyć, ale ileż można? :) I co? Przypomniałam sobie, że wolne dni mi nie służą za bardzo. Popracowałam rano nad papierami, posprzątałam, ugotowałam… a potem jakoś tak smutno trochę się zrobiło. Pojechałam w końcu z synem na zakupy do galerii, ale też mi nie pomogło, bo za dużo ludzi i… za dużo par, rodzin. Wciąż mnie to rusza. Nie jestem jednak pogodzona ze swoim losem. A myślałam, że jestem. Nie do końca. Czegoś mi brak. Może już nie tak jak kiedyś, ale jednak. Czegoś pięknego, prawdziwego i poukładanego. Z drugiej strony już chyba w nic nie wierzę i nie czekam, a jednak czasem coś tam w środku zatęskni, zamarzy. Mój czas mija, moje odbicie coraz bardziej mi się nie podoba.

Wcale nie o tym miało być.

Lenię się aż wstyd. I wcale mi z tym nie jest dobrze, bo mam wyrzuty sumienia. I czas mi się jakoś tak przelewa przez palce. Cenny czas, piękny, letni. A tyle miałam zrobić i nic mi się nie chce. To „nicmisięniechce” mnie przeraża, bo przecież tak nie można przeżyć reszty życia. Pocieszam się, że wkrótce mój czas zostanie wypełniony z góry narzuconymi obowiązkami, z których część będzie mi sprawiać niewątpliwą przyjemność i wtedy moje wyrzuty może się zmniejszą. Ja muszę mieć nad sobą bat. Zorganizowany odgórnie dzień. Na zegarek, na budzik, na wczoraj najlepiej. O, jak coś jest na wczoraj, to ja dostaję turbodopalanie i aż sama sobie się potem dziwię, że tyle i tak szybko zdziałałam. I jaka zadowolona potem jestem z siebie. Gorzej jak coś zależy tylko ode mnie. Wtedy to ja mam zawsze czas, aż w końcu planu nie realizuję. Nie to, co moja mama. Ona dla odmiany jest tak zorganizowana, że… aż nudna. Wszystko ma swój czas i miejsce i żeby się paliło, waliło, musi się odbyć. Rano o szóstej pobudka z budzikiem i modlitwa z radiem. Potem poranne podlewanie kwiatków na balkonie, bo tak trzeba. Łazienka, mycie i ubieranie zawsze przed śniadaniem, bo „jak Ty możesz tak chodzić w tej piżamie, ja bym nie mogła”. Porządki w kuchni, cokolwiek by to nie znaczyło i dopiero śniadanie, bo najpierw trzeba na nie zapracować. Kawa i sprzątanie, nawet jak nie ma czego sprzątać. „Jak to nie ma? Codziennie jesz i codziennie trzeba sprzątać”. Kolejne motto mojej mamy. Podłogę może myć sto razy dziennie. Są jeszcze inne rytuały wypełniające dzień, w tym regularne modlitwy z radiem lub tv. Swoją drogą nie rozumiem tego fenomenu modlenia się przed telewizorem osoby zdrowej, całkiem sprawnej fizycznie, ale to mój problem. Klęczeć przed ekranem tv? Na szczęście nie komentuję. Każdy ma inne potrzeby, inną wiarę. I tak już spokojniej reaguję na rozbrzmiewanie z pokoju mamy rozmaitych nabożeństw, modlitw i jej śpiewów. Przymykam drzwi, a ona się już nie obraża. Jakiś kompromis. Co środę porządkuje szafki w kuchni. Co czwartek przeciera okna i ma straszny problem, gdy pada deszcz i nie może tego zrobić. Na szczęście już się na to uodporniłam i nie mam wyrzutów, że nie myję za nią tych okien. Kto normalny myje okna co tydzień? ! Zazwyczaj jestem w pracy i nie widzę tego więc jestem spokojna. Gorzej w urlop. I nie da się jej tego z głowy wybić. W piątek nakłania do sprzątania żeby na sobotę już było czysto. Mnie niekoniecznie zawsze to pasuje, bo przecież piątek, piąteczek, piątunio to najlepszy czas na weekendowe lenistwo. Jednak w sobotę jest czas na zakupy i mycie głowy około piętnastej. To znaczy mama myje wtedy włosy i już nigdzie nie wychodzi. I spróbujcie ją namówić na jakieś sobotnie wyjście. Nie da rady, bo ona musi umyć włosy o tej porze. Gdybym chciała w sobotę gdzieś wyjechać to w piątek obowiązkowo muszę odrobić sprzątanie, bo zatrułaby mi radość narzekaniem. Powiem szczerze, że zabrać moją mamę gdzieś na weekend to ogromny problem, bo jak tu pojechać gdziekolwiek w piątek czy sobotę? A co ze sprzątaniem? Nadmieniam, że mama sprząta każdego dnia. W domu są trzy dorosłe osoby zajmujące oddzielne lokum i sprzątające za siebie. Ehhh, szkoda gadać. Z drugiej strony cieszę się, że takie sobie ponarzucała obowiązki. Skoro głównie siedzi w domu to ma zajęcie i wypełniony czas. I czuje się potrzebna i spełniona. Problem pojawia się, gdy próbuje te swoje dziwactwa przerzucić na mnie i oczekuje, że mogłabym robić tak samo jak ona. Zapomniała, że kiedyś była młodsza, pracowała i miała inne potrzeby, a ja choć mam już za sobą trochę doświadczeń życiowych, jeszcze nie przeszłam na jej etap. Jeszcze? Powiem szczerze, że szanując moją mamę, wcale nie chcę robić tego co ona i żyć tak jak ona. Nie chcę się tak ograniczać.

Zemsta kobiety w średnim wieku.

To nie o mnie. Wiek może i pasuje, ale mścić się nie mam zamiaru. Zresztą w przypadku książki, która nosi taki tytuł, zemstą jest po prostu poradzenie sobie w sytuacji w jakiej znalazła się bohaterka. Wyciągnięcie nauczki i rozwinięcie skrzydeł I satysfakcja, że ten który był przyczyną nieszczęścia żałuje, choć za późno. I ta trzecia też żałuje, bo nie tak miało być i przegrywa z tą pierwszą, A bohaterka odzyskuje spokój, siłę, powodzenie, pracę, miłość. Słowem happy end. Książkę nawet nieźle się czyta, natomiast film nakręcony na jej podstawie to moim zdaniem porażka. Banał i komedia. Żałuję, że się pokusiłam o obejrzenie, bo film zamazał te dobre wrażenia po przeczytaniu książki. Z jednym się jednak zgadzam, nie wolno się poddawać. Każde doświadczenie czegoś nas uczy. Słowem, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Stara prawda.

To tyle.

Wpływ tv na mój sentymentalizm.

Obejrzałam sobie jeden z programów w stylu „Dlaczego ja?” i mnie trafiło. Obejrzałam sobie z nudów, bo po kilku dniach intensywnych poszukiwań lokalu na pewną ważną imprezę, odbyciu wielu podobnych rozmów, zadaniu dziesiątek podobnych pytań i zastanawianiu się co, gdzie, jak i kiedy, dziś gdy moje dzieciaki pojechały do siebie, dopadło mnie totalne znużenie więc aby się odmóżdżyć ległam na kanapie z pilotem w ręce. Zazwyczaj rzadko oglądam tv, ale dziś miałam potrzebę pogapienia się na cokolwiek, co pozwoli mi nie myśleć o ostatnich sprawach. Wystarczy, że pół nocy nie spałam, choć kręgosłup akurat nie przeszkadzał mi tym razem. I trafiłam sobie na odcinek, który przypomniał mi pewną moją dawną relację z kimś bardzo ważnym. Konkretnie z A. Wcześniej z kolei przeczytałam pewien artykuł o zakazanej i trudnej, aczkolwiek pięknej i odwzajemnionej miłości pewnej kobiety do księdza. Artykuł dostałam do przeczytania od koleżanki z rok temu. Leżał sobie przekładany z kąta w kąt, bo jakoś nie miałam ochoty na poznawanie tej historii. Dopiero dziś sięgnęłam po niego i znowu pomyślałam o A. Cała historia oczywiście mnie mnie dotyczy, ale uczucie, o którym opowiadała kobieta, charakter i wrażliwość mężczyzny, bardzo przypominało mi mój związek z A. Jeśli istnieją na ziemi nasze połówki to ja na pewno swoją przez „chwilę” miałam. Ta chwila trwała kilka lat i chcę wierzyć, że to wszystko było prawdziwe. Nic nie może obejść się bez trudności i bólu więc i nas to dotknęło. Byliśmy parą z odzysku, z ciężkim bagażem przeszłości. Spotkaliśmy się w nie najlepszym momencie swego życia i to na pewno rzutowało na nasze decyzje. Nie byłam łatwą partnerką, zwłaszcza wtedy. Nie było doskonale. Zabrakło odwago i siły. Miałam duży wpływ na to, że nie wyszło. Na pewno był bardzo dobrym i kochanym człowiekiem. Ofiarował mi tak wiele uczucia, zrozumienia i cierpliwości, ale było coś, co powodowało, że stchórzyłam. Nie mogliśmy być razem. Odsuwałam się od niego. Może szczerze, ale okrutnie mówiłam o swoich rozterkach. On słuchał a w oczach miał smutek. I nie mówił nic. Któregoś dnia zniknął z mojego życia. Nagle. Bez słowa. O to mam największy żal, że nie pożegnał się ze mną. Mężczyźni, którzy pojawili się w dzisiejszych historiach, byli w jakimś sensie podobni do A lecz potrafili szczerze powiedzieć swoim kobietom, że wycofują się z ich życia, bo nie chcą żeby cierpiały. Mieli odwagę przeprowadzić rozmowę i potwierdzić jednocześnie, że robią to właśnie z miłości do kobiety. Wycofują się bo wiedzą, że one nie będą szczęśliwe w takiej relacji. On uciekł. Znając mnie tak dobrze, po prostu uciekł. Czy ucieka się w ten sposób od kogoś kogo się kocha? Coraz częściej myślę, że może nie był szczery? Może to wszystko było nie tak? Może to wszystko to był mój sen? Czasem mam chęć pojechać do niego, stanąć przed nim i zmusić go do powiedzenia dlaczego w taki sposób? I nie wiem, co chciałabym usłyszeć. Chyba każdą prawdę, byle móc wreszcie zamknąć ten rozdział.

Hej, szalałam, szalałam…

W lipcu tak szalałam. Jak cisza to cisza, a jak się coś zacznie dziać to hurtem. No i miałam co tydzień imprezy i to duże, bo weselne. Jakby się wszyscy zmówili. Powiem szczerze, że z daleka byłam tym trochę przerażona bo chyba nie przepadam za weselami, ale z drugiej strony hurtowo nawet wygodnie bo można raz się przygotować i obskoczyć kilka imprez. Tylko kasa upłynniła się w mig. Do tego jeszcze pobyt u córki w roli sponsora. To znaczy ja byłam sponsorem. No i wyjazd w moje kochane góry. Nie jestem do końca zadowolona bo pogoda pomieszała szyki i nie mam spektakularnych osiągnięć w zdobywaniu szczytów. Rok temu było lepiej, ale i tak przeszłam wiele kilometrów i wylałam wiele litrów potu, co zaowocowało nieznacznym spadkiem wagi, tudzież brzucha. Doszłam jednak do wniosku, że w przyszłym roku powinnam zmienić towarzyszkę wędrówek, bo niestety zaczynamy mieć różne potrzeby i możliwości. Ja lubię dużo, wysoko, szybciej i ciągle coś nowego. Uwielbiam się męczyć, zachwycać widokami, robić zdjęcia. Koleżanka musi wolniej, lubi co roku te same trasy i zaczyna mieć obawy przed wyższymi szczytami. Gdyby M2 nie wycofał się definitywnie, mogłabym z nim nadrobić to czego nie mogę z koleżanką. Niestety, to raczej już nie wchodzi w rachubę. Za to wątek z JS mógł przybrać realne wymiary, gdybym tylko chciała. W innym niż górski temacie. Nie chciałam i nie chcę. Po pierwsze nic nas nie łączy, po drugie nie lubię smażyć się na plaży w słońcu, po trzecie nie mam kostiumu pasującego do mojej aktualnej figury, po czwarte widzieliśmy się ostatnio dwa lata temu, po piąte nie nadaję się do roli, której być może by ode mnie oczekiwał. To wszystko bez sensu. Jak on to sobie wyobraża? Pewnie normalnie, bo to mężczyzna. Co mu szkodzi?

Jestem, jestem…

Tak, jestem choć jakoś rzadziej mam chęć na dokonywanie wpisów, ale tak to już u mnie wcześniej bywało więc pewnie wena wróci. Sinusoida. Jak i w życiu. Aktualnie wypoczywam i leniuchuję aż niedobrze się robi. I dużo myślę, bo mam o czym. Szykują się poważne zmiany w życiu mojej latorośli żeńskiej i sporo mam do przemyślenia w tym temacie, zarówno w zakresie działania jak i finansów. Na razie jestem przerażona, ale mam nadzieję, że w końcu nabiorę dystansu i…. damy radę. Tylko czemu jak zwykle zostaję z tym sama? I muszę być dzielna i nie pokazywać dziecku, że zaczyna mnie ogarniać strach. Remont w domu aż błaga o zrobienie, ale tyle tego jest, że gdy zacznę myśleć od czego by tu zacząć, po chwili mam już dość.I znowu kłaniają się marne finanse i brak męskiej części do działania. Do każdej pierdoły trzeba kogoś szukać. I choć na co dzień stopuję koleżankę w marudzeniu, że bez chłopa nie ma życia, na myśl o remoncie, po cichu przyznaję jej rację. I jeszcze przed chwilą kran w kuchni wysiadł na amen. A moje autko też potrzebuje męskiego mądrego opiekuna. Kolejny mechanik gada co innego, a ja już nie wiem, którego słuchać i czy oni mi czasem nie wciskają kitu, za który ja mam zresztą zapłacić. W pracy szykują się zmiany, które mnie niepokoją, bo tracę poczucie bezpieczeństwa. Kręgosłup boli. Słowem, trochę do dupy. Tylko trochę, bo jeszcze się nie poddałam, choć na razie nie mam żadnego konkretnego planu działania.